niedziela, 12 czerwca 2016

Parada Równości 2016

Według Ratusza w tegorocznej Paradzie Równości wzięło udział trzysta pięćdziesiąt tysięcy osób, według policji trzy i pół tysiąca, według TVP - Parada się nie odbyła.

Zgodnie z tym, co widziałem, Parada odbyła się, choć liczba uczestników nie zwalała z nóg, przynajmniej na początku.

Potem jednak ludzi było mrowie a mrowie.

Wcześniej jednak trzeba było zadbać o stronę techniczną. Kij do selfie kończył mu się gdzieś na wysokości masztów pobliskiego wieżowca Złota 44. Dzięki temu będzie potem można policzyć nie tylko uczestników Parady, ale także mieszkańców Warszawy z przyległościami.

Kinga, Bernadetta i Magda pielgrzymowały jakby luksusowo.

"Wężykiem, wężykiem!". A nie, przepraszam: z języczkiem, z języczkiem!


Stokrotki dla ukochanej.

Z bliska widać, że to jednak chabry.

Getry w kolorze tęczy. Można porównać z próbnikiem.

Parasol na wypadek, gdyby padała tęcza.

Bezzębna uczestniczka marszu.

Zdjęcie alegoryczne. Co tu dużo pisać, nawet nazywa się Lewandowski, a nie Prawandowski.

Od złotego serca lepsze jest tylko serce tęczowe.

Detalista.

Ten pierwszy to cyklop z jednym okiem, a ten drugi z dwoma.

Twarz tajnych służb.


Twarz jawnych służb.

Panowie intensywnie ćwiczyli wracanie chwiejnym krokiem z knajpy o piątej nad ranem.

Twarze Parady.

"...a Wiosna przyszła pieszo...". I wzięła udział w Paradzie.

"Kochanie, to chyba ten gorszy sort, o którym mówili w telewizji".

Zupełnie nie wiem, jak to zinterpretować, ale daję, bo ładne.

Będzie na fejsa. Sądząc po okularach, pewnie Włosi albo Szwedzi.

Człowiek z człowiekiem na głowie.

Kobieta z balonami.

Bardzo mi się podobają geje w mundurach. Mają jakąś filmową, ale też i perwersyjną elegancję.

No to jeszcze jedno.

Alicja w krainie LGBT.

No pasaran.

Jakoś bym to skomentował, ale zabrakło mi konceptu.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Coaching: między kazaniem a kabaretem



Wedle popularnej (i złośliwej) maksymy coach to ktoś, kto nie potrafi sobie poradzić z własnym życiem, więc zostaje specjalistą od radzenia innym, co mają zrobić ze swoim. Przynajmniej w połowie jest to prawdą, bo często są to naprawdę wysokiej klasy specjaliści od doradzania, jednak żeby uznać pierwszą część maksymy za prawdziwą, to należy uznać, że są oni również specjalistami od efektywnego zarządzania własnym nieudacznictwem, co zresztą wielu z nich przynosi krocie. W prostej linii da się z tego wyciągnąć logiczny wniosek, że osobiste nieudacznictwo to dzisiaj świetny sposób na osiągnięcie zawodowego sukcesu, oczywiście jeżeli potrafimy nim po mistrzowsku zarządzać.


Czy istnieją meta coache, którzy z kolei uczą coachów, jak motywować nas, zwykłych ludzi? Kto z kolei ich motywuje, etc.?

Dotąd trzymałem się od coachów z daleka w nie popartym żadnymi dogłębnymi studiami przekonaniu, że są to owszem, specjaliści, ale od przekonywania ludzi, że warto im zapłacić, żeby powiedzieli nam, jak żyć. – Nie udało ci się? To znaczy, że starałeś się nie dość mocno, zapłać więcej, to ci jeszcze lepiej doradzimy, jak jeszcze bardziej się starać, i koło się zamyka. Niedawno w tym przekonaniu utwierdził mnie fragment wywiadu z nieznaną mi Violettą Rymszewicz, „trenerką i rekruterką”. Cokolwiek znaczą te tytuły, wywołały we mnie „bojaźń i drżenie”, ale ten fragment jej wypowiedzi bardzo mi konweniował: „Jaką wartość rozwojową ma uczestnictwo w wielotysięcznym show z prelegentami, których jedyną kompetencją szkoleniową jest elokwencja, a cały przekaz treściowy zamyka się w odmienianym przez wszystkie przypadki „you can do it”? Coaching w polskim wydaniu to kolejny, paradoksalny, lokalny fenomen i sposób na szybką kasę samozwańczych guru samorozwoju”.

Jakoż rychło miałem okazję sprawdzić prawdziwość tych słów oraz swoich uprzedzeń na najprawdziwszym spotkaniu motywacyjnym. Poprowadził je Łukasz Jakóbiak, pierwszy celebryta pośród mówców motywacyjnych i pierwszy mówca motywacyjny pośród celebrytów. Łukasz Jakóbiak, zanim stał się mówcą motywacyjnym, odniósł sukces wywiadami z gwiazdami, które wciąż przeprowadza w wynajmowanej kawalerce. Za motywowanie wziął się dopiero potem, więc nie pasował do schematu coacha święcącego triumfy za sprawą swojej nieporadności życiowej. Punkt dla niego.

Spotkanie odbyło się w dyskretnej i nieco dusznej sali Hotelu Sheraton w Warszawie. Bilety za dwu i półgodzinny wykład kosztowały od sześćdziesięciu dziewięciu złotych w przedsprzedaży do stu dziewięćdziesięciu dziewięciu na miejscu. „Na sali siedzi jakieś siedem tysięcy złotych” – szepnąłem do siedzącej obok Agi. Przyszliśmy na specjalne zaproszenie, więc jeżeli takich jak my było więcej, mogłem nieco pomylić się w rachubach.

Spotkanie rozpoczął Jakub B. Bączek, mówca i mentalista. Do mentalistów nabrałem głębokiego respektu mniej więcej rok temu, kiedy jeden z nich odgadł imię kobiety, z którą po raz pierwszy całował się Bartosz Węglarczyk. Od tej pory mentalistów uważam za wirtuozów szarlatanerii mentalnej, z którymi lepiej nie zadzierać. Dlatego w dalszej części tekstu postaram się zachować ostrożność.

Jakub B. Bączek okazał się być nie byle jakim trenerem mentalnym, bo trenerem mentalnym polskiej kadry siatkarzy na mistrzostwach świata. Swoją mowę motywacyjną rozpoczął od sugestywnego naszkicowania, jakim dramatem dla siatkarzy było trafienie do „grupy śmierci” – i jakim wyzwoleniem było podporządkowanie się sugestiom trenera mentalnego Jakuba B. Bączka. Przedstawił to tak, jakby mistrzostwo świata wywalczyli przede wszystkim dzięki jego, Jakuba B. Bączka, motywacji. Mowa mentalisty była tak przekonująca, że bez trudu w to uwierzyłem, a przy okazji dowiedziałem się, że polscy sportowcy zdobyli ostatnio jakieś mistrzostwo świata.

Młody, pewny siebie, z mikrofonem, przypominał jednego z tych nowoczesnych amerykańskich kaznodziejów opowiadających o tym, że Bóg jest i czeka i że wystarczy w niego uwierzyć, a twoje życie zmieni się na lepsze. Po jego czterdziestopięciominutowej przemowie powstało we mnie nieokreślone poczucie winy i bardzo określone przekonanie, że tracę czas siedząc na wykładzie, podczas gdy powinienem iść i zmieniać swoje życie. Reakcja będąca zapewne marzeniem każdego mówcy motywacyjnego z prawdziwego zdarzenia i każdego kaznodziei.

Potem przed widzów wyszedł Łukasz Jakóbiak, żeby przykładami z własnej biografii zaświadczyć, że jego motto życiowe, „Nie ma rzeczy niemożliwych”, nie wzięło się z sufitu, ale z pomysłowości, determinacji, ciężkiej pracy i sporej dawki szaleństwa.

Wykład Łukasza Jakóbiaka składał się głównie z przeglądu jego własnych dokonań, i to nie byle jakich. Chciał dostać się do domu pana Versace? – Dostał się przy pomocy fałszywego kieliszka z winem i ochroniarza, który wprowadził go do środka słusznie zakładając, że ktoś z kieliszkiem w ręku nie może być szukającym przygód Łukaszem Jakóbiakiem, ale podpitym gościem pana Versace. Chciał szybko znaleźć pracę? Rozwiesił na płocie gigantyczne CV, dzięki czemu praca sama go znalazła, a wtedy on… odmówił. I znalazł lepszą. Chciał wystąpić u boku Sevena Seagala? Udało mu się przekonać producenta, że jest wart półsekundowego ujęcia w jednej z mniej ważnych scen. I wystąpił w niej. Chciał zaprosić Lady Gagę do swojego filmu o równouprawnieniu? Co za niefart, nie udało się, choć Jakóbiak na jej koncert wniósł ogromny transparent z prośbą o wystąpienie w filmie. Lady Gaga powiedziała wtedy, że całe jej życie to jeden długi film o równouprawnieniu. Na szczęście Jakóbiakowi udało się potem zrobić z Lady Gagą wspólne selfie, więc swoją misję uznał za spełnioną.

Brzmi śmiesznie? Taki był cały wykład Łukasza Jakóbiaka. Siedem tysięcy złotych na sali co chwila wybuchało śmiechem, a niekiedy brawami nagradzało co celniejsze jego bon moty. Dwie i pół godziny wykładu minęło jak mgnienie oka. To już? Rozbawiony nie spostrzegłem nawet, że powinienem poczuć się zmotywowany. Zupełnie zapomniałem, że to był wykład motywacyjny i poczułem się dobrze.

Kiedy nadszedł czas refleksji uświadomiłem sobie, że to bardzo dobrze, że zapomniałem. Gdybym podczas przeglądu spektakularnych sukcesów Łukasza Jakóbiaka pamiętał, że on o tym opowiada, żeby mnie zmotywować, chyba bym się pociął. Że on taki świetny, wszystko mu się udaje, a ja taki zwykły człowiek, po prostu redaktor. Oczywiście upraszczam, ale jego narcystyczny monolog (to wciąż uproszczenie), miast motywować, mógł wpędzić w tęgie kompleksy. Nie można bezkarnie opowiadać o swoich sukcesach, choć skądinąd wiem, że jest to żelazny punkt każdej mowy motywacyjnej. Swoją drogą, przez cały czas nie opuszczała mnie uporczywa myśl, ile spektakularnych porażek Jakóbiak w swojej mowie pominął. To byłaby dopiero motywacja do działania.

„Skoro mnie się udało, to i tobie się uda”. Jest to taka sama niedorzeczność, jak twierdzenie, że każda spośród setki osób na sali może być pierwsza. Pierwsza może być tylko jedna, mówiąc tak wszystkim, dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich wmawia się nieprawdę, haczyk tkwi w tym, że nie wiadomo, którym. Nie każdy może, i nie każdy musi wygrać, są osoby immanentnie impregnowane na sukces, i doprawdy, nie każda z tych osób umie swoje nieudacznictwo przekuć na sukces na gruncie coachingu. Niektórzy po prostu nigdy niczego nie wygrają i nie osiągną, ale tego nie powie nikomu żaden coach, w pierwszym rzędzie w trosce o własne zarobki.

Jeżeli Jakub B. Bączek zorganizował nam kazanie, to Łukasz Jakóbiak zaprezentował świetny, śmieszny stand up. Mówił z ikrą, zabawnie, wiedział, gdzie powinna być puenta, a gdzie nieoczekiwany zwrot akcji. Ze spotkania wyszedłem niekoniecznie do czegokolwiek zmotywowany, ale w dobrym nastroju. Rozrywka na najwyższym poziomie, cechująca się tym, czego brak większości współczesnych kabaretów: inteligentnymi tekstami. Tylko do czego może motywować dobry monolog? Ponoć dobry żart jest bezcenny, ale ci, którzy wyłożyli dwieście złotych na spotkanie motywacyjne, a otrzymali świetny kabaret, mogą czuć się zawiedzeni. Nie czułem się zawiedziony tylko dlatego, że nie wyłożyłem na spotkanie ani złotówki.

Są rzeczy niemożliwe. Możliwe, że dotąd nikt tego dotąd Łukaszowi Jakóbiakowi nie powiedział, albo, co ostatecznie równie możliwe, nigdy tego nie doświadczył. Kiedy jednak tego doświadczy, znajdzie się na tym samym poziomie, co ludzie, których naucza. Wtedy będzie potrzebował własnego coacha. Albo zrozumie, że nie tędy droga.

środa, 12 sierpnia 2015

Piotr Kuryło, wina i lincz

Piotr Kuryło jest aktualnie bohaterem swojego największego i najbardziej dramatycznego maratonu. Mocą niepojętej ironii, jest jego bohaterem negatywnym i jednocześnie biernym: może jedynie bezradnie przyglądać się obłędnej galopadzie internetowych komentarzy, z których każdy bez wyjątku wpisuje się w medialny lincz nad maratończykiem.

W czwartek, dzień przed wyruszeniem do Aten na kolejny maraton, Piotr Kuryło pojawił się w Sonieczkowie koło Augustowa i w tropikalnym, bo niemal 40-stopniowym upale, przywiązał swoją ciężarną sukę Sarę do bramy tamtejszego schroniska. Potem odjechał. Wrócił po 40 minutach, żeby dowieźć Sarze wodę do picia. I znowu odjechał. Wszystko zarejestrował lokalny monitoring. Nagranie przedostało się do internetu. Wraz z wpisem pracownicy schroniska na Facebooku, oznaczało to dla maratończyka śmierć. Cywilną i prawdopodobnie sportową. To okrutna i niesprawiedliwa kara, ale być może konieczna.

Internet nie zna litości, co jest o tyle nieoczywistą konstatacją, że internet - to my. Człowiek, mając okazję bezkarnie, to znaczy za zgodą swojego sumienia i norm społecznych, okazać potępienie, niemal zawsze skorzysta z tej okazji z nawiązką. Upokarzanie bliźniego swego w słusznej sprawie daje przyjemność z jakiej rzadko rezygnujemy, a internet dał możliwość folgowania jej na niespotykaną wcześniej skalę.

Trudna do wyobrażenia samotność Piotra Kuryło, który padając pod naporem internetowego, zatem społecznego, potępienia, może już tylko wyłączyć komputer i tym samym pogrążyć w samotności jeszcze bardziej intensywnej, bo pozbawionej medialnego zgiełku. Paradoksalnie, jego nieudolne próby obrony jeszcze bardziej pogłębiły przepaść między nim, a społecznością słusznie oburzonych. Przepaść pozorną.

"Nie było innego wyboru. Następnego dnia wybiegałem do Grecji. Ta decyzja została podjęta w ostatniej chwili. Trzeba już było oddać tego psa, chociaż wcześniej obiecywałem, że będę go długo trzymał, aż do końca. Różne są kolejne życia" - wytłumaczył dziennikarzom TVN24 i tym samym dał wyraz nieludzkiemu pragmatyzmowi.

Pies: przedmiot operacji czysto funkcjonalnej, ofiara tej samej ekonomii wymiany, jakiej podlegają przedmioty codziennego użytku. Jeszcze sprawne, ale w zasięgu ręki są już kolejne, nowsze i domagające swojego miejsca w owej cyrkulacji dóbr chwilowego użytku. Zwierzę, podobnie jak sprzęt rtv, ma dzisiaj zaprogramowany okres użyteczności. Oto komunikat, jaki niechcący przekazał nam Piotr Kuryło.

Ta głęboko naiwna i jednocześnie podstępnie głęboka wypowiedź pokazuje, że Piotr Kuryło jest jednym z nas. I jest w wielu z nas, bo w potrzaskanym zwierciadle dynamicznie przemieszczających się norm społecznych wielu z nas ma twarz Piotra Kuryły. Nie ma różnicy. Brzegi przepaści, jaką oddzielił się od nas bezmyślnym porzuceniem psa, u samego dna okazują się być scalone w jeden fundament. Fundament społeczeństwa trwale przekonanego, że dobra materialne są i powinny być nietrwałe. W skrajnym przypadku zwierzę przynależy do tak określonego porządku. Jego urzeczowienie już się dokonało.

Piotr Kuryło uświadomił nam patologiczny charakter takiego przekonania. Stał się ofiarą w jakiś sposób niezbędną, żeby refleksja o utylitarnym traktowaniu świata zwierząt zeszła z poziomu abstrakcji do poziomu realnego cierpienia konkretnego zwierzęcia. Sary, lat około 10, szczennej. Stał się kozłem ofiarnym, jednak poza jednostkową ofiarą, jaką ponosi i zapewne długo jeszcze ponosić będzie, jest równocześnie ofiarą całego społeczeństwa, które potrzebowało kogoś takiego, jak Piotr Kuryło, żeby zrzucić z siebie balast winy za wszystkie porzucone psy: wreszcie można winowajcę wskazać palcem. Może nawet kopnąć.

Żeby nie było niejasności: medialny lincz, jaki spotkał Piotra Kuryło, jest ze wszech miar uzasadniony. Próba bagatelizowania jego winy lub wskazywanie na nieadekwatność kary wobec czynu (medialny lincz jest karą bez sądu) oznacza jednocześnie zatarcie podstawowego wymiaru, wokół którego rzeczony lincz się rozgrywa: cierpienia Sary.

Bronię zatem Piotra Kuryły nie dlatego, że jest bez winy, bo nie jest. Nawet nie dlatego, że został niesprawiedliwie mocno potraktowany, bo być może zasłużył na niesprawiedliwie mocne potraktowanie. Bronię go, bo jego wina jest odbiciem tych wszystkich win społeczeństwa, do których ono samo nie chce się przyznać. Posługujemy się Piotrem Kuryłą, żeby porachować się z własnymi winami i w jakiś sposób je unieważnić: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem w Piotra Kuryłę. Ilość kamieni, jakie poleciały w jego stronę świadczy, że proces naszego samooczyszczania przebiega sprawnie, a impet, z jakim się za to zabraliśmy dowodzi, że potrzebowaliśmy kogoś takiego, jak on. Jego występek przyjęliśmy zatem ze swego rodzaju upiornym zadowoleniem: gdyby nie było Piotra Kuryło, należałoby go wymyślić.

Piotr Kuryło jest tylko emanacją społecznych tabu, które właśnie znalazły moment wyładowania. Tabu jest bowiem przekonanie, że my sami, z euforyczną ulgą pozbywając się starego smartfona i bez żalu wymieniający zepsutą pralkę na nową, w sytuacji granicznej zachowalibyśmy się lepiej od biegacza (sami spróbujmy sobie zdefiniować, co dla każdego z nas jest sytuacją graniczną). Głosy, że dla takich jak on nie ma już miejsca w sporcie są tedy całkowicie bezzasadne.

"Piętnujemy go za to, co zrobił, ale takiego zachowania jest więcej. Potępiam to, co zrobił, bo zachował się beznadziejnie i mam nadzieję, że ma wyrzuty sumienia. Ale jeśli chodzi o miejsce w świecie sportu, to nie można go skreślać i wykopać" - ocenił jego występek Henryk Szost, polski biegacz długodystansowy. Trafił w punkt.

Być może dopiero teraz jest dla niego miejsce w sporcie, a przynajmniej powinno być - i to w większym stopniu, niż dotychczas. Bieganie w intencji pokoju lub "wspierania chorych w walce z chorobą" jest ufundowane na formule zbyt abstrakcyjnej, żebyśmy uwierzyli w jej realność. Posiadanie psa, który ma swoje potrzeby i który czeka, odziera to bieganie z komfortu, ale bez wątpienia nadaje mu większy sens, niż spalone w szlachetnej intencji kalorie.

Bieganie to dla Piotra Kuryło całe jego życie. Nie odbierajmy mu tego.


niedziela, 12 lipca 2015

Wernisaż zdjęć Pietrka

 W Łodzi zameldowałem się w piątek o dwudziestej, w sam raz, żeby w "Manufakturze" zjeść porządny posiłek i spacerem dość do Schillera. Kawałek, ale Piotrkowską, więc przyjemnie. Napitej i rozhuczanej młodzieży nie było nawet za dużo, a i pogoda sprzyjała. Dotarłem w sam raz na czas, choć czas, jak mnie pouczył Pietrek, w Łodzi jest względny. Faktycznie, okazało się (z czasem), że płynął i bujał się w rytm muzyki i w sposób proporcjonalny do spożytego alkoholu.

Lokal znajdował się tuż obok lokalnej siedziby PiS-u. Tej samej, w której prawie pięć lat temu doszło do mordu politycznego. Ponure sąsiedztwo i ponura historia nie miała żadnego wpływu na przebieg zdarzeń, wspominam jednak o tym jako ciekawostce faktograficznej.

Wernisaż rozpoczął się niepunktualnie o 22, lecz jak bardzo niepunktualnie, tego chyba nikt nie pamięta ("To jest Łódź, tu się płynie"), ale chyba około 23. Pietrek zdecydował, że wygłosi okolicznościowe przemówienie, cytuję je w całości: "Dziękuję za przybycie". Okoliczności obiektywne, w postaci dociekliwego jegomościa z brodą, zmusiły jednakowoż gospodarza do zrewidowania przemowy i twórczego jej rozwinięcia. Jegomość z brodą dociekał bowiem... w gruncie rzeczy nie wiadomo, czego dociekał i Pietrek musiał posuwać się do efektownych retorycznych wolt, żeby zadość uczynić jego dociekliwości. Jegomość, dodajmy, okazał się zresztą sympatyczny i na koniec przemowy jako pierwszy jął bić brawo.

Po przemówieniu na scenę wyszedł Szymon, wcześniej cierpliwie malowany przez Sandrę w barwy... nie, nie wojenne. W jakieś inne barwy.

Jego taniec też był inny. Niepokojący. Zmysłowy. Chwilami przypominał walkę, i w rzeczy samej, był walką. Szymon ściągnął z siebie koszulę i zmagał się z nią, jakby była przedłużeniem jego ciała. Nie było mu wygodnie we własnym kształcie. Targał tkaninę, szarpał i wiązał, a ona zdawała się szarpać i więzić jego. Walka o nadanie sobie kształtu chwilami zdawała się przerastać tancerza, ale ten nie poddawał się. Być może nie wiedział jeszcze, że ta walka nie ma końca i tańczyć, resp. walczyć będzie jeszcze długo po zejściu ze sceny, tymczasem jednak prezentował nam w dość ekshibicjonistyczny sposób zmagania z własną tożsamością. Kilkunastominutowy występ zakończył się, być może ku rozczarowaniu kilku widzów, happy endem. Szymon odzyskał bowiem kontrolę nad własnym ciałem, to znaczy nad swoją tożsamością, to znaczy nad swoją koszulą. Na dowód zrobił dwadzieścia pompek i imponująco opadł na podłogę w oczekiwaniu na zasłużone oklaski. Teraz pewnie walczy na innej scenie, być może przymierzając inną koszulę. Młody jeszcze jest. Kiedyś zrozumie, że żadna nie będzie pasować do końca.

Taniec Szymona możecie obejrzeć tutaj. Muzykę napisał Kacper, syn Pietrka.

Zdjęcia? Większość z nich znacie. Na każdym z nich młodzi chłopcy, którzy dopiero poszukują swojej koszuli, niekiedy paradują w pożyczonej, a niekiedy zgoła bez. Ileż to głupstw napisano na AT o tych zdjęciach! Ileż one kompleksów, agresji i bezinteresownej niechęci do drugiego człowieka wyzwoliły! AT ujawniło swoją skrywaną na co dzień, bagnistą stronę. Szczęśliwie na wernisażu byli wyłącznie ci, których nie zaślepiały przesądy i dzięki temu mogli bez uprzedzeń patrzeć na zdjęcia jak na obiekty sztuki.

Z wernisażu wracaliśmy do Justynowa w środku nocy na dwa samochody. W tamtym Maestro z żoną, uroczą Anią oraz Kasia z Jackiem. W tym, Kacper, Sandra, Daniel, Szymon i ja. Pędziliśmy dziko i w milczeniu przez przez puste ulice. Pięć posępnych postaci w ciemnym aucie. Piszczały wściekle opony, kiedyśmy w pełnym pędzie pokonywali zakręty i w szczególny sposób harmonizowały z Metronomy, którego niespokojne dźwięki nie pozwalały Kacprowi zdjąć nogi z gazu. Dojechaliśmy, zanim skończyła się noc i zanim Kasia z Jackiem zdążyli dowieźć nam Maestro i jego uroczą żonę Anię.

Do samego rana łoiliśmy whisky, a kiedy wreszcie wyszło słońce, przy stole został już tylko Maestro, Szymon i ja. I niedopita butelka.


Piotr przywitał wszystkich przemową:

Sandra maluje Szymona. Cierpliwość:

Jegomość z brodą nadaje rytm:

Szymon i jego koszula:
Na szukaniu siebie niejeden zjadł własną koszulę:

Szymon wciąż szuka własnego kształtu, dlatego taki niewyraźny:
"Piekło to inni":
 Chwila na spokojną kontemplację prac:
 ...a kiedy wszyscy poszli:

Dziękuję Pietrkowi za zaproszenie. Więcej jego zdjęć tutaj.

niedziela, 14 czerwca 2015

Parada Równości 2015

Około dwudziestu tysięcy ludzi przemaszerowało przez zamienioną w piekarnik Warszawę w tegorocznej Paradzie Równości. Gotujący się pod stopami asfalt nie osłabił jednak gotowości zwolenników równości i różnorodności do manifestowania swoich poglądów. Osłabił zapewne za to bojowego ducha "prawdziwych patriotów", których sporadyczne i anemiczne kontry były praktycznie niezauważalne na tle kolorowego i rozbawionego tłumu.

Wszyscy sobie takie robili, zrobiłem i ja:

Mężczyzna z dwoma ptaszkami i sercem na wierzchu:

Mężczyzna ze skrzydłami na wierzchu:

Platforma SLD była najgłośniejsza ze wszystkich. Taki łabędzi... hałas kończącej swój żywot partii:

Plac Zbawiciela, więc i wzmożony entuzjazm. W górę poszły chorągiewki:

Polska Conchita Wurst:

Panie z planszami zostały bardzo serdecznie pozdrowione z platform:

"Niech no tylko zobaczę, że pokazałeś gdzieś to zdjęcie!" - krzyknęła do mnie, kiedy już wyjęła palce z buzi:

Tęcza i policjant. Tęcza stać tu będzie do końca roku, policjant znacznie krócej:

Przerwa w maszerowaniu:

Akurat nie mam pod ręką zabawnego komentarza do tego zdjęcia, ale pokazuję, bo ładne:

Miłość:

Fotografowanie wymagało niekiedy, by tak rzec, poświęceń:

Strażnik gender:

Każdy walczy, czym może:

Wczesna wersja drona, jeszcze z pilotem w środku. Krążył przez cały czas nad Paradą:

"Prawdziwa egzotyka":

Ciąg dalszy tematu prawdziwej egzotyki:

Tak właśnie zapamiętamy Paradę:

Dzieci maszerowały różnie: na rowerkach, w wózkach albo na głowach rodziców:

Jako jedyna odpowiedziała na apel o tańczenie:

Strój tego pana z czymś mi się kojarzy, ale nie wiem z czym. Strój pana w tle nie kojarzy mi się z niczym:

Czasami okazywanie entuzjazmu wymagało niewielkiej pomocy przyjaciół:

Nastrojowe zdjęcie numer 1:

Kolejne nastrojowe zdjęcie numer 1:

Koniec Parady, więc i zafrasowanie na twarzy widoczne coraz bardziej:

"Wężykiem, wężykiem...":

Entuzjazm do różnorodności należy kształtować od małego:

Na samym końcu, za Paradą, szedł ten pan. Nie skorzystał z zaproszenia, żeby się przyłączyć:

I pozamiatane:
Parada Równości zaczęła się o godzinie 15 przed budynkiem Sejmu. Wyruszyła stamtąd o godzinie 16 i maszerowała sobie ulicami Warszawy do około 18.30. Zapraszam też do obejrzenia relacji z Parady Równości w 2013 roku i w 2012 roku.