piątek, 11 maja 2018

"Niejedno mam za uszami" - wywiad z Hanką Wójciak o życiu i muzyce


Zapraszam do lektury wywiadu z Hanką Wójciak - liderką i założycielką Kapeli Hanki Wójciak z którą wydała dwie autorskie płyty: Znachorka (2014) i Zasłona (2017). Jest wokalistką, autorką tekstów i muzyki, dziennikarką. Laureatką m. in. Festiwalu Pamiętajmy o Osieckiej, Studenckiego Festiwalu Piosenki, Festiwalu Twórczości Korowód, Rock & Chanson Festival. Jej głos można usłyszeć m. in. na płytach Jarka Śmietany, Anny Treter, Naked Mind. W Radiu Kraków prowadzi audycję Wieczór Panieński poświęconą piosence literackiej, a w TVP Kraków odcinki specjalne programu Pod Tatrami poświęcone wydarzeniom kulturalnym w Zakopanem.



Rozmawiamy świeżo po premierze na winylu Twojego ostatniego albumu Zasłona. Ty też uległaś modzie na czarne płyty?

Lubię ciuchy retro, zabytkowe samochody, czarne płyty. W domu bardzo często słuchamy muzyki z płyt winylowych - podarowany przez Muńka Staszczyka gramofon chodzi u nas niemal codziennie. Natomiast wydanie Zasłony na płycie winylowej było decyzją Roberta Nowaka, szefa Kompanii Muzycznej LAS z którą się związaliśmy. Bardzo się cieszę z tej decyzji, bo czarna płyta z własnymi piosenkami to było takie moje małe marzenie.

W trakcie premiery ludzie w skupieniu słuchali Twoich piosenek puszczanych z winyla. Zwróciłaś uwagę, że wsłuchiwali się w słowa?

Myślę, że piosenka narzuca zdrową dyscyplinę - w kilku zwrotkach, kilku minutach, trzeba zawrzeć całą historię, zaciekawić, zaintrygować. Mariusz Szczygieł powiedział o pisaniu, że ono powinno rodzić się z olśnienia, że czytelnik na takie olśnienie czeka, liczy na takie zestawienie słów, które zachwyca jak gesty magika wypuszczającego gołębia z pustego kapelusza. Jeżeli czasem i mnie się to udaje, to pozostaje się tylko cieszyć. Bardzo sobie cenię spotkania ze słuchaczami, stanowią dla mnie najpiękniejszą część mojej pracy, chociaż bardzo lubię także chwile spędzone samotnie, bo właśnie wtedy najchętniej przychodzą do mnie piosenki. 


Teksty piszesz w pierwszej osobie, ale skądinąd wiem, że nie każdy z nich ma charakter biograficzny. Czy odbiorca ma szansę dociec, co jest Hanką, a co jej kreacją literacką?

A czy to konieczne? Jaromir Nohavica mówi, że pieśń powinna mieć swoją tajemnicę i ja się z nim zgadzam. Może powiem tylko tyle, że w swoich piosenkach staram się nie być jednostronna. Jeśli w „Matulu” śpiewam, że poszłam w świat „a na świecie nędza”, to za chwilę dodaję „ojoj mamo, mamo gdybyś wiedziała, jak ja sama nędzy światu przydałam”. I tak, przyznaję, śpiewam wtedy o sobie. Niejedno mam za uszami. Uważam natomiast, że nie powinniśmy odkrywać wszystkiego. Byłam ostatnio na promocji najnowszego tomiku Ewy Lipskiej, która powiedziała z uśmiechem, że czytelnicy chcący wszystko zrozumieć powinni poszukać innego autora. Ja także lubię zostawiać odbiorcy przestrzeń do własnych rozmyślań. Frapują mnie znaczenia, które nadają inni. Nie chodzi tylko o moje piosenki. Czytelnik czyta sobą – swoim przygotowaniem, kulturą, doświadczeniem, a nawet nastrojem. Z tą myślą Pani Ewy także się zgadzam. Czasem się śmieję, że jeżeli ktoś coś w mojej piosence odnalazł, to to coś tam zapewne jest, nawet jeżeli ja sama o tym nie wiem (śmiech).

Mówisz, że w twoich tekstach jest sporo tajemnicy, ale one wydają się być bardzo bezpośrednie. Jak to wytłumaczysz?

Lubię opowiadać w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Bliska mi Ania Treter śpiewa w jednym ze swoich utworów: „Zasypiamy błogo wierząc w złoty mit / Czy zostanie po nas tylko żal i wstyd”. Uważam, że gdyby zaśpiewała „Czy zostanie po mnie tylko żal i wstyd” to byłoby to jakoś mocniejsze. W oryginale odpowiedzialność jakby się rozmywa. Ja tak to odbieram, chociaż wydaje mi się, że rozumiem zamysł – gorzką refleksję nad ludzkością. I kiedy tak sobie dumam, to dochodzę do wniosku – wspaniale, że jest Ania, która pisze po swojemu i Hanka, która o tym samym zaśpiewa inaczej. Dla wszystkich jest miejsce na tym łez padołku, opisujemy świat po swojemu i jeżeli tylko się szanujemy, możemy wykorzystać różnice zdań do rozwoju, namysłu, refleksji. 


 

Jesteś góralką, która potrafi płynnie przejść z języka ogólnego na gwarę góralską, a ta – powiedzmy to wprost – nie jest aż tak zniuansowana. Dobierasz język do strategii wypowiedzi?

W książce Wojciecha Bonowicza „Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze” znalazłam rozdział poświęcony gwarze, który pozwolił mi bardziej zrozumieć siebie. Pozwól, że zacytuję fragment, który mnie bardzo poruszył: „Za najistotniejszą cechę gwary Tischner uznał 'sposób doświadczania świata – bez motywu zniewolenia światem'. Tłumaczył, że w gwarze każde doświadczenie, nawet najcięższe, najbardziej bolesne, staje się przedmiotem refleksji tak poprowadzonej, żeby w ostateczności doszło do wyzwolenia z pęt, jakie owo doświadczenie na człowieka nakłada”. Myślę... ufam, że ta cecha charakteryzuje moją twórczość niezależnie od tego czy posługuję się językiem ogólnym czy gwarą. Ja w ogóle góralszczyznę czuję bardziej jako energię, radość, głośność, prostolinijność. W Teatrze STU można obejrzeć spektakl oparty na „Historii filozofii po góralsku” Tischnera. Marcin Zacharzewski gra w nim postać Młodego Górala. Kiedy mówi, ja słyszę, że to ceper, ale wcale mi to nie przeszkadza. On jest tak radosny, tak ucieszny i tak się pięknie wygłupia, że od razu staje mi przed oczyma pewien Jasiek z Olczy, w którym kochały się wszystkie dziewczęta, łącznie ze mną. To był taki właśnie harpagan – głośny, wesoły i nieobliczalny (śmiech).

Zależność między językiem a myśleniem jest ogromna. Wittgenstein mówił, że "granice mojego języka są granicą mojego świata". Ty natomiast płynnie poruszasz się między dwoma językami, czy de facto między dwoma światami. Jak się w tym odnajdujesz?

Jakoś sobie muszę radzić! Według Tischnera gwara to nie taki czy inny sposób wymawiania słów, ale odrębny styl myślenia, inny, oryginalny sposób widzenia i opisywania świata. Znam reguły panujące na Podhalu, cały ten kod zawarty w słowach, spojrzeniach, gestach, powiedzonkach, śpiewkach, żartach. Jednocześnie po naszym domu zawsze kręcili się turyści z całej Polski. Te światy przenikają się u mnie od najmłodszych lat, rozdwojenie jest więc dla mnie czymś naturalnym.



Byłaś dziewczyną z prowincji, bez zaplecza intelektualnego, która trafiła do dużego miasta. Trudno było Ci się w nim odnaleźć?

Pamiętajmy, że Zakopane ma wspaniałą historię. Niegdyś najwięksi twórcy zajeżdżali, spotykali się, działali, osiadali właśnie tutaj. Po II połowie XIX wieku Tetmajer, Żeromski, Witkiewicz, Kasprowicz i wiele innych wybitnych postaci tworzyło klimat tego miasta. Z jednej strony inteligencja, artyści, z drugiej – górale ze swoją niezwykle barwną kulturą. Wreszcie coś, co ich fascynowało równie mocno, chociaż przeżywali i okazywali to w zupełnie inny sposób – majestat Tatr. To oczywiście skrót, laurka, jedna strona medalu. Jest wiele rzeczy, które mnie bolą, wkurzają w rodzinnych stronach. Ale na pewno nie można powiedzieć, że Zakopane to tylko skomercjalizowane Krupówki, że dziś nic z tamtych wspaniałych tradycji nie pozostało. Wracając do Twojego pytania – urodziłam się w rodzinie góralskiej, zorientowanej głównie na podtrzymywanie rodzimych wartości. W domu mówiło się gwarą, niemal wszystkie dzieci chodziły do regionalnego zespołu Giewont, na każdym weselu czy chrzcinach śpiewano i tańczono po góralsku. Natomiast Kraków przyniósł zupełnie nowe doznania: ciekawe studia, nowe przyjaźnie, koncerty, spektakle, wystawy. To tu zaczęłam czytać książki, tutaj poznałam ludzi o zupełnie innych poglądach i sposobach na życie niż te znane mi z zakopiańskiej Olczy. Tak więc rosłam w rodzinie góralskiej, a większość dorosłego życia spędziłam już w Krakowie. Nie pamiętam, żebym miała problem z zaadoptowaniem się. Czasem tylko doskwierały mi braki w wiedzy, miałam kompleksy, że nie znam dat i nazwisk, o których od dawna powinnam coś wiedzieć. Ten dyskomfort w sumie towarzyszy mi nadal, ale już tak bardzo tego nie przeżywam. Zawsze byłam ciekawa świata i ludzi. Kraków mnie zachwycił.

W Krakowie jesteś od ponad 10 lat. Planujesz zostać tam na stałe?

Kraków jest mi przyjazną przystanią, na razie nie myślę o przeprowadzce. Natomiast staram się bywać w Zakopanem tak często, jak to możliwe. Niedawno rozpoczęłam współpracę z TVP Kraków, w której prowadzę odcinki specjalne programu „Pod Tatrami” poświęcone zakopiańskim wydarzeniom kulturalnym. Dzięki temu jestem bliżej swojego rodzinnego miasta i częściej odwiedzam rodziców. 


Znajomi mówią o Tobie: Energiczna, bezpośrednia, dowodzi na na scenie, widać, że jest liderką, Błyskotliwa kobieta. Mocna. Zgodzisz się z tym?

Górale są energiczni, bezpośredni i głośni. Tak i ja mogę o sobie powiedzieć. Dobrze się czuję na scenie, niezależnie od tego, czy występuję jako liderka własnej Kapeli czy członkini innego projektu. Lubię śpiewać, występować, na scenie czuję się komfortowo, może stąd taki, a nie inny odbiór mojej osoby. A tak poza wszystkim uważam, że opinie, które wyrażamy o innych ludziach bardziej opowiadają o nas samych.

Czujesz się silną kobietą?

Na premierze winyla zaśmiałam się, że po 30-tce jest fajnie. Mam takie właśnie doświadczenie. Relacje z bliskimi jakoś się poukładały, znalazłam swoją drugą połówkę, żyję z muzyki, mamy wspaniałą publiczność. No i też czytam więcej niż kiedykolwiek, co dodaje skrzydeł i pewności siebie. Człowiek chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Twoja kapela składa się z samych mężczyzn. Trudno jest nimi dowodzić?

To trudne do okiełznania indywidualności i nawet nie próbuję tego robić. Każdy z chłopaków ma swój własny świat i coś z tego świata wnosi do wspólnie tworzonej muzyki. Mam nadzieję, że nigdy nie poczuli, że im w jakimś wymiarze podcinam skrzydła. To cholernie zdolne bestie. Możemy się nie zgadzać w wielu kwestiach, ale jeśli chodzi o muzykę, od lat udaje nam się znaleźć wspólny język. To dla mnie ważne i cenne.

Nie brakuje Ci w składzie kobiet?

Mam drugi zespół, w którym podstawę tworzą mój głos i głos Susanny Jarej – wspaniałej wokalistki śpiewającej w kilku słowiańskich językach, m. in. ukraińskim, łemkowskim, słowackim. Bardzo się wzajemnie cenimy i lubimy, stąd pomysł na nowy projekt. Od czasu do czasu w mojej Kapeli zastępstwa na skrzypach gra Natalia Miś, tak więc chyba nie jestem uprzedzona do kobiet (śmiech). Chociaż pamiętam, że parę lat temu, kiedy od czasu do czasu na koncertach chórki śpiewały moje koleżanki, to zawsze robiło się zamieszanie. Ktoś się chichrał, ktoś kogoś podrywał, ktoś zapomniał wejść w odpowiednim momencie, bo się na kogoś zapatrzył... Gdzie skupienie, ja się pytam? Chyba bym na dłuższą metę z taką ferajną nie wytrzymała (śmiech).



Słowo „kapela” w nazwie Twojego zespołu nasuwa skojarzenia z muzyką góralską. Czy w przyszłości nazwa nie będzie dla Ciebie obciążeniem?

Mało kto wie, ale kiedyś zespół Zakopower nazywał się Kapela Sebastiana Bułecki. Ja także myślę o zmianie nazwy, mam już pewien pomysł, a w zasadzie to pomysł moich muzyków, wymyślony parę lat temu. Nic jednak na razie nie zdradzę. Póki co promujemy drugą płytę „Zasłona” wydaną pod szyldem Kapeli Hanki Wójciak.

Zdecydowałabyś się nagrać płytę zaangażowaną politycznie i społecznie?

Od jakiegoś czasu więcej czytam, więcej nasłuchuję, staram się chodzić na spotkania, gdzie dyskutuje się o problemach, które przynosi dzisiejszy świat. Myślę, że to wszystko na pewno zostawi jakiś ślad w mojej twórczości. Uważam, że to dobrze, kiedy artyści orientują się w pozamuzycznych tematach. To może nas zbliżyć do odbiorców, a już na pewno poszerzy nasze horyzonty. Ostatnio w internecie trafiłam na wywiad z Pablopavo przeprowadzony przez Michała Sowińskiego. Wspaniała, mądra rozmowa, którą przeczytałam jednym tchem. Widać, że Paweł Sołtys interesuje się historią, dużo czyta, ma swoich ulubionych autorów. Z kolei Michał zadawał fantastyczne, niesztampowe pytania. Czułam się ubogacona po lekturze i pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale, gdyby ludzie tak właśnie się czuli, po przeczytaniu wywiadu ze mną (śmiech). Nie wiem, czy to się udało, ale starałam się, jak mogłam!






Zdjęcia Lech Spaszewski

wtorek, 10 kwietnia 2018

Schody do nieba czy donikąd?


Ileż to już żartów powstało z pomnika smoleńskiego? Wyśmiewano przede wszystkim mało odkrywczą bryłę, która kojarzyła się z czym popadnie i co chwila odnajdywano obiekt pozwalający wszystkim radośnie krzyczeć: plagiat! To prawda, podobne bryły wielu z nas rysowało już zapewne w przedszkolu, więc ewentualne procesy o skopiowanie pomysłu skończą się z dość oczywistym skutkiem. Niemniej sam pomnik jest potrzebny i choć jego realizacja, jak wielu godnych uwagi pomysłów PiS-u, wyszła „jak zawsze”, to dobrze, że w końcu stanął, mimo iż jego lokalizacja daleka jest od ideału.

Jakoż mając wolne popołudnie postanowiłem przyjrzeć się z bliska odsłonięciu rzeczonego pomnika. Spodziewałem się komplikacji w dotarciu na miejsce, a i co do dotarcia w jego bezpośrednią bliskość nie łudziłem się, że będzie łatwo, więc nie zaskoczyło mnie, że teren wielkości kilku, a może nawet kilkunastu tysięcy metrów kwadratowych otoczony został barierkami i kordonem policji. Wstęp za ten swoisty społeczny firewall mieli tylko uprzywilejowani, którym na piersiach dyndały stosowne przepustki. Ja oczywiście takowej nie miałem, więc jako obywatel gorszego sortu musiałem zadowolić się podglądaniem uroczystości z odległości kilkudziesięciu, a chwilami kilkuset metrów. Na szczęście zamontowany w aparacie teleobiektyw wydajnie wspomagał moje nadwerężone ślęczeniem nad książkami oczy i nawet dość wyraźnie pozwolił przypatrzeć się pomnikowi.

Oto garść fotowrażeń z uroczystości, jakimi pragnę się z Wami podzielić. Gdybym miał przepustkę zapewne wepchałbym się pod samą scenę i relacjonował uroczystości z sumiennością Dziennika. Niestety, byłem skazany na włóczenie się po obrzeżach i podglądanie tych, którzy skazani byli na to samo. Gdzieś hen, w oddali, znajduje się plac Piłsudskiego, na którym stanął pomnik. Ale firewall postawiono już tutaj:


Po zewnętrznej stronie barierek my, za nimi żandarmeria wojskowa.


Typowy przedstawiciel żandarmerii wojskowej:


Pomnik smoleński, jeszcze pod nakryciem. Na drugi planie zdjęcia ofiar. Nazwiska niektórych napisano z błędami, na szczęście do czasu uroczystości poprawionymi, być może tylko dlatego, że zostały wytropione przez dziennikarzy.


Gorszy sort niekiedy nie miał wyjścia, i chcąc zobaczyć cośkolwiek z tego, co się dzieje na placu, zmuszony był okupować nieliczne drzewa.


Wzruszona twarz uczestnika uroczystości:



Zresztą, bądźmy precyzyjni, nie tylko gorszy sort musiał zadowolić się koczowaniem poza obrębem placu.


Selfie z flagą:


Były też stoiska handlowe. Zainteresowani mogli kupić plakietki, flagi i napoje chłodzące. Od tego sprzedawcy, którego jeden z gapiów porównał do któregoś z apostołów (którego?) kupiłem niezwykle ciekawą wzorniczo plakietkę z Antonim. Apostoł za pozowanie zażyczył sobie, żebym kupił jeszcze jedną, zdecydowanie brzydszą, więc odmówiłem. Takoż i zdjęcie wyszło brzydsze, niż mogłoby.


A oto rzeczona plakietka, zapewne prosto z gimpa. Proszę darować uszczypliwość: wstyd nosić, wstyd nie kupić. Zdobyłem także polską flagę, nosiłem ją z dumą, ale aktualnie wymaga prasowania, więc chwilowo jej nie pokażę.



Nieliczni wybrańcy, którym trafiły się najlepsze miejsca. Niestety, jest to duże powiększenie fragmentu zdjęcia, więc jakość nie zwala z nóg. Ci na górze oczywiście służbowo:


Jedna pani błagała o pomoc:


Mateusz Kijowski, najsłynniejszy alimenciarz w Polsce, był jednocześnie najbardziej hałaśliwy. Wraz ze swoimi poplecznikami, kordonem policji szczelnie odizolowani od wszystkich i wszystkiego, wznosili wywrotowe hasła w rodzaju: tu-jest-Polska. Tłum wyczuwał poetykę sytuacji i dodawał do rymu: Ja-rosław. Swoją drogą bardzo słabe to było, bo sugerowało, że tam, na placu, jest jakaś zagranica. Zresztą, tłum nie był lepszy i wysyłał Kijowskiego do Moskwy, więc wet za wet. Najwyraźniej tak działa logika masowych zgromadzeń, że wszyscy skandują głupoty, a te zaraz potem urastają do rangi manifestu.


Ten punkcik, dokładnie pośrodku kadru, to prezydent Andrzej Duda. Gdybym nie zabrał ze sobą długiego obiektywu moje oczy nie zarejestrowałyby nawet punkciku:



Smutny, albo po prostu znudzony lepszy sort, w dodatku nieletni. Bez takiego glejtu na piersiach nie było co marzyć o wejściu na plac:


Pomnik smoleński po odsłonięciu:


Jeszcze raz pomnik smoleński, z innej perspektywy:


Pierwszy raz słyszę o takiej policji, ale jestem pod wrażeniem:


I na koniec może najprawdziwsze zdjęcie ze wszystkich, bo przecież kto nie przyszedł nacieszyć oczu, palec pod budkę:


środa, 14 marca 2018

Pudelpuder #1, czyli rzecz o nieheteronormatywności


Nigdy nie lubiłem słowa „heteronormatywność” bo brzmi tak technicznie i oficjalnie, jakby orientacja płciowa posiadała charakter urzędowy. Wróć, w zasadzie posiada, wprawdzie bardziej polityczny, niż urzędowy, ale rzecz i tak jest do zmiany. Bo i cóż to za pomysł, żeby ocen i wartościowań w przedmiotowym zakresie dokonywali politycy z ław sejmowych, księża z ambony, a w skrajnie niebezpiecznych przypadkach także i „prawdziwi patrioci” z dość oczywistym akcesorium w łapach?

Otóż w ramach walki ze szkodliwymi stereotypami, że geje i lesbijki są „jacyś inni”, łódzki artysta Piotr Kaczmarek, znany jako Pietroff, zorganizował z przyjaciółmi w ostatnią noc z soboty na niedzielę imprezę Pudelpuder #1. Impreza odbyła się w neutralnym płciowo klubie „Żarty żartami” w Łodzi i zgromadziła uczestników orientacji dowolnych. Gdyby przez przypadek trafił się tam ktoś z homofobicznymi zastrzeżeniami miałby sporo problemu, żeby w rozbawionym i podrygującym na parkiecie tłumie zorientować się przeciwko komu je wysunąć. I w gruncie rzeczy o to chodziło: bawiliśmy się wszyscy tak samo, bo wszyscy jesteśmy w pewnych, ważnych w tym aspekcie sprawach, podobni do siebie.

Gwoździem (trzema gwoździami) programu były występy drag queens, które – że użyję wyświechtanego do nieprzyzwoitości zwrotu – rozgrzały publiczność do czerwoności. Za opiekę muzyczną odpowiedzialna była Muzyka Nieheteronormatywna. Serii występów było trzy (ostatni wspólny dla całej trójki), pozwoliłem sobie wybrać do prezentacji po jednym. Najpierw na scenie pojawiła się Hieemeras La Fave, która ubrana i umakijażowana na postać rodem z burleski wykonała show oparty o lubieżne, nieśmiertelne „Przeleć mnie” Alibabek oraz coś jeszcze, czego nie znam. Hieemeras w pełni panowała nad występem oraz publicznością i widać było, że ten rodzaj kontroli, jaką sprawuje nad odbiorcami, sprawia jej przyjemność.




Zaraz po niej wystąpiła The Livbertine postać filigranowa, delikatna i z początku jakby nieco onieśmielona. Wrażenie wycofania podkreślała tajemnicza muzyka Bjork. Osobisty, bardzo intymny taniec Liv początkowo zdawała się kierować ku własnemu wnętrzu, stopniowo jednak nabierała energii, wchodziła w kontakt z publicznością i w rezultacie całkiem słusznie zasłużyła na entuzjazm.



Uel z kolei zaprezentował zupełnie odmienną strategię tańca: po scenie poruszał się ekspresyjnie, jakby zmagał się z niewidzialną energią. Jego taniec był gwałtowny, ale nie chaotyczny, na skraju dzikości, ale w pełni kontrolowany. Przychodzi mi na myśl nadużywane w dyskursie o roli gender w kulturze słowo "transgresja" - taniec Uela był par excellence transgresywny, tancerz szukał siebie na scenie i jednocześnie przekraczał przechodząc przez kolejne etapy wtajemniczenia. I to wszystko na oczach zachwyconej publiczności.



Aniśmy się obejrzeli, a zaczęła dochodzić trzecia w nocy, czas powrotu do Warszawy, choć to dopiero był środek nocy i środek imprezy. Dziękuję Pietroff za zaproszenie. Oczywiście widzimy się na Pudelpuder #2, wtedy zapewne zostaniemy do końca albo nawet dłużej i będzie wreszcie okazja napić się whisky i na świeżo podzielić wrażeniami w towarzystwie Twojej papugi.

czwartek, 1 marca 2018

"Czasami trzeba przyznać się do błędu" - Michał Nowiński z firmy Nomos o naprawianiu sprzętu audio

Jacek Zalewski: Załóżmy, że ktoś chce od podstaw zbudować swój system audio. Jakbyś go przekonał do vintage?

Michał Nowiński: Ludzie sami się przekonują słuchając. Pierwszą rzeczą jest dostosowanie budżetu. Załóżmy, że ktoś ma 1500 zł. Nie jest to ogromna kwota, ale to nie znaczy, że nie da się w niej znaleźć czegoś ciekawego. Włączasz i widzisz, że człowiek jest zaskoczony, że za takie pieniądze dostał taką jakość dźwięku. Bo co to jest 1500 zł, jeżeli chodzi o nowy sprzęt? Za to kupisz jakąś miniwieżę w elektromarkecie i jeżeli porównasz ją ze sprzętem vintage, który zestawiłem za te same pieniądze, to odpowiedź nasuwa się sama. Druga sprawa: urządzenia starego typu są zrobione na starych zasadach, czyli nie mają procesorów. Zawarta w nich elektronika jest łatwa do zastąpienia, więc ich naprawa jest o wiele prostsza i będzie pewnie prostsza jeszcze przez lata. Często na przykład przychodzą do nas ludzie z bardzo drogimi amplitunerami za 10-12 tysięcy złotych. Mówią, że skończyła się gwarancja i amplituner padł. Otwierasz urządzenie, przebijasz się przez kolejne układy, dostajesz do płyty głównej i widzisz spuchnięty procesor, którego cena to 80 proc. wartości sprzętu. Nikt nie podejmie się ryzyka wymiany, jeżeli można pójść do sklepu i za prawie te same pieniądze kupić nowy sprzęt. Zresztą nowy sprzęt często jest obliczony na określony czas pracy, a potem ma się zepsuć. Ze starym nie ma takich problemów.

Ale przecież i on się psuje. Nikt nie da gwarancji na kilkudziesięcioletni sprzęt o nieznanej historii.

Jasne, że się psuje. Pamiętajmy, że każdy sprzęt ma mnóstwo części eksploatacyjnych, a te po prostu się zużywają.

Mówię o sytuacji, kiedy ktoś odbiera z serwisu urządzenie vintage, a ono następnego dnia przestaje działać.

Pamiętaj, że praca wielu spośród tych urządzeń opiera się o części mechaniczne – bardzo często one są źródłem awarii i usterek. W magnetofonach czy gramofonach czasami trudno jest nam przewidzieć kiedy nastąpi awaria – bo to jest bardzo często niezależne od nas. Nie można mieć pretensji do serwisu, kiedy idziesz naprawić jeden element, a zaraz potem psuje się inny. Zdarzają się i u nas przypadki, kiedy klient życzy sobie konkretną naprawę, np. wymianę kondensatorów, my to robimy, a niedługo po naprawie sprzęt odmawia posłuszeństwa, bo wypaliły się styki. Niefart. Czy ja jestem za to odpowiedzialny? Ja tylko wykonałem zleconą pracę. Inaczej wygląda sytuacja, kiedy ktoś zleca kompleksowy remont, tutaj moja odpowiedzialność jest pełna. Tak robimy z gramofonami – każdy przez nas przyjęty odnawiamy kompleksowo, czyli rozbieramy go, wymieniamy całą drobną elektronikę, czyścimy, dajemy nowe smary, kalibrujemy i dopiero wtedy oddajemy klientowi. I jeżeli taki gramofon za tydzień zepsuje się, to tak, biorę za to odpowiedzialność. Ale nie w sytuacji, gdy ktoś prosi mnie jedynie o wymianę wkładki i kalibrację, a potem psuje mu się elektronika, której nawet nie dotykałem.

Klienci są świadomi tego, czego szukają?

Większość naszych klientów oczekuje starego brzmienia, ale nowego nośnika. Pierwsze pytanie 90 proc. z tych, którzy przychodzą po wzmacniacz i kolumny, brzmi: „Czy można do tego podłączyć telefon?”. Oczywiście wygoda takiego rozwiązania jest niesamowita. Sam korzystam z serwisu TIDAL w telefonie i używam go w domu, ponieważ mój 5-letni syn życzy sobie repertuaru na tyle różnorodnego, że szukanie pojedynczych piosenek na płytach winylowych nie ma sensu. Wybrnąłem z tego tak, że razem stworzyliśmy na tablecie playlistę, przyniosłem pięknego kaseciaka i nagrałem mu jego ukochane utwory na kasetę. Cieszył się ogromnie: tu coś się kręci, tam trzeba przewinąć, tu można włożyć. Pliki tego nie dają. Staram się go nauczyć namacalnego kontaktu z muzyką. Ta namacalność to wielki atut winylu, kasety i nawet płyty CD, którą wciąż uważam za nowość.

Jesteście najbardziej znaną na rynku firmą zajmującą się naprawą i sprzedażą starego sprzętu audio. Macie jednak spory „elektorat negatywny”. Wielu audiofilów szukając w sieci serwisu dla swojego sprzętu zaznacza, że „tylko nie NOMOS”. Skąd to się bierze?

Popatrzymy na to ilościowo. Robimy ponad 200 napraw miesięcznie, czyli około 2400 rocznie. Niezadowolonych jest 1 czy 2 proc. klientów, każdy z nich powie o swojej krzywdzie 10 innym, a zadowolony albo w ogóle nie powie, albo powie jednej osobie. Gdyby proporcje się odwróciły, to negatywne opinie ludzi, którym się nie dogodzi zniknęłyby. Niestety, tak nie jest i ci, którzy w jakiś sposób czują się pokrzywdzeni będą trąbić o tym na każdym forum.

Jakieś przykłady?

Proszę bardzo. Człowiek żali się na jednym z for, że został przez nas oszukany, bo wymieniliśmy mu pasek na używany. Wyjmuję więc kartę serwisową, czytam i nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Gramofon jest direct drive. Piszę więc do człowieka, że w tym gramofonie nie ma paska, więc nie mogłem go wymienić i czy on rozumie, że się ośmiesza? Nie rozumie, dalej pisze bzdury.

To dość kuriozalny przykład. Coś bardziej typowego?

Jednemu z klientów naprawialiśmy tuner Onkyo, była to wersja europejska, do której nie ma dostępnego schematu. Klient twierdzi, że jest, ale nie rozumie, że schemat dotyczy wersji amerykańskiej. Tunery minimalnie różnią się i procedura kalibracji poszczególnych sekcji jest inna. I ja, nie znając procedury, nie jestem w stanie tego naprawić. Człowiek, nie rozumiejąc tego kłóci się z nami, że wprowadzamy go w błąd i nie chcemy mu naprawić tunera, a tymczasem dokumentacja jest w internecie.

Zawsze wina jest po stronie klienta? Nie popełniacie błędów?

Popełniamy i trzeba umieć się do tego przyznać. Zdarza się, że któryś z naszych techników nie dokręcił śrubki, coś spadło, było źle zabezpieczone albo źle naprawione. Staramy się wtedy rozwiązać problem polubownie i na przykład dajemy 50 proc. zniżki w sklepie. Wtedy już nie patrzę na to, że dokładam do interesu, ale mówię: „Sprzętu nie udało się naprawić, bo kolega przez przypadek zepsuł procesor, zrobił zwarcie... cóż, zdarza się, to jest tylko człowiek, a nie robot. Nie mogę panu ani odkupić ani wymienić tego procesora, sprzęt musimy zezłomować, proszę sobie znaleźć na półkach, co pan chce”. Często ludzie są wtedy bardziej zadowoleni, bo dostają lepsze urządzenie od tego, które mieli dotąd. Z takich sytuacji staram się wybrnąć najlepiej jak potrafię, ale do tego trzeba chęci dwóch stron. Zdarza się i tak, że klient jest niezadowolony, ale nam o tym nie powie, za to opisze całą sytuację internecie. I co ja mogę wtedy zrobić?

Wasi serwisanci mają specjalizacje czy każdy musi znać się na wszystkim?

Mają specjalizacje. Jedni zajmują się gramofonami, inni elektroniką. Mamy w zespole serwisowym osobę zajmującą się końcówkami mocy i wzmacniaczami, ktoś inny odpowiedzialny jest za naprawy tunerów i amplitunerów. Oczywiście cały czas się ze sobą komunikują, ale jeżeli ktoś woli naprawiać konkretny rodzaj urządzeń, to je dostaje. Wyobraź sobie, że najtrudniej jest naprawić CD – są niesłychanie wredne. Dlaczego? Bo dzisiaj go naprawisz, gra, a jutro – trup. I nie masz bladego pojęcia, co się dzieje.

Opowiedz o jakimś „wrednym” odtwarzaczu.

Proszę bardzo. Klient odbiera od nas przepięknie odrestaurowany, sprawny odtwarzacz Braun CD2 z czytnikiem IR i niemal natychmiast dzwoni mówiąc, że wszystko niby jest ok, ale chwilami „wariuje”. Przynosi go do nas – gra bez problemu. Zabiera go z powrotem do domu, znowu dzwoni i mówi: „Nie wiem, o co chodzi, ale on znowu wariuje”. I na dowód wysyła mi film. Faktycznie, włącza się i wyłącza, skaczą diody – ki diabeł? Sprzęt jeszcze raz do nas wraca, stawiamy go na stół, serwisant go rozbiera – wszystko w porządku, nie ma się do czego przyczepić. I nagle ktoś włącza żarówkę energooszczędną. I odtwarzacz wariuje! Co się stało? Niektóre odtwarzacze Revox i Braun „głupieją” od diod i żarówek energooszczędnych. Wysyłany przez nie sygnał czytnik IR odbiera jako komendy, ale ich nie rozumie. Po prostu, kiedy je konstruowano, nikomu nie przyszło do głowy, że kiedyś będziemy korzystać z oświetlenia LED i żarówek energooszczędnych. Rozwiązaniem okazało się zaklejenie czytnika IR.


Jakie są najbardziej typowe naprawy?

Te, które wynikają nieumiejętnego użytkowania – takie naprawy to 90 proc naszych interwencji. Przykładowo jeden z klientów „załatwił” sobie nowiutkiego Accuphase'a zmieniając kable głośnikowe na włączonym wzmacniaczu. I zrobił z niego spawarkę. To nie są żarty, bo koszt naprawy to 1000-1500 zł. Albo ktoś znajduje na strychu gramofon, który wygląda jak nowy. Nie pomyśli o tym, że po 20 latach leżakowania wszystkie smary są suche, gumy sparciałe, a wnętrze brudne. I podłącza do prądu. Efekt? Po dwóch godzinach mechanizm się zaciera i sprzęt przestaje działać. Gdyby zaś gramofon trafił do nas przed podłączeniem to my rozłożylibyśmy go na części, wyczyścili, położyli nowe smary i uratowali urządzenie. Kosztowałoby to 1/3 tego, co późniejsza naprawa. Kolejną grupą są osoby kupujące sprzęt w okazyjnych cenach. Kupowanie „taniej” jest swego rodzaju loterią i oczywiście można czasami znaleźć coś ciekawego w doskonałym stanie, ale bardzo często zdarza się, że taki sprzęt trafia do naszego serwisu, a klient – jeśli jest w stanie do tego się przyznać – opowiada nam historię tej „okazji”. Namawiamy do kupowania odnowionych i sprawnych urządzeń, ale klienci i tak wybierają wariant pozornych oszczędności.

Pytanie, które często prowokuje spory: przy serwisie wymieniać wszystkie kondensatory czy tylko te, które nie trzymają parametrów?

To trudne pytanie. Połowa zainteresowanych jest za, a połowa przeciw. Gdybyśmy zapytali o to moich techników, to jeden powiedziałby: „Wymieniać i już”. Ale już drugi zaprotestuje i powie, że wymieniamy tylko uszkodzone. Sprzęt zaś musi trzymać parametry. Jeżeli trzyma, to po co coś wymieniać? Idziesz w koszty, ale czy coś poprawisz? Tego nie wiesz. Prywatnie uważam, że wymieniać należy tylko te elementy, które są uszkodzone.

Panuje opinia, że kiedyś sprzęt był bardziej „muzykalny”, dzisiaj dźwięk jest analityczny, detaliczny, suchy, niemal kliniczny. Zgodzisz się z tym?

Jeżeli kupisz za 5 tysięcy sprzęt w sklepie „nie dla idiotów”, to okazuje się, że muzycznie reprezentuje on sobą mniej więcej tyle, co u mnie sprzęt za 500zł. Jeżeli ktoś chce za naprawdę niewielkie pieniądze w stosunku do nowego sprzętu złożyć sobie super zestaw, to da się to zrobić. I nie będzie mu brakowało analityczności, szerokości sceny, czy czegokolwiek innego, co się uważa za zaletę sprzętu współczesnego. To tylko kwestia tego, ile chce się na to wydać pieniędzy.

Czyli?

Górnej granicy nie ma, ale żeby złożyć system z najdroższych urządzeń, jakie posiadamy, trzeba mieć około 100 tysięcy zł. Natomiast na coś bardzo dobrze grającego wystarczy około 30 tysięcy.



Powrót do dawnych nośników i dawnego sprzętu to przejściowa moda czy stały trend?

Przejściowa? Tak myśleliśmy 10 lat temu, ale to wciąż trwa i rośnie, więc po tylu latach trudno to nazwać zjawiskiem przejściowym. Nawet wytwórnie płytowe to widzą, bo tłocznie płyt winylowych działają ponownie, a to są przecież ogromne inwestycje.

Do łask wracają kasety magnetofonowe, które jednak są dosyć ułomnym nośnikiem...

Proponuję test. Kupić sobie przyzwoity magnetofon, to wydatek kilkuset złotych, do tego dokupić za grosze nową kasetę, nagrać na nią swoją playlistę i posłuchać. Gwarantuję, że po jakimś czasie przekonamy się, że to naprawdę przyjemny dźwięk. Nie ma może tylu szczegółów, nie jest specjalnie klarowny czy intensywny, pojawia się też szum – ale czy to jest złe? Wręcz przeciwnie, dla umysłu taka muzyka jest bardziej znośna, łatwiejsza w przyswojeniu. Zwróć uwagę, że muzyki praktycznie nigdy nie słuchamy w sterylnych warunkach: za oknem przejedzie samochód, sąsiadowi w bloku coś upadnie, cały czas otacza nas szum informacyjny. Tymczasem kiedy dostajesz sterylny plik i zaczynasz go słuchać, to okazuje się, że po jakimś czasie cię to męczy. Bo twój umysł nie jest do tego przystosowany.

W swoich przepastnych magazynach macie setki, jeżeli nie tysiące urządzeń, które czekają, żeby je przywrócić światu. Naprawdę liczycie, że to się kiedyś uda?

Cały czas coś stamtąd wyciągamy. Ciągle też coś kupujemy, bo to jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze. I to wszystko trafia do magazynu, z którego na pewno kiedyś wyjdzie. Teraz wyjmujemy stamtąd przede wszystkim kaseciaki, ponieważ uważam, że tak jak wrócił winyl, tak wróci i kaseta i to bardzo szybko. Mam wrażenie, że im ludzie są starsi, tym mniej zależy im na szybkości, a bardziej na namacalności sprzętu.

Ostatnie pytanie: kable grają?

Oczywiście, że grają. I to jest słyszalne. To nie są zmiany rzucające na kolana, ale jest to zmiana barwy, która jednemu daje większą przyjemność, a drugiemu mniejszą. I im lepszy materiał użyty do wykonania kabla, tym więcej informacji przez niego przechodzi, więc możesz z systemu wyciągnąć coś więcej. Jest to jednak kwestia prób i błędów i nie ma czegoś takiego jak okablowanie uniwersalne. My zawsze prezentujemy klientowi sprzęt na najprostszym i najtańszym okablowaniu. Dlaczego? Bo kiedy przyjdzie do domu i podłączy go sobie, to może być tylko lepiej. Inną sprawą jest to, że przewody są swego rodzaju przyprawą. Jeśli kucharz źle dobrał składniki to ilość soli niewiele zmieni. I dlatego przewody warto wymieniać lub kupować na końcu kompletowania zestawu, a początek tej zabawy czasami warto zacząć od starszych urządzeń.

Zdjęcia: Lech Spaszewski


Michał Nowiński – współwłaściciel sklepów NOMOS Audio Vintage. Od 2008 roku, wraz ze wspólnikami, prowadzi warszawski sklep, serwis i komis sprzętu audio vintage. W 2017 roku uruchomiony został drugi sklep NOMOS w Krakowie. Firma NOMOS Audio Vintage jest obecnie największym tego typu przedsięwzięciem w Polsce.

czwartek, 1 lutego 2018

"Są takie urządzenia, których słucham przez tydzień i nie wiem, o co chodzi" - Maciej Stempurski o testowaniu sprzętu audio


Audiofil: ktoś, kto w muzyce słyszy coś, czego normalny człowiek żadną miarą nie usłyszy i w dodatku wydaje na swoją pasję wszystkie pieniądze. To oczywiście prawda, co postaram się udowodnić w cyklu wywiadów przygotowywanych wspólnie z firmą Nomos. Począwszy od dzisiaj w każdy pierwszy piątek miesiąca zaprezentuję rozmowę z kimś, kto o świecie audio ma coś ciekawego do powiedzenia. Na początek - Maciej Stempurski, założyciel strony wstereo.pl i dyżurny tester sprzętu muzycznego w kraju. Oto, co zeznał.

Jacek Zalewski: Wielu uważa recenzje sprzętu audio za, mówiąc delikatnie, niezbyt wiarygodne. Zgodzisz się z tym?

Maciej Stempurski: Rozumiem, że chodzi o zarzut kupowania recenzji? Wiem, że jest grupa ludzi żyjących w przekonaniu, że cały świat składa się tylko z interesików i biznesu. Oni uważają, że klient, czyli dystrybutor lub producent, daje sprzęt, kupuje reklamę na stronie i wymaga, żeby recenzja była bardzo pozytywna. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że są w błędzie, to ich sprawa, jak widzą świat. Jeżeli o mnie chodzi, to nigdy nie napisałem recenzji za pieniądze. Poza tym nie testuję jedynie sprzętu firm, które reklamują się na mojej stronie wstereo.pl. Piszę też dużo opinii, także pochlebnych, innych firm. I nigdy nie miałem żadnych problemów, żeby dostać sprzęt do testów.

W jaki sposób go pozyskujesz?

Na początku, gdy zaczynałem przeprowadzać testy, wymagało to trochę zachodu: wysyłałem dziesiątki maili, dzwoniłem, proponowałem recenzje. Kiedy jednak strona rozwinęła się i zaczęła być trochę rozpoznawalna, to firmy same zaczęły się do mnie zgłaszać, choć przyznaję, że niekiedy i ja się do niektórych odzywam prosząc o sprzęt.

Czym kierujesz się przy wyborze urządzeń? Własnymi upodobaniami?

Lubię płodozmian, więc kiedy jestem po testach wzmacniacza to mam wtedy ochotę posłuchać jakichś kolumn. Zresztą różnorodność potrzebna jest na stronie, źle wyglądałyby na przykład trzy testy pod rząd kolumn albo kabli. Zdarza się, że bardzo chcę posłuchać jakiegoś urządzenia – z różnych powodów. Ma na przykład dobre opinie i chcę to zweryfikować. Albo ma bardzo różne, skrajne oceny. Warto go posłuchać samemu. A czasem coś mnie po prostu porwie. Tak było z produktami firmy Haiku Audio Wiktora Krzaka. Dostałem do oceny wzmacniacz Haiku Audio SOL II i zafascynował mnie, więc chciałem posłuchać wszystkich konstrukcji tej firmy. Jak dotąd przesłuchałem chyba wszystko, co stworzyli. Właśnie kończymy odsłuchy Iovity

Często odmawiasz firmom?

Nigdy nie zdarzyło mi się odmówić, choć raz zdecydowałem się nie publikować recenzji testowanego sprzętu. Mniejsza o to, co to była za firma i jakie to było urządzenie, jednak po przesłuchaniu wiedziałem, że recenzja będzie miażdżąca. Nie wnikałem w to, czy coś się popsuło, czy konstrukcja nie udała się firmie. Postanowiłem zadzwonić do producenta, uprzedziłem go, powiedziałem wprost o moich odczuciach. Na zasadzie porozumienia stron zdecydowaliśmy o niepublikowaniu tekstu.

Ok, to opowiedz jak wygląda testowanie. Przyjeżdża sprzęt, wyjmujesz go z pudełka i co dalej?

Kiedy przyjeżdża sprzęt, to wrzucam go do garażu i pędzę do pracy (śmiech). Chyba, że to coś wyjątkowego albo cennego, więc rozpakowuję od razu, często z drżeniem rąk. Tak było na przykład z kanadyjskim dzielonym wzmacniaczem Anthem STR, który testowałem jako pierwszy w Europie. To było spore przeżycie, więc od razu go wyjąłem z pudełka i obejrzałem. Ale nawet w takich sytuacjach nie podłączam sprzętu od razu. On musi odczekać kilka godzin, żeby nabrać temperatury pokojowej.

A potem?

Potem zaczynam uważnie słuchać na nim muzyki. Swój system znam na pamięć, wiem jak gra, zatem najpierw puszczam muzykę na własnym sprzęcie, słucham jej jakiś czas, po czym przerzucam się na sprzęt, który mam testować. I to jest taki pierwszy rzut ucha.

Czyli jednak masz własny sprzęt audio i nie słuchasz muzyki tylko na tym, co Ci ludzie przyniosą?

Mam (śmiech). Nie jest przy tym wybitnie drogi. Co prawda odtwarzacz i wzmacniacz są high-endowe i kosztują sporo, ale „pasywka”, drugi wzmacniacz i kolumny to zupełnie inny przedział cenowy. Wiele osób może narzekałoby na taki system, inni mi go zazdroszczą. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że gra tak jak lubię, tak, jak ja chcę. Choć znam jego słabsze strony i wiem, co trzeba poprawić. Zresztą nie ma systemów idealnych. I kiedy wpinam do niego testowane urządzenie to najpierw oceniam jak wpływa na muzykę, którą też znam na pamięć. Jak zmienia barwę, równowagę tonalną, dynamikę, mikrodynamikę, skalę dźwięku, przejrzystość, szczegółowość, budowę sceny... Nie ma przecież wzorca dźwięku, jakiegoś odpowiednika metra z Sevres. Odbiór tego jak brzmi dane urządzenie jest subiektywny i zawsze trzeba to do czegoś odnieść, w tym przypadku do mojego zestawu audio. W trakcie odsłuchu przepinam testowany sprzęt na własny, a potem na odwrót, choć nie robię tego zbyt gwałtownie. Jestem zwolennikiem czegoś, co nazwałem „teorią bigosu”: system musi przejść swoimi „smakami” jak bigos, więc jeżeli do systemu włączymy obcy element, to musi on tam pograć 20, 30 minut, żeby elementy poukładały się ze sobą. Szybkie przepinanie klocków co 10 minut do niczego nie prowadzi. Trzeba po prostu na testowanym urządzeniu słuchać muzyki, którą się lubi i która się zna.

A co z zarzutem, że tak naprawdę gra cały system i recenzja poszczególnego elementu nie będzie miarodajna?

Do pewnego stopnia jest to słuszne, ale przecież w jakiś sposób musimy przeprowadzać testy. Dlatego w opisie możemy potem przybliżać się tylko do cech sprzętu, które w innym systemie mogą zabrzmieć nieco inaczej. Na pewno nie będzie diametralnych różnic, ale pewne cechy mogą zostać uwypuklone lub wycofane.



Jak długo trwa test sprzętu?

Tydzień to absolutne minimum. Choć bywa i tak, że sprzęt mogę trzymać nawet i 2 miesiące, więc słucham go sobie spokojnie w różnych konfiguracjach. Niekiedy jednak goszczę u siebie urządzenia, które mają tak bardzo mocny charakter, że pół godziny po włączeniu wiem w 70, 80 proc. jak będzie wyglądała recenzja.

Pewnie nie zawsze jest tak łatwo?

Są takie urządzenia, których słucham przez tydzień – i nie wiem, o co chodzi. Wiem, czy mi się podoba czy nie, ale niezwykle trudno jest rozebrać ich dźwięk na czynniki pierwsze. Tak było ze wspomnianym wzmacniaczem Haiku Audio SOL II czy francuskim Lavardin IS Reference. Niby wszystko wydawało się oczywiste, ale miałem kłopot ze znalezieniem słów do opisu.

I co wtedy robisz?

Staram się lekko przerysować opis, żeby wzmocnić cechy, które chcę przekazać. Weźmy na przykład testy kabli. Uważam, że one są „przyprawami” – bez względu na to, czy są to kable za 500 zł czy za 15 tysięcy, to żaden z nich nie zmieni brzmienia systemu, a jedynie nada mu „smaku”. Żeby opisać te niuanse trzeba użyć wyrazistych pojęć, stąd często nieporozumienia w dyskusjach internetowych, wielu bowiem nie rozumie, że kabel nie zmieni brzmienia tak jak wzmacniacz czy kolumny.

Język opisu często sprawia Ci kłopot?

Język jest tu przede wszystkim niezwykle nieprecyzyjny. To próba opisania wrażeń zmysłowych abstrakcyjnymi pojęciami. To tak jakbyśmy chcieli tańczyć o malarstwie albo rzeźbić o poezji. Siłą rzeczy język musi być traktowany w sposób metaforyczny.

To porozmawiajmy chwilę o metaforach. „Górna średnica nie jest wyeksponowana, jak w mniejszych kolumnach i idealnie przechodzi w wysokie tony, dlatego nie mamy wrażenia schłodzenia średnicy, jej szklistości” To cytat z jednej z Twoich recenzji. Co to znaczy „schłodzić średnicę” i że jest ona „szklista”?

Wiem, że wiele osób zżyma się na te poetyckie opisy, ale ja wolę użyć metafory, np. że „bas jest sprężysty jak kauczukowa piłeczka”, niż po prostu napisać, że jest „dobry”. Bo co to znaczy dobry? Miękki, ciepły i snujący się, czy krótki, szybki i twardy? Od metafor nie uciekniemy. A podział na brzmienie zimne-ciepłe z grubsza polega na tym, że jeżeli coś jest „zimne” to ma więcej wysokich składowych. Uderzenie w talerz potrafi być cieplejsze lub chłodniejsze – ma tę samą wysokość, ale inny odcień barwowy. Chłodniejszy zatem to bardziej „szklisty”, ponieważ szkło jest „zimne”.

Czy po napisaniu tylu recenzji nie masz problemu z wymyślaniem kolejnych metafor?

Mam. To jest ból każdego, kto dokonuje testów i to nie tylko sprzętu audio. Mamy określony zasób słów odnoszących się do danych zjawisk, w tym przypadku brzmienia. Kiedy się je zużyje wysiłek przy pisaniu kolejnej recenzji jest większy.

Pamiętasz sprzęt, który sprawił Ci szczególne trudności przy teście? A może skala trudności jest podobna, ponieważ testujesz według jednego schematu?

Próbuję uciekać od schematów, ale też wiem, że nie jest to do końca możliwe, gdyż w urządzeniach testuje się ciągle te same aspekty brzmieniowe. Mam przy tym chyba jakiś niepolski charakter (śmiech), ponieważ przede wszystkim staram się skupiać na zaletach danego urządzenia. Oczywiście w recenzji pojawiają się też uwagi krytyczne, ale przede wszystkim punktuję to, co dobre.

Rozmawiamy u Ciebie w domu, w pokoju specjalnie zaadaptowanym na pomieszczenie odsłuchowe. Jesteś z niego zadowolony?

Cóż, zawsze można coś poprawić. Zamieszkałem tu 9 lat temu i kiedy włączyłem sprzęt po raz pierwszy, to byłem załamany. Grał gorzej niż w moim poprzednim mieszkaniu, choć był to ogólnodostępny salon, czy raczej salonik w bloku. Adaptację zacząłem od podstawek granitowych pod sprzęt, potem doszedł dywan, następnie bass trapy. Są one o tyle ciekawe, że spełniają funkcję nie tylko pułapki basowej, ale również rozpraszaczy przy części średnicy. Z jednej strony są absorberami, a z drugiej rozpraszaczami. W zależności od tego jak się je ustawi i w jakiej odległości od rogu pomieszczenia, to one różnie działają. A potem pojawiły się te dyfuzory Schroedera w tym koszmarnym, zielonym kolorze. W przyszłości pójdą na sufit i zostaną przykryte, a na ścianie pojawią się również dyfuzory Schroedera, tyle że w innym, bardziej przyjaznym kolorze.



Masz jakieś rytuały związane z odsłuchem?

Chyba nie.

Szklaneczka czegoś mocniejszego?

Niestety, w czasie testów nie (śmiech). Wbrew pozorom test to zwykłe, banalne słuchanie, czasami nawet męczące, gdy na przykład po raz 200. słuchasz tej samej płyty i strzyżesz uszami, żeby usłyszeć różnicę. A kiedy ma się kilka sprzętów do przetestowania i robi się kolejka, to już prawie koszmar. Ale kiedy jest chwila dla posłuchania dla przyjemności – choć coraz ich mniej – lubię sączyć kraftowe piwo.

Jak wygląda współpraca z dystrybutorami sprzętu? Zdarza im się marudzić, że recenzja nie spełnia ich oczekiwań?

Owszem, zdarzały się sporadyczne przypadki sytuacji typu: „Myślałem, że będzie lepiej, że będzie więcej punktów”, etc., ale nikt nigdy się nie obraził.

Właśnie, punkty. Kiedy się wchodzi na wstereo.pl słupki z punktami natychmiast zaczynają rosnąć, żeby osiągnąć nadany im przez recenzenta rozmiar. Bardzo lubię na to patrzeć...

Tak naprawdę to w ogóle bym ich nie przyznawał, bo ocena brzmienia to nie jest sport. Nie można wszystkiego zmierzyć. Wiem jednak, że nawet jeżeli się do tego nie przyznajemy, to na początku każdy z nas patrzy na punkty. Bez względu na to, czy kupuje pralkę, samochód, sprzęt grający czy czyta recenzję płyty, najpierw patrzy na liczbę gwiazdek czy ocenę. Tak jesteśmy psychicznie skonstruowani. Umówmy się, że są one u mnie kwiatkiem do kożucha, choć oczywiście przyznaje je uczciwie. Choć z drugiej strony to tylko umowne punkciki, do których nie należy przywiązywać jakiejś większej wagi. To tylko moja ocena dokonana w określonych warunkach. Jest jednak bardzo ważne, żeby traktować je w odniesieniu do właściwej grupy cenowej. Od jakiegoś czasu przy każdym teście piszę do jakiej klasy należy sprzęt. Podział jest tu następujący: klasa startowa – do ok. 2 tys. zł za element; klasa budżetowa – do ok. 4 tys. za element; klasa średnia – do ok. 8 tys.; klasa wyższa – do ok. 15 tys., a wyżej to już jest high end. Powiedzmy jednak wyraźnie: to są grupy czysto umowne, jednak potrzebne, żebyśmy nie porównywali sprzętu za 2 tys. ze sprzętem za 8 tys., bo to nierzetelne. Pamiętajmy jeszcze, że punkty również należy odnosić do danej grupy, czyli jeżeli coś dostało 8,5 punktu w klasie sprzętu wyższego, to na pewno zagra lepiej niż to, co w klasie startowej dostało 9,5 punktu.

Zdarzały się naciski na ostateczny kształt recenzji?

Nie. Jest obiegowa opinia, że testy są pisane pod dystrybutorów. Prawie nigdy żaden dystrybutor ani twórca nie widział mojej recenzji przed publikacją. Oczywiście mówimy o tej części, która dotyczy brzmienia, niekiedy bowiem proszą o wysłanie im części technicznej, bo chcą się upewnić, że nie ma w niej błędów merytorycznych. Części z opisem brzmienia, z punktacją i z oceną nigdy nikt nie widzi przed publikacją. Raz zrobiłem wyjątek – dla pewnego polskiego producenta, którego znam osobiście i lubię. Miałem do jego urządzenia – mniejsza o to, czy to kolumny czy wzmacniacz – uwagi i powiedziałem mu, że wprawdzie nie zamierzam go mocno skrytykować, ale dostrzegłem pewne błędy konstrukcyjne o których zamierzam napisać. Sam zaproponowałem, żeby przeczytał. Zrobił to, po czym powiedział: „Ok, masz prawo tak uważać”. Tekst poszedł w takiej postaci, w jakiej zaproponowałem.

Jest sprzęt, którego nie przyjąłbyś do testu?

Pewnie jakiegoś boomboxa... Choć właściwie dlaczego nie? Z drugiej strony przyznaję, że nie lubię niektórych firm, bo nie podoba mi się charakterystyka brzmienia ich sprzętu i pewnie miałbym opory, żeby je przyjąć do testu. Dlaczego? Bo wiem, jakbym je ocenił. A ja nie lubię negatywnych ocen. Wolę chwalić. Jakie to firmy? Hm...

Ok, na koniec dopieśćmy naszych hejterów. Recenzujesz także kable, a wśród nich także te najbardziej kontrowersyjne: sieciowe. Dlatego nie mogę Ci nie zadać pytania: kable grają czy to audiovoodoo?

Grają to muzycy (śmiech), a kable wpływają na dźwięk, ale delikatnie. Nie spodziewajmy się więc, że kable zmienią nasz system. Zmiany dokonywane przez kable są niewielkie i subtelne, ale słyszalne. Do tego różne kable różnie na brzmienie wpływają. Bardziej interkonekty czy głośnikowe, niż sieciowe czy cyfrowe, ale i one mają swój wpływ. Ktoś tego nie słyszy? Niech spróbuje. Mam bowiem takie wrażenie, że tzw. kablosceptycy” kierują się różnymi uprzedzeniami. Pierwsze jest takie: to nie ma nic wspólnego z fizyką, to jakaś psychoakustyka, wam się tylko wydaje, że jeżeli kupiliście drogi kabel to coś usłyszycie, bo bardzo wam na tym zależy. Tymczasem wpływ kabli na brzmienie ma jak najbardziej związek z fizyką. Każdy kabel, nawet najprostszy za kilka złotych, z przeznaczeniem do domowego komputera, ma określone właściwości i parametry. Tych parametrów jest całkiem sporo: indukcyjność, rezystancja, pojemność między żyłami, impedancja. A do tego wpływ izolacji, geometria żył, przeplot, średnice drutów czy drucików, przeploty, skrętki, drgania, masa, długość przewodu, efekt naskórkowy i tak dalej. To wszystko są opisane przez fizykę rzeczy. Tam nie ma żadnego audiovoodo.

A ten słynny argument o „metrze kabla”?

Tak, to słynne pytanie kablosceptyków o sieciówki: jak metrowy kawałek audiofilskiego kabla może coś zmienić, skoro dalej są kilometry zwykłych kabli od elektrowni? To ja się wtedy pytam: „Słyszysz różnicę przy interkonektach”? „Słyszę”. „A przecież to też jest metrowy odcinek. Przed nim też są kilometry kabli i dokładnie ten sam prąd”. Problem z „kablosceptykami” jest taki, że to ludzie o dogmatycznym sposobie myślenia. Przyjmują tezę, że to nie działa i nawet nie próbują jej zweryfikować, choć gdyby spróbowali, to zapewne usłyszeliby różnicę.

A podstawki pod kable?

Też. Wszystko „gra”, tylko nie dajmy się zwariować. Najważniejsze są kolumny, wzmacniacz, źródło. A reszta to przyprawy, które dodajemy w określonych proporcjach. Ale jak wiadomo ziemniaki bez soli też są raczej niejadalne.

 Zdjęcia: Lech Spaszewski

Rozmowie patronuje największa na Facebooku polska grupa audiofilska, AUDIO VINTAGE - HI-FI - HIGH END - DIY - TUBE - AMPLIFIERS - SPEAKERS.