wtorek, 5 października 2010

Równo, równiej... minister Radziszewska

    Ileż to razy przywoływałem – zawsze z należytą atencją – owe słowa Marcina Króla, że politykami zostają trzeciorzędne umysłowości, które nie potrafią zrobić kariery w innych dziedzinach. Jakoż polska polityka co rusz dostarcza przykładów na słuszność tej pozornie tylko złośliwej tezy. Właściwie codziennie można by znaleźć przykłady głupstw popełnianych przez polskich polityków; o ile tylko zadalibyśmy sobie masochistyczny trud bieżącego śledzenia wydarzeń politycznych. Znam jednak bardziej szlachetne sposoby utraty równowagi psychicznej, a poza tym uważam, że nie należy na siłę szukać głupców. Wcześniej czy później i tak sami nas znajdą.

    Przypomina mi się anegdota, że głupców bynajmniej wcale nie jest tak dużo na świecie, jakby się zdawało. Ot, po prostu są tak rozmieszczeni, że co chwila się na nich natykamy.

    „Strategicznie” rozmieszczona minister Radziszewska stwierdziła niedawno, że szkoła katolicka ma prawo odmówić przyjęcia do pracy lesbijki. Co więcej, podczas telewizyjnej debaty na ten temat wytknęła rozmówcy, że jest gejem.
    I ja znowu jestem w wielkiej konfuzji. Znowu wątpię w ład i sensowność świata – przynajmniej w jego wymiarze społecznym. Bo co ma sfera seksualna do kompetencji zawodowych? Owszem, istnieje wąski margines rynku pracy, na którym orientacja i sprawność seksualna świadczą zarazem o kompetencjach zawodowych, o ile jednak wiem, szkolnictwo do rzeczonego marginesu nie należy.
    Zastanówmy się. Z punktu widzenia kościoła katolickiego, homoseksualizm jest grzechem. Zatem, teoretycznie, nauczyciele geje i lesbijki, nawet, jeżeli są wybitnymi fachowcami w swoich dziedzinach, w szkołach katolickich mają „pozamiatane”. Bo, jak wiadomo, do szkoły katolickiej można przyjąć tylko nauczyciela, który jest bezgrzeszny.
    Jawny idiotyzm takiej konkluzji zwalnia nas nie tylko z dalszego jej uzasadniania, ale też miłosiernie powstrzymuje nas przed dalszym znęcaniem się nad nią. Może więc chodzi o to, że tylko określone grzechy uniemożliwiają nauczycielowi pracę w szkole katolickiej? Jeżeli tak, to przypuszczam, że istnieje gdzieś, zatwierdzona przez MEN, lista „grzechów dopuszczalnych”, których popełnianie nie dyskwalifikuje nauczyciela szkoły katolickiej. Ciekawe, co może taki nauczyciel? Nadużywać alkoholu? Bić dzieci? Zdradzać? Mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu? Głosować na lewicę?
    W każdym razie wiemy, że nie może być homoseksualny, a to już coś.

    Kościół, zwyczajnie w świecie, w tej sprawie nie ma racji. Bo jeżeli homoseksualizm jest grzechem (a darujemy sobie głupoty typu: „tego” można się nabawić jak choroby lub wyuczyć jak wiersza), to gej i lesbijka rodziliby się od razu z dwoma grzechami: pierworodnym i – nazwijmy go roboczo – płciowym. I nad tym, z racji aż nazbyt rzucającej się w oczy niedorzeczności, nie będziemy się dalej rozwodzić.

    Wróćmy więc do minister Radziszewskiej. Może jestem wobec niej niesprawiedliwy? Może jej chodziło o to, że osoba homoseksualna będzie „promowała” swoją orientację seksualną wśród młodzieży, bo, jak wiadomo, orientację seksualną można zmieniać tak, jak kolczyki w nosie lub kolor włosów? Młodzież jest przecież taka podatna na wpływy…
    Pamiętacie tę akcję sprzed kilku lat, „Niech nas zobaczą”? Wielkie billboardy, a na nich homoseksualne pary, uśmiechnięte, trzymające się za ręce, najwyraźniej szczęśliwe. Nie wszyscy docenili tak bezczelną „promocję” szczęścia, niemniej jednak, w dyskusji wywołanej akcją Karoliny Breguły pojawiały się również i głosy ze wszech miar rozsądne. Daria (wtedy) 24 lata: „bycie lesbijką, to nie jest mój słaby punkt. Co więcej, bycie lesbijką, to nie jest też mój mocny punkt. Po prostu jestem nią.”
    Pani Radziszewska być może jeszcze o tym nie wie, ale i ona posiada swoją określoną orientację seksualną. Wyobrażam sobie tedy minister Radziszewską, która ubiegając się o stanowisko ministerialne, jest przepytywana na okoliczność swojej orientacji i która się zżyma: bycie heteroseksualną, to nie jest mój słaby punkt. Co więcej, bycie heteroseksualną, to nie jest też mój mocny punkt. Po prostu jestem nią… więc się odczepcie od mojej płciowości. Albo się nadaję na ministra, albo nie”.
    Jak to? Nauczycielce lesbijce można odmówić pracy ze względu na ryzyko „promocji” określonej orientacji seksualnej, podczas gdy pani minister, usprawiedliwiając takie zachowanie, czyni dokładnie to samo? Należy tutaj dobitnie wyartykułować obłudę pani Radziszewskiej, która jako minister do spraw równouprawnienia, jawnie promuje określoną, własną orientację seksualną i zarazem usprawiedliwia odmowę pracy lesbijce, która po prostu chce uczyć swojego przedmiotu.

    Problem osób homoseksualnych jest bowiem w gruncie rzeczy ontologiczny, a społeczne konsekwencje to jego pochodna. Wróćmy na chwilę do wypowiedzi Darii: bycie lesbijką nie jest ani moim mocnym, ani słabym punktem. Po prostu jestem nią.
    Otóż osoby homoseksualne cierpią na niedostatek „bycia”. Jest ich mniej (nie tylko pod względem ilościowym), po prostu mniej są. W mniejszym stopniu się urzeczywistniają. W mniejszym stopniu mają szansę afirmować swoje bycie. Jeżeli zatem widzimy ich, jak poprzez jakiś desperacki marsz lub happening manifestują swoją obecność, to nie w celu „pomnożenia” swojego bycia i osiągnięcia w ten sposób jakiejś przewagi nad osobami heteroseksualnymi, ale żeby, mówiąc wprost, osiągnąć wreszcie ten sam status bycia, jaki mają hetero.
    Dla homofoba o równości społecznej świadczy sam fakt, że gej i lesbijka mogą po prostu egzystować w społeczeństwie bez obawy o swoje życie i zdrowie. Zgodnie z etymologicznym pojęciem tolerancji jako niechętnej akceptacji Innego. Zatem gej i lesbijka mają te same prawa, co inni obywatele, bo się ich toleruje na marginesie życia społecznego? Zanim jednak powiemy, że tylko idiota nie dostrzeże absurdu takiego rozumowania, musimy sobie uświadomić, że owszem, w pierwszym rzędzie nie dostrzeże go homofob.

    Wracając znowu do „naszej” minister, ja również jestem za odwołaniem jej ze stanowiska. Ale nie dlatego, że jej homofobiczne wypowiedzi budzą we mnie niesmak. Odebrałem porządne, filozoficzne wykształcenie, które nauczyło mnie myśleć nie tylko racjonalnie, ale także krytycznie. Nauczyło mnie cenić paradoks i wychwytywać sprzeczności, a nade wszystko uczuliło na głupotę (ale nie nauczyło, niestety, walczyć z nią). Otóż panią minister Radziszewską należy wywalić z roboty, ponieważ utrzymuje, że orientacja seksualna może być przeszkodą w wykonywaniu obowiązków służbowych. Jako, że pani Radziszewska również takową posiada, ergo
    Właściwie, stosując kryterium minister Radziszewskiej, należałoby wywalić z roboty wszystkich, albo prawie wszystkich. Lecz skoro nie postuluję czegoś równie głupiego, to tylko z powodu mojej niezgody na nielogikę myślenia pani minister. Jeżeli ktoś ma paść ofiarą takiego myślenia, to niechże będzie to ona sama. Wywalona z roboty „za heteroseksualność”.

2 komentarze:

  1. Znakomicie! Sam nie wiem, gdzie żyję. Myślę, że Państwo powinno zamknąć moją fabrykę. Przychodzą tu bowiem pary homoseksualne ze swoimi pupilami. Pal sześć, jeśli to złe, a nawet zakaźne, to przynajmniej będzie mniej bezpańskich stworzeń. W większości jednak przychodzą heterycy, często z pociechami. Tu rodzi się problem. Mało tego, może do domu przyniosę? Może przy okazji celebrowania najbliższych świąt któryś z synów przedstawi mi swojego partnera, a ja dostanę wyrzutów sumienia, że plagę do domu ściągnąłem. Sam nie wiem. W sumie ja też jestem zły, bo mój poryty beret zezwolił na heteryczność. Pora naprawiać. Tylko jak? Może zamienię wiarę w Boga w religijność. W końcu to, że nie pojmuję, iż platformerski liberalizm jest synonimem konserwatyzmu nie zwalnia mnie z obowiązku uczestnictwa w tym bajzlu. Zapewne, gdy zacznę uczestniczyć pojmę, czemu boski porządek świata jest ustalany na kolejnych soborach. Zrozumiem, że jestem małym idiotą ze zrytym beretem, który nie pojmuje, co dla niego jest dobre. Jak dotychczas rozumiem jedno, że politykami zostają trzeciorzędne umysłowości, które nie potrafią zrobić kariery w innych dziedzinach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, tam chodziło o co innego - o autonomiczną decyzję prywatnej szkoły katolickiej, zatrudniamy KOGO CHCEMY i żaden moralista nie będzie nam narzucał swoich teorii słusznych czy nie, ekstrapolacja tego problemu do rangi preferencje-seksualne-stanowisko jest za daleko idąca.. Radziszewska się podsunęła "postępowym" mediom tylko dlatego że wyraźnie tego nie wyartukułowała.. :) Wolność..dopiero potem moralność. :)

    OdpowiedzUsuń