czwartek, 2 sierpnia 2018

Audio Vintage Poland Meeting 2018 - recenzja

              Ależ było marudzenie, a ileż wyrzutów, utyskiwań, bez mała pogróżek personalnych pod adresem administracji za wybór takiego a nie innego terminu 3 Zlotu Audio Vintage Group. Wiadomo, lato, ludzie pragną wypoczynku rozumianego tradycyjnie: z rodziną na plażę albo z grupą przyjaciół gdzieś w góry. To czas, żeby za ciułane przez rok pieniądze pojechać w końcu na wymarzoną Majorkę czy do Toskanii, a jak ktoś naprawdę bogaty, to nawet nad polskie morze. I nagle należałoby ten uświęcony rok w rok rytuał odrzucić precz i jak gdyby nigdy nic powiedzieć: „Do widzenia, kochanie, w ten weekend jestem tylko dla moich przyjaciół-audiofilów”? Mowy nie ma!
               Otóż nie. Pomimo rzekomo niesprzyjającego terminu, w dniach 19-22 lipca w strategicznie położonym w środku Polski obok autostrady Dobieszkowie stawiło się, niech spojrzę na wyciąg bankowy, siedemdziesiąt siedem osób. Dokładnie tyle, ile było miejsc w hotelu. Tak, moi drodzy, zapełniliśmy cały hotel, do ostatniego łóżka. Tak się organizuje imprezy w „niesprzyjających” terminach. I kiedy o tym myślę to aż się za głowę łapię zastanawiając, gdzie pomieścilibyśmy wszystkich zlotowiczów, gdyby termin był bardziej sprzyjający, czyli na ten przykład listopadowy.
     Pierwszy dzień potraktowaliśmy jako rozbiegówkę. Przyjechać, przywitać się, rozpakować sprzęt i dokonać pierwszych odsłuchów. Niektórym trudno się było rozstać ze sobą i sprzętem, więc dość powiedzieć, że ceremonię powitalną zakończyli w okolicach śniadania dnia następnego. Co do mnie, to spałem do siódmej rano i obmywszy oczy żwawo ruszyłem do stołówki, gdzie ze smakiem zjadłem jajecznicę i twarożek.
         Hotel w Dobieszkowie nie oferował niestety możliwości umieszczenia wszystkich wystawców na jednym poziomie, więc żeby obejrzeć wszystkie atrakcje trzeba było biegać po piętrach. Nie jest to do końca wina hotelu, ponieważ w porównaniu do poprzedniego Zlotu, firm prezentujących swoje urządzenia było o wiele więcej. I teraz dla niepoprawnych kronikarzy mała uczta, czyli raport o stanie obecności. Do dyspozycji wystawiających mieliśmy trzy apartamenty. Parter zajęła moja macierzysta firma Nomos Audio Vintage oraz nasz partner, firma E.I.C., dystrybutor doskonałych angielskich kolumn marki Tannoy, o których poniżej. Piętro wyżej zainstalowali się Haiku Audio (to ci od doskonałych, autorskich wzmacniaczy) oraz Smok Audio (sprzedaż sprzętu vintage i płyt winylowych). Po przeciwnej stronie hotelu, ale na tym samym piętrze pomieściły swoje zabawki firmy Zweimann (producent m.in. napędów typu DAC) i Sky Audio (wzmacniacze lampowe). Mieliśmy do dyspozycji jeszcze trzy sale konferencyjne – parter zajęli sobie uczestnicy Zlotu, a właściwie wystawa ich sprzętu grającego. Co tam się działo! Ale otem potem. W drugiej sali wystawił się Tonsil ze swoimi najnowszymi kolumnami głośnikowymi, a w trzeciej 4HiFi, dystrybutor nowoczesnego sprzętu audiofilskiego. Uff! Przebrnąłem.

         Wydarzeń było tyle, że dwóch niedziel nie starczy, żeby wszystkie opowiedzieć, ale postaram się zmierzyć z tą poniekąd beznadziejną robotą. Na początek zajrzyjmy na wystawę sprzętu będącego własnością członków grupy. Czegoż tam nie było! Wzmacniacze (w tym po raz drugi goszczący na Zlocie żarówkowiec Kuby Mizery, nieco zmodyfikowany), tunery i amplitunery, zatrzęsienie kolumn i różne inne wynalazki. Było tego zwyczajnie za dużo i maestro Piotr Walendowski podjął bezkompromisową decyzję o wyrzuceniu większości gratów za drzwi. Kryterium było proste: porównujemy dwie pary kolumn i ta, która zyska mniejsze uznanie, wylatuje. Podobnie z resztą sprzętu. Nie było litości, ludzie setki kilometrów targali swoje wypieszczone zestawy audio, potem pieczołowicie je ustawiali, a po trzydziestu sekundach grania musieli zabierać z powrotem. „To jest rzeźnia” – skomentował to dosadnie Michał Potocki.
         Nerwy można było ukoić w apartamencie Nomos Audio Vintage, gdzie niepodzielnie rządził kolejny maestro, Lech Spaszewski. Lech z wirtuozerią Herberta Von Karajana… ok., przesadziłem, z bardzo dużą wirtuozerią dyrygował orkiestrą w skład której wchodziło wyłącznie zacne instrumentarium. Pierwsze skrzypce grały (by tak rzec) kolumny podłogowe firmy Tannoy – my zadbaliśmy o przygotowanie egzemplarzy sprzed lat, a nasz partner i jednocześnie dystrybutor marki, firma E.I.C., przywiózł nam najnowszy model. Ależ one wyglądają! Mają tak rasowy wygląd vintage, że Zlotowicze co chwila pytali nas, które są nowe, a które stare, my zaś nie nadążaliśmy z odpowiadaniem. Jako źródło służył nam do pewnego momentu w pełni manualny gramofon Pioneer PL-50, a potem dzielony na napęd i DAC odtwarzacz CD Esoteric. Sygnał wzmacniały doskonałe włoskie wzmacniacze Unison Research Sinfonia Anniversary i Etiuda.

         Ścisk podczas testu był okrutny, bo każdy chciał się przekonać na własne uszy, które z tych ślicznotek zagrają… aha, spodziewaliście, że napiszę „lepiej” i prawie zgadliście. W ostatniej chwili ugryzłem się jednak w klawiaturę, ponieważ odbiór barwy dźwięku to rzecz tak subiektywna, że hierarchizowanie jej to czynność dość niepoważna i łatwo tu o palnięcie głupstwa. W każdym razie większości uczestników bardziej podobał się dźwięk wypływający z nowych tannoy’ów. Zagrały jaśniej, czyściej, w sposób bardziej precyzyjny i dość gładko zatarły wspaniały skądinąd efekt, jaki chwilę wcześniej wywarły na słuchaczach starsze kolumny grające bardziej matowo i ździebko mniej przejrzyście, za to głębiej i jakoś tak dostojniej. Ale (zawsze jest jakieś „ale”) kto chciał, to wziął sobie do serca słowa Pawła Kluczyka ze SkyAudio, który prowadził prezentację. „Po godzinie nowe konstrukcje by was zmęczyły” – zapewnił. „Nowe są zatem do wyścigów, stare do przyjemności” – skomentował to Lech, ale słowa obu panów musieliśmy wziąć na wiarę, albowiem nie było ani czasu ani warunków na wielogodzinne odsłuchy, żeby potwierdzić lub obalić wspomniane zapewnienia.
         Jest rzeczą powszechnie wiadomą (jeżeli ktoś zaczyna wypowiedź od zwrotu „jest rzeczą powszechnie wiadomą” to jest rzeczą powszechnie wiadomą, że to bujda), że audiofil to człowiek na poziomie, wytrawny znawca i wielbiciel nie tylko muzyki, ale i sztuk wszelakich ze szczególnym uwzględnieniem teatru. Jakoż żeby mu wyjść naprzeciw Nomos Audio Vintage przygotował pierwszą na świecie sztukę jednoaktową „Śmierć tranzytora” (mówi się trałzystora i jeden z aktorów, w sensie ja, w trakcie spektaklu z upodobaniem i po wielokroć powtarzał to słowo w celach tyleż artystycznych co edukacyjnych). W telegraficznym skrócie: sztuka prezentowała dramat podmiotu lirycznego, z jednej strony atakowanego przez złą żonę, czyniącą podmiotowi wymówki o kupowanie kolejnych gratów vintage, z drugiej strony zmagającego się z oporem jeszcze bardziej złego trałzystora, który żadną miarą nie chciał skapitulować przed zabiegami rewitalizacyjnymi uskutecznianymi już to przy pomocy strzykawki, już to korkociągu do wina. Żadne z tych wyrafinowanych narzędzi naprawczych nie okazało się skuteczne i o trałzystor w końcu upomniała się Śmierć.

Jednoaktówka okazała się sporym wydarzeniem artystyczno-towarzyskim i jeżeli kuluary do dzisiaj nie puchną od plotek i komentarzy to winę za to ponosi Maciej Stempurski i jego wywrotowy test przewodów sygnałowych. Test przygotował z Janem Grzybickim z 4HiFi. Kable to w ogóle niebezpieczny temat, bo zwolenników teorii, że wpływają na dźwięk jest tylu, co i zwolenników teorii przeciwnej. Oba stronnictwa zwalczają się z zawziętością polityków startujących w wyborach i żadne z nich nie bierze jeńców. Wróć, stroną atakującą są na ogół „kablosceptycy”, bo „kabloentuzjaści” mają najczęściej w głębokim niepoważaniu to, co myślą o nich ci pierwsi i po prostu bawią się drutami.
Co do testu, to porównywaliśmy trzy różne przewody na trzech różnych gatunkowo utworach muzycznych. Słuchaliśmy uważnie, kiwaliśmy głowami i notowaliśmy spostrzeżenia, a na koniec głosowaliśmy. I już myśleliśmy, że na wyłonieniu zwycięzcy się skończy, a my rozejdziemy się w spokoju, kiedy Maciek odpalił petardę tak potężną, że z niejednej kablosceptycznej głowy dymi się do dzisiaj. Otóż z szatańską miną (trochę ubarwiam, minę miał taką jak zwykle, ale w takiej chwili ze wszech miar miał prawo mieć szatańską) powiedział, że słuchaliśmy kabli… cyfrowych. Czyli takich, które nie mają prawa „grać”, bo to tylko zera i jedynki, więc albo kabel działa albo nie działa, nie ma wartości pośrednich, etc. A tu proszę, wszyscy usłyszeli różnicę w brzmieniu pomiędzy poszczególnymi przewodami. Dla wielbicieli kronik wszelakich podaję, że były to w kolejności: TCI Cables Adder Digital II SE, Gotham GAC-1 z wtykami Amphenol i Klotz VA063ELS. W głosowaniu wygrały te pierwsze, za ponad sześć stów, drugie miejsce zajęły testowane na końcu, kosztujące nieco ponad sto złotych, a bodaj tylko dwóch zwolenników zdobyły tanie jak barszcz kable środkowe, z marketu. Druty zaś przepinane były między napędem CEC a DAC Audio GD.
Wstrząs audiofilaktyczny (powinna być taka jednostka chorobowa) niektórzy wciąż leczą słuchaniem muzyki z pozbawionych jakichkolwiek przewodów odtwarzaczy mp3 8kb/s, inni wyemigrowali na daleką północ i słuchają już tylko arktycznego wiatru smagającego nieliczne turzyce i porosty, a najliczniejsza grupa utraciła wiarę w muzykę w ogóle. Maciej Stempurski otrzymał zaś dożywotni zakaz pojawiania się na audiofilskich imprezach z czymkolwiek co choćby z daleka przypomina przewody połączeniowe, druty, sznurki czy choćby gumkę od majtek.
Internetu by nie wystarczyło żeby wymienić wszystkie atrakcje Zlotu (zwłaszcza przy moim rozwlekłym sposobie pisania), więc już tylko w telegraficznym skrócie ujmę niektóre z pozostałych wydarzeń.
Firma Tonsil przyjechała na Zlot z kolekcją swoich nowych kolumn w celu udowodnienia wszem i wobec, że „altusy nie grajo”. Jednak nie z naszymi ludźmi takie numery. Kilka godzin cierpliwego konfigurowania sprzętu i altusy zagrały i zaśpiewały jak ta lala, zwłaszcza podłogówki Altus 380.

W apartamencie Nomos Audio Vintage w ślepym teście porównywaliśmy dość budżetowy gramofon z – przepraszam za efekciarskie słowo – high-endowym dzielonym odtwarzaczem CD marki Esoteric kosztującym tyle, co miejski samochód. Nawet wytrawni audiofile mieli niekiedy kłopot ze wskazaniem, z którego źródła słyszą dźwięk. Jeszcze większy mieliby kłopot gdybyśmy porównywali dźwięki płynące z Esoterica z dźwiękami generowanymi przez jakiś odtwarzacz mp3 8kb/s, ale na tak karkołomny test zabrakło nam cojones. Może następnym razem będziemy mieli więcej animuszu.
Nie zabrakło nam go za to przy porównywaniu rzeczonego Esoterica z najnowszym, pracującym na lampach przetwornikiem cyfrowo-analogowym Zweimann DAC Papylon. Ten ostatni to autorski projekt Michaela… Cwejmana. Podobieństwo nazwiska twórcy do nazwy jego dzieła jest oczywiście całkowicie przypadkowe. Całkiem już jednak nieprzypadkowo DAC dzielnie dotrzymywał kroku dzielonemu monstrum o ezoterycznej nazwie.
Organizatorzy testów i porównań mogą do samej choinki powtarzać, że nie ma „lepsze”, „gorsze”, jest – „inne”. Zatem mówienie, że dany sprzęt gra „lepiej” od innego jest nieuprawnione, ponieważ rzecz jest wysoce subiektywna. Audiofil jednak wie swoje i nic mu nie sprawia takiej przyjemności jak możliwość postawienia naprzeciwko siebie na ringu dwóch (lub więcej) sprzętów i powiedzenie: bijcie się. Takie „walki kogutów” czy może raczej lamp miały miejsce w pokoju Haiku Audio i Smok Audio, gdzie do rywalizacji, pardon, do testu stanęły trzy lampy z serii EL 34: KT77 Genalex (Gold Lion), stara lampa RFT NOS i Psvane Philips Holland Metal Base Replica.

Apartament Sky Audio zamienił się z kolei w gorącą łaźnię, gdzie w tak zwane znaki (czyli w co?) dawały się „pralki” znanej i cenionej w branży AGD firmy Tannoy. Potężne (120 kg sztuka) podłogówki robiły wrażenie czystością, do jakiej potrafiły doprowadzić każdy dźwięk.
Biorąc pod uwagę liczebność uczestników, skalę przedsięwzięcia oraz jego sukces, oświadczam, że kolejny zlot odbędzie się w twierdzy Alcatraz, zaś klucze to cel posiadała będzie wyłącznie administracja. Aha, przy okazji apeluję po raz drugi: osoby, które w sobotę o drugiej w nocy puszczały w sali Tonsilu na całą moc głośników „Oczy zielone” Zenka Martyniuka proszone są o zgłoszenie się w celu dobrowolnego poddania karze.







Zdjęcia: Grzegorz Piskorski i Wstereo (zdjęcie z jednoaktówki)

środa, 13 czerwca 2018

Parada Równości 2018


Pamięta ktoś jeszcze, że w sobotę przez centrum Warszawy przemaszerowała Parada Równości? Dzisiaj, w środowy wieczór, wychowankowie internetu (ze szczególny uwzględnieniem Facebooka) ze wszech miar mają prawo traktować to wydarzenie sprzed czterech dni jako prehistorię. Równie dobrze mógłbym raportować turniej tenisowy na korcie Frascati w 1938 roku albo kłopoty z gardłem rumuńskiego sprawozdawcy sportowego na Olimpiadzie w ZSRR w 1980 roku i nie zauważyliby różnicy. Jakoż wierna rzesza moich czytelników to osoby dojrzałe, a często i leciwe, dla których przeszłość nie kończy się wczoraj, więc natchnięty uzasadnionym optymizmem przedstawiam garść fotowrażeń z tej pięknej i szlachetnej inicjatywy.

Azali ludzi było mrowie a mrowie.


"Mamuśka? Nie czekaj z obiadem, idę po nasze prawa obywatelskie. Aha, ty też idziesz? No to pa!".

Nie bardzo wiedział o co chodzi, ale pił zdrowie maszerujących cierpliwie i konsekwentnie.

Sądząc po rozrzuconych flaszkach, niezorientowanych było więcej.

Majtki na wierzchu. Potem nie spodobały się jednemu z policjantów, zupełnie nie wiem dlaczego. Koniec końców widzimy je na co dzień na ulicy, zwłaszcza w upalne dni.


Co innego na platformie, tam można było pokazać choćby i goły tyłek.

Ach, jak trudno w dzisiejszych czasach być damą.

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszą drag na świecie?

Ta pani i jej wysłużony plakat stanowią stały element postępowych zgromadzeń. Jak widać, zainteresowani z uwagą oddają się lekturze plakatu.

Wie ktoś czy w Księdze jest coś o kobietach?

Są na szczęście "męszczyźni" dla których niebo zawsze jest uchylone. Oczywiście, jeżeli nie zamówią o pięć piw za dużo, bo nietrzeźwych święty Piotr wyrzuca na zbity pysk. Tu, odcięci przez policję od paradujących, sprawili nieco uciechy fotografującym.

Marilyn Monroe dość niefortunnie wybrała sobie miejsce do pozowania.

"Upał był...(nie do opisania)". Ktoś wie jaką (anty)polską pisarkę zacytowałem?

Tęczowa ochrona przed palącym słońcem.

 Tatów dwóch.

A skoro już weszliśmy w strefę dzieci...

Uliczna nauka robienia bum bum, bardzo przydatna potem w sypialni rodziców.
 
Senność w najbezpieczniejszych ramionach świata.

Robimy woltę i robimy ukłon w stronę seniorów, a mówiąc dokładniej seniorek.

A tu przyszła seniorka, bardzo miła zresztą.

Policja zwierciadłem Parady.

Cycki zasłonięte, Facebook nie ma prawa się przyczepić.

 Złowieszcza łowczyni fotosów.

Tak wygląda ktoś, kto przez trzy godziny usiłuje przejść przez jezdnię, ale niedasię.

A to Mojżesz, który też wpadł na Paradę. Być może będzie kandydował na prezydenta Warszawy.



Parada znalazła swój finał przed największą zawalidrogą stolicy.
 

środa, 23 maja 2018

Ale nam Nosowska powiedziała


Jeszcze niedawno nie było żadnych wątpliwości kim jest Katarzyna Nosowska: wrażliwą, uduchowioną artystką śpiewającą ambitne utwory dla oczytanych, inteligentnych odbiorców. Wszystko się zmieniło, kiedy Nosowska - raczej już Kasia, aniżeli Katarzyna (a właściwie Kaśka) - dorwała się do Instagrama. Odkrywszy potęgę błahostki i potencjał tkwiący w płochości jęła jedno i drugie wykorzystywać do stworzenia parodii świata show-biznesu oraz jego konsumentów, lekko licząc, kilkudziesięciu tysięcy kobiet w wieku 18-35 lat, którym nieobcy jest i tyłek Kim Kardashian i najnowsza powieść Doroty Masłowskiej. Nie śledzę tego, bo to nie na moje nerwy, ale Nosowska najwyraźniej ma silniejszą ode mnie konstrukcję psychiczną, bo nie tylko doskonale się w tym świecie orientuje, ale też weszła w niego z całym tupetem spełnionej artystki i wzięła go szturmem używając do tego poczucia humoru, smartfona i Agaty Kuleszy w charakterze statywu. W ten sposób nakręciła ileś tam filmów (nie miałem odwagi ich policzyć) w których robi z show-biznesem to, co Monty Python z naszymi przywarami: wyśmiewa je traktując jednocześnie ze śmiertelną powagą. Zaś o tym, że puszcza do nas oko świadczy już tylko nieruchoma powieka - oto najwyższy rodzaj ironii, całkowicie stopiony z powagą: odbiorca często nie ma szans zorientować się czy to żart czy wręcz przeciwnie.

Zupełnie jak z piosenką "Ja pas!", tak słabą artystycznie, że aż interesującą - możliwe, żeby tak doświadczona artystka niechcący stworzyła ten elektroniczny i smakujący jak bułka z supermarketu koszmarek? Ludzie się nią jednak zajadają bo wiedzą, że jeżeli jedna z najlepszych na rynku piekarni oferuje w sprzedaży wyjątkowe, stające kością w gardle pieczywo, to robi to po coś. Po co? Oto jest pytanie, na które Nosowska oczywiście nie raczy odpowiedzieć. Ironia w najlepszym wydaniu.

I kiedy już wydawało się, że gorzej być nie może, Nosowska wykonała kolejny krok: podniosła Instagram do rangi literatury. Co prawda sama się przeciwko takiemu określeniu swojej twórczości buntuje, ale jak wiadomo, autor w kwestii odbioru własnego dzieła ma najmniej do powiedzenia. Nosowska właśnie wydała książkę "A ja żem jej powiedziała" i czy jej się to podoba czy nie, trafiła na półki księgarń, bibliotek a niedługo zapewne trafi do wszelkiej maści rankingów literackich. Życie nie jest sprawiedliwe.

"Strasznie krępuje mnie określenie 'książka'. Jasne, zapiski wciśnięte między dwie okładki są przedmiotem, który tak nazywamy. Ale książka to literatura. Ja, owszem, napisałam coś, co będzie występowało na półce, na której zazwyczaj bywają książki, jednak wolę nazywać to moją nową formą na komunikowanie się z drugim człowiekiem" - mówi w jednym z najnowszych wywiadów. Książka to forma komunikowania się autora z odbiorcami stara jak świat, ale może Nosowska o tym nie wiedziała. Skoro jednak już się dowiedziała, to zmuszona była - co jest przykrym obowiązkiem poczytnych autorów - spotkać się z czytelnikami i odpowiedzieć na różne padające z ich ust mądre pytania. Pardon, książka Nosowskiej traktuje o błahostkach, więc poziom trudności jest wyższy, należy mądrze odpowiedzieć na błahe pytania.

Państwo darują mi ten przydługi wstęp (trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać, mnie zaś hamulce już dawno wysiadły), cały czas rozchodzi się o to, że w niedzielę 20 maja Kaśka Nosowska była gościem Międzynarodowego Festiwalu Literatury Apostrof, gdzie promowała swoją pierwszą i zapewne nie ostatnią książkę. A ja chciałem zaprezentować zdjęcia z jej spotkania autorskiego.



Miałem zacząć od zdjęcia Nosowskiej, ale właśnie zaowocował mi krzak poziomki, więc nie mogłem się powstrzymać. Państwo mi darują i już pokazuję pierwsze zdjęcie z wieczoru autorskiego. Rozmowę z gwiazdą piosenki, a od niedawna literatury prowadziła Karolina Korwin Piotrowska, kiedyś nazwana przez Kubę Wojewódzkiego "naczelnym prokuratorem show-biznesu". Obawy, że swoimi błyskotliwymi bon motami i ripostami skradnie show gwieździe wieczoru, nie były do końca bezzasadne. Tego niestety nie widać na załączonym obrazku.


Z początku Nosowska wydawała się być niezwykle spięta, marudziła że jest gruba i że musi być na czarno, żeby nie było widać.


Instagramową influencerką została z podpuszczenia Agaty Kuleszy, która pokazała jej to przedziwne miejsce w internecie. Instagram bardzo jej się spodobał i zaczęła go używać bez umiaru, choć kokieteryjnie wypiera się posiadania jakiegokolwiek wpływu na ludzi.


Słowo "influencerka" powinno być zakazane, a tym, którzy go używają, za karę należałoby odcinać internet.


Czarownica, normalnie czarownica. A Nosowska jeszcze większa.



Na zakończenie spotkania dostała od organizatorów jakiegoś badyla. Ponoć od zawsze o takim marzyła, ale bała się, że go skrzywdzi, trzymała się od takiego z daleka. Teraz nie ma już wyjścia.


Miejmy nadzieję, że życie badyla będzie dłuższe, niż instagramowa kariera Nosowskiej.

 
Chwilę potem założyła kapotę w kolorze badyla i wyszła na scenę, żeby zaśpiewać, że "Milena to dziwka". Wiedzieliście?



Artystyczny kanibalizm: Nosowska-piosenkarka została pożarta przez Nosowską-pisarkę. Dowód na poniższym obrazku.


A potem to, co najważniejsze dla każdego fana, czyli autografy. A Olga spełniła w końcu swoje marzenie i zrobiła sobie zdjęcie ze swoją idolką. Obiecała, że jak przeczyta książkę to mi ją pożyczy. Chętnie na to przystałem. Sam jestem ciekawy, czy to typowa jednorazówka, czy jednak internetowi recenzenci mają rację zachwycając się głębią, przesłaniem, trafnością obserwacji, poczuciem humoru autorki, etc. Na moją recenzję jednak nie liczcie. Nerwy mam słabe od dziecka.