czwartek, 1 lutego 2018

"Są takie urządzenia, których słucham przez tydzień i nie wiem, o co chodzi" - Maciej Stempurski o testowaniu sprzętu audio


Audiofil: ktoś, kto w muzyce słyszy coś, czego normalny człowiek żadną miarą nie usłyszy i w dodatku wydaje na swoją pasję wszystkie pieniądze. To oczywiście prawda, co postaram się udowodnić w cyklu wywiadów przygotowywanych wspólnie z firmą Nomos. Począwszy od dzisiaj w każdy pierwszy piątek miesiąca zaprezentuję rozmowę z kimś, kto o świecie audio ma coś ciekawego do powiedzenia. Na początek - Maciej Stempurski, założyciel strony wstereo.pl i dyżurny tester sprzętu muzycznego w kraju. Oto, co zeznał.

Jacek Zalewski: Wielu uważa recenzje sprzętu audio za, mówiąc delikatnie, niezbyt wiarygodne. Zgodzisz się z tym?

Maciej Stempurski: Rozumiem, że chodzi o zarzut kupowania recenzji? Wiem, że jest grupa ludzi żyjących w przekonaniu, że cały świat składa się tylko z interesików i biznesu. Oni uważają, że klient, czyli dystrybutor lub producent, daje sprzęt, kupuje reklamę na stronie i wymaga, żeby recenzja była bardzo pozytywna. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że są w błędzie, to ich sprawa, jak widzą świat. Jeżeli o mnie chodzi, to nigdy nie napisałem recenzji za pieniądze. Poza tym nie testuję jedynie sprzętu firm, które reklamują się na mojej stronie wstereo.pl. Piszę też dużo opinii, także pochlebnych, innych firm. I nigdy nie miałem żadnych problemów, żeby dostać sprzęt do testów.

W jaki sposób go pozyskujesz?

Na początku, gdy zaczynałem przeprowadzać testy, wymagało to trochę zachodu: wysyłałem dziesiątki maili, dzwoniłem, proponowałem recenzje. Kiedy jednak strona rozwinęła się i zaczęła być trochę rozpoznawalna, to firmy same zaczęły się do mnie zgłaszać, choć przyznaję, że niekiedy i ja się do niektórych odzywam prosząc o sprzęt.

Czym kierujesz się przy wyborze urządzeń? Własnymi upodobaniami?

Lubię płodozmian, więc kiedy jestem po testach wzmacniacza to mam wtedy ochotę posłuchać jakichś kolumn. Zresztą różnorodność potrzebna jest na stronie, źle wyglądałyby na przykład trzy testy pod rząd kolumn albo kabli. Zdarza się, że bardzo chcę posłuchać jakiegoś urządzenia – z różnych powodów. Ma na przykład dobre opinie i chcę to zweryfikować. Albo ma bardzo różne, skrajne oceny. Warto go posłuchać samemu. A czasem coś mnie po prostu porwie. Tak było z produktami firmy Haiku Audio Wiktora Krzaka. Dostałem do oceny wzmacniacz Haiku Audio SOL II i zafascynował mnie, więc chciałem posłuchać wszystkich konstrukcji tej firmy. Jak dotąd przesłuchałem chyba wszystko, co stworzyli. Właśnie kończymy odsłuchy Iovity

Często odmawiasz firmom?

Nigdy nie zdarzyło mi się odmówić, choć raz zdecydowałem się nie publikować recenzji testowanego sprzętu. Mniejsza o to, co to była za firma i jakie to było urządzenie, jednak po przesłuchaniu wiedziałem, że recenzja będzie miażdżąca. Nie wnikałem w to, czy coś się popsuło, czy konstrukcja nie udała się firmie. Postanowiłem zadzwonić do producenta, uprzedziłem go, powiedziałem wprost o moich odczuciach. Na zasadzie porozumienia stron zdecydowaliśmy o niepublikowaniu tekstu.

Ok, to opowiedz jak wygląda testowanie. Przyjeżdża sprzęt, wyjmujesz go z pudełka i co dalej?

Kiedy przyjeżdża sprzęt, to wrzucam go do garażu i pędzę do pracy (śmiech). Chyba, że to coś wyjątkowego albo cennego, więc rozpakowuję od razu, często z drżeniem rąk. Tak było na przykład z kanadyjskim dzielonym wzmacniaczem Anthem STR, który testowałem jako pierwszy w Europie. To było spore przeżycie, więc od razu go wyjąłem z pudełka i obejrzałem. Ale nawet w takich sytuacjach nie podłączam sprzętu od razu. On musi odczekać kilka godzin, żeby nabrać temperatury pokojowej.

A potem?

Potem zaczynam uważnie słuchać na nim muzyki. Swój system znam na pamięć, wiem jak gra, zatem najpierw puszczam muzykę na własnym sprzęcie, słucham jej jakiś czas, po czym przerzucam się na sprzęt, który mam testować. I to jest taki pierwszy rzut ucha.

Czyli jednak masz własny sprzęt audio i nie słuchasz muzyki tylko na tym, co Ci ludzie przyniosą?

Mam (śmiech). Nie jest przy tym wybitnie drogi. Co prawda odtwarzacz i wzmacniacz są high-endowe i kosztują sporo, ale „pasywka”, drugi wzmacniacz i kolumny to zupełnie inny przedział cenowy. Wiele osób może narzekałoby na taki system, inni mi go zazdroszczą. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że gra tak jak lubię, tak, jak ja chcę. Choć znam jego słabsze strony i wiem, co trzeba poprawić. Zresztą nie ma systemów idealnych. I kiedy wpinam do niego testowane urządzenie to najpierw oceniam jak wpływa na muzykę, którą też znam na pamięć. Jak zmienia barwę, równowagę tonalną, dynamikę, mikrodynamikę, skalę dźwięku, przejrzystość, szczegółowość, budowę sceny... Nie ma przecież wzorca dźwięku, jakiegoś odpowiednika metra z Sevres. Odbiór tego jak brzmi dane urządzenie jest subiektywny i zawsze trzeba to do czegoś odnieść, w tym przypadku do mojego zestawu audio. W trakcie odsłuchu przepinam testowany sprzęt na własny, a potem na odwrót, choć nie robię tego zbyt gwałtownie. Jestem zwolennikiem czegoś, co nazwałem „teorią bigosu”: system musi przejść swoimi „smakami” jak bigos, więc jeżeli do systemu włączymy obcy element, to musi on tam pograć 20, 30 minut, żeby elementy poukładały się ze sobą. Szybkie przepinanie klocków co 10 minut do niczego nie prowadzi. Trzeba po prostu na testowanym urządzeniu słuchać muzyki, którą się lubi i która się zna.

A co z zarzutem, że tak naprawdę gra cały system i recenzja poszczególnego elementu nie będzie miarodajna?

Do pewnego stopnia jest to słuszne, ale przecież w jakiś sposób musimy przeprowadzać testy. Dlatego w opisie możemy potem przybliżać się tylko do cech sprzętu, które w innym systemie mogą zabrzmieć nieco inaczej. Na pewno nie będzie diametralnych różnic, ale pewne cechy mogą zostać uwypuklone lub wycofane.



Jak długo trwa test sprzętu?

Tydzień to absolutne minimum. Choć bywa i tak, że sprzęt mogę trzymać nawet i 2 miesiące, więc słucham go sobie spokojnie w różnych konfiguracjach. Niekiedy jednak goszczę u siebie urządzenia, które mają tak bardzo mocny charakter, że pół godziny po włączeniu wiem w 70, 80 proc. jak będzie wyglądała recenzja.

Pewnie nie zawsze jest tak łatwo?

Są takie urządzenia, których słucham przez tydzień – i nie wiem, o co chodzi. Wiem, czy mi się podoba czy nie, ale niezwykle trudno jest rozebrać ich dźwięk na czynniki pierwsze. Tak było ze wspomnianym wzmacniaczem Haiku Audio SOL II czy francuskim Lavardin IS Reference. Niby wszystko wydawało się oczywiste, ale miałem kłopot ze znalezieniem słów do opisu.

I co wtedy robisz?

Staram się lekko przerysować opis, żeby wzmocnić cechy, które chcę przekazać. Weźmy na przykład testy kabli. Uważam, że one są „przyprawami” – bez względu na to, czy są to kable za 500 zł czy za 15 tysięcy, to żaden z nich nie zmieni brzmienia systemu, a jedynie nada mu „smaku”. Żeby opisać te niuanse trzeba użyć wyrazistych pojęć, stąd często nieporozumienia w dyskusjach internetowych, wielu bowiem nie rozumie, że kabel nie zmieni brzmienia tak jak wzmacniacz czy kolumny.

Język opisu często sprawia Ci kłopot?

Język jest tu przede wszystkim niezwykle nieprecyzyjny. To próba opisania wrażeń zmysłowych abstrakcyjnymi pojęciami. To tak jakbyśmy chcieli tańczyć o malarstwie albo rzeźbić o poezji. Siłą rzeczy język musi być traktowany w sposób metaforyczny.

To porozmawiajmy chwilę o metaforach. „Górna średnica nie jest wyeksponowana, jak w mniejszych kolumnach i idealnie przechodzi w wysokie tony, dlatego nie mamy wrażenia schłodzenia średnicy, jej szklistości” To cytat z jednej z Twoich recenzji. Co to znaczy „schłodzić średnicę” i że jest ona „szklista”?

Wiem, że wiele osób zżyma się na te poetyckie opisy, ale ja wolę użyć metafory, np. że „bas jest sprężysty jak kauczukowa piłeczka”, niż po prostu napisać, że jest „dobry”. Bo co to znaczy dobry? Miękki, ciepły i snujący się, czy krótki, szybki i twardy? Od metafor nie uciekniemy. A podział na brzmienie zimne-ciepłe z grubsza polega na tym, że jeżeli coś jest „zimne” to ma więcej wysokich składowych. Uderzenie w talerz potrafi być cieplejsze lub chłodniejsze – ma tę samą wysokość, ale inny odcień barwowy. Chłodniejszy zatem to bardziej „szklisty”, ponieważ szkło jest „zimne”.

Czy po napisaniu tylu recenzji nie masz problemu z wymyślaniem kolejnych metafor?

Mam. To jest ból każdego, kto dokonuje testów i to nie tylko sprzętu audio. Mamy określony zasób słów odnoszących się do danych zjawisk, w tym przypadku brzmienia. Kiedy się je zużyje wysiłek przy pisaniu kolejnej recenzji jest większy.

Pamiętasz sprzęt, który sprawił Ci szczególne trudności przy teście? A może skala trudności jest podobna, ponieważ testujesz według jednego schematu?

Próbuję uciekać od schematów, ale też wiem, że nie jest to do końca możliwe, gdyż w urządzeniach testuje się ciągle te same aspekty brzmieniowe. Mam przy tym chyba jakiś niepolski charakter (śmiech), ponieważ przede wszystkim staram się skupiać na zaletach danego urządzenia. Oczywiście w recenzji pojawiają się też uwagi krytyczne, ale przede wszystkim punktuję to, co dobre.

Rozmawiamy u Ciebie w domu, w pokoju specjalnie zaadaptowanym na pomieszczenie odsłuchowe. Jesteś z niego zadowolony?

Cóż, zawsze można coś poprawić. Zamieszkałem tu 9 lat temu i kiedy włączyłem sprzęt po raz pierwszy, to byłem załamany. Grał gorzej niż w moim poprzednim mieszkaniu, choć był to ogólnodostępny salon, czy raczej salonik w bloku. Adaptację zacząłem od podstawek granitowych pod sprzęt, potem doszedł dywan, następnie bass trapy. Są one o tyle ciekawe, że spełniają funkcję nie tylko pułapki basowej, ale również rozpraszaczy przy części średnicy. Z jednej strony są absorberami, a z drugiej rozpraszaczami. W zależności od tego jak się je ustawi i w jakiej odległości od rogu pomieszczenia, to one różnie działają. A potem pojawiły się te dyfuzory Schroedera w tym koszmarnym, zielonym kolorze. W przyszłości pójdą na sufit i zostaną przykryte, a na ścianie pojawią się również dyfuzory Schroedera, tyle że w innym, bardziej przyjaznym kolorze.



Masz jakieś rytuały związane z odsłuchem?

Chyba nie.

Szklaneczka czegoś mocniejszego?

Niestety, w czasie testów nie (śmiech). Wbrew pozorom test to zwykłe, banalne słuchanie, czasami nawet męczące, gdy na przykład po raz 200. słuchasz tej samej płyty i strzyżesz uszami, żeby usłyszeć różnicę. A kiedy ma się kilka sprzętów do przetestowania i robi się kolejka, to już prawie koszmar. Ale kiedy jest chwila dla posłuchania dla przyjemności – choć coraz ich mniej – lubię sączyć kraftowe piwo.

Jak wygląda współpraca z dystrybutorami sprzętu? Zdarza im się marudzić, że recenzja nie spełnia ich oczekiwań?

Owszem, zdarzały się sporadyczne przypadki sytuacji typu: „Myślałem, że będzie lepiej, że będzie więcej punktów”, etc., ale nikt nigdy się nie obraził.

Właśnie, punkty. Kiedy się wchodzi na wstereo.pl słupki z punktami natychmiast zaczynają rosnąć, żeby osiągnąć nadany im przez recenzenta rozmiar. Bardzo lubię na to patrzeć...

Tak naprawdę to w ogóle bym ich nie przyznawał, bo ocena brzmienia to nie jest sport. Nie można wszystkiego zmierzyć. Wiem jednak, że nawet jeżeli się do tego nie przyznajemy, to na początku każdy z nas patrzy na punkty. Bez względu na to, czy kupuje pralkę, samochód, sprzęt grający czy czyta recenzję płyty, najpierw patrzy na liczbę gwiazdek czy ocenę. Tak jesteśmy psychicznie skonstruowani. Umówmy się, że są one u mnie kwiatkiem do kożucha, choć oczywiście przyznaje je uczciwie. Choć z drugiej strony to tylko umowne punkciki, do których nie należy przywiązywać jakiejś większej wagi. To tylko moja ocena dokonana w określonych warunkach. Jest jednak bardzo ważne, żeby traktować je w odniesieniu do właściwej grupy cenowej. Od jakiegoś czasu przy każdym teście piszę do jakiej klasy należy sprzęt. Podział jest tu następujący: klasa startowa – do ok. 2 tys. zł za element; klasa budżetowa – do ok. 4 tys. za element; klasa średnia – do ok. 8 tys.; klasa wyższa – do ok. 15 tys., a wyżej to już jest high end. Powiedzmy jednak wyraźnie: to są grupy czysto umowne, jednak potrzebne, żebyśmy nie porównywali sprzętu za 2 tys. ze sprzętem za 8 tys., bo to nierzetelne. Pamiętajmy jeszcze, że punkty również należy odnosić do danej grupy, czyli jeżeli coś dostało 8,5 punktu w klasie sprzętu wyższego, to na pewno zagra lepiej niż to, co w klasie startowej dostało 9,5 punktu.

Zdarzały się naciski na ostateczny kształt recenzji?

Nie. Jest obiegowa opinia, że testy są pisane pod dystrybutorów. Prawie nigdy żaden dystrybutor ani twórca nie widział mojej recenzji przed publikacją. Oczywiście mówimy o tej części, która dotyczy brzmienia, niekiedy bowiem proszą o wysłanie im części technicznej, bo chcą się upewnić, że nie ma w niej błędów merytorycznych. Części z opisem brzmienia, z punktacją i z oceną nigdy nikt nie widzi przed publikacją. Raz zrobiłem wyjątek – dla pewnego polskiego producenta, którego znam osobiście i lubię. Miałem do jego urządzenia – mniejsza o to, czy to kolumny czy wzmacniacz – uwagi i powiedziałem mu, że wprawdzie nie zamierzam go mocno skrytykować, ale dostrzegłem pewne błędy konstrukcyjne o których zamierzam napisać. Sam zaproponowałem, żeby przeczytał. Zrobił to, po czym powiedział: „Ok, masz prawo tak uważać”. Tekst poszedł w takiej postaci, w jakiej zaproponowałem.

Jest sprzęt, którego nie przyjąłbyś do testu?

Pewnie jakiegoś boomboxa... Choć właściwie dlaczego nie? Z drugiej strony przyznaję, że nie lubię niektórych firm, bo nie podoba mi się charakterystyka brzmienia ich sprzętu i pewnie miałbym opory, żeby je przyjąć do testu. Dlaczego? Bo wiem, jakbym je ocenił. A ja nie lubię negatywnych ocen. Wolę chwalić. Jakie to firmy? Hm...

Ok, na koniec dopieśćmy naszych hejterów. Recenzujesz także kable, a wśród nich także te najbardziej kontrowersyjne: sieciowe. Dlatego nie mogę Ci nie zadać pytania: kable grają czy to audiovoodoo?

Grają to muzycy (śmiech), a kable wpływają na dźwięk, ale delikatnie. Nie spodziewajmy się więc, że kable zmienią nasz system. Zmiany dokonywane przez kable są niewielkie i subtelne, ale słyszalne. Do tego różne kable różnie na brzmienie wpływają. Bardziej interkonekty czy głośnikowe, niż sieciowe czy cyfrowe, ale i one mają swój wpływ. Ktoś tego nie słyszy? Niech spróbuje. Mam bowiem takie wrażenie, że tzw. kablosceptycy” kierują się różnymi uprzedzeniami. Pierwsze jest takie: to nie ma nic wspólnego z fizyką, to jakaś psychoakustyka, wam się tylko wydaje, że jeżeli kupiliście drogi kabel to coś usłyszycie, bo bardzo wam na tym zależy. Tymczasem wpływ kabli na brzmienie ma jak najbardziej związek z fizyką. Każdy kabel, nawet najprostszy za kilka złotych, z przeznaczeniem do domowego komputera, ma określone właściwości i parametry. Tych parametrów jest całkiem sporo: indukcyjność, rezystancja, pojemność między żyłami, impedancja. A do tego wpływ izolacji, geometria żył, przeplot, średnice drutów czy drucików, przeploty, skrętki, drgania, masa, długość przewodu, efekt naskórkowy i tak dalej. To wszystko są opisane przez fizykę rzeczy. Tam nie ma żadnego audiovoodo.

A ten słynny argument o „metrze kabla”?

Tak, to słynne pytanie kablosceptyków o sieciówki: jak metrowy kawałek audiofilskiego kabla może coś zmienić, skoro dalej są kilometry zwykłych kabli od elektrowni? To ja się wtedy pytam: „Słyszysz różnicę przy interkonektach”? „Słyszę”. „A przecież to też jest metrowy odcinek. Przed nim też są kilometry kabli i dokładnie ten sam prąd”. Problem z „kablosceptykami” jest taki, że to ludzie o dogmatycznym sposobie myślenia. Przyjmują tezę, że to nie działa i nawet nie próbują jej zweryfikować, choć gdyby spróbowali, to zapewne usłyszeliby różnicę.

A podstawki pod kable?

Też. Wszystko „gra”, tylko nie dajmy się zwariować. Najważniejsze są kolumny, wzmacniacz, źródło. A reszta to przyprawy, które dodajemy w określonych proporcjach. Ale jak wiadomo ziemniaki bez soli też są raczej niejadalne.

 Zdjęcia: Lech Spaszewski

Rozmowie patronuje największa na Facebooku polska grupa audiofilska, AUDIO VINTAGE - HI-FI - HIGH END - DIY - TUBE - AMPLIFIERS - SPEAKERS.

sobota, 23 grudnia 2017

Pokochaj wroga w święta

I wrogów mi potrzeba do szczęścia” - tako rzecze Zaratustra. Jakoż o dobrego wroga nie jest dzisiaj łatwo zwłaszcza, że jego najpowszechniejsza obecnie mutacja, zwana hejterem, jest niestety niskiej jakości albo – mówiąc językiem bardziej „nowoczesnym”, gorszego sortu. O pożytkach z posiadania wroga nikogo przekonywać nie trzeba, bo i któż myśli o nas częściej, niż on? Nawet kochanka nie jest w stanie zagwarantować nam tyle uwagi i namiętności, bo i ona kiedyś zasypia – podczas gdy wróg w trakcie bezsennych nocy ofiarowuje nam wszystkie swoje godziny przemyśliwując sposoby najskuteczniejszego zranienia nas. Hejter tymczasem poświęca nam tyle uwagi, ile trwa napisanie w internecie nienawistnego komentarza – po czym przenosi swoją nienawiść na kolejny obiekt. Doprawdy, nie ma niczego chwalebnego w posiadaniu hejterów, owszem, jest to wróg, ale jednorazowego użytku, co wprawdzie zgadza się z duchem współczesności premiującej doraźność i brakoróbstwo, ale nie jest on w stanie zaspokoić ducha wyraźnie wznoszącego się ponad epokę i poszukującego przeciwności na miarę swoich potrzeb.

O szczęście posiadania osobistego wroga otarli się Kuba Kwieciński i Dawid Mycek, para gejów (co ważne), którzy niedawno nagrali piosenkę „Pokochaj nas w święta”. Nie wiem dokładnie, dlaczego chcieliby, żeby ich pokochać, a w szczególności w święta, ale skoro tego pragną, należy to uszanować. Ja na przykład nie chciałbym, żeby mnie ktoś pokochał, a już w szczególności w święta, ale ja jestem zgorzkniałym starym dziadem i to też należy uszanować. Bo w ryja.



Dość dygresji (dlaczego, pisząc o czymkolwiek i tak zawsze kończę pisząc o sobie?), przejdźmy do sedna. O chłopakach zrobiło się właśnie głośno w mediach, na co sobie zasłużyli nie tym, że nagrali piosenkę, nie tym, że przez trzy miesiące uczyli się śpiewać i nawet nie wyeksponowaną w pieśni prośbą, żeby ich pokochać. Zrobiło się o nich głośno, bo są gejami, którzy nagrali piosenkę z prośbą, żeby ich pokochać. W heteronormatywnym świecie taka piosenka nagrana przez heteronormatywną (co to w ogóle za słowo?) parę przeszłaby bez echa zwłaszcza, że stylistycznie to połączenie disco polo z „White Christmas”, co raczej nie budzi entuzjazmu. Geje jednak wciąż są w tym wspaniałym, będącym oazą normalności kraju, czymś na granicy skandalu i bluźnierstwa i dlatego zwyczajna, budząca ciepłe skojarzenia piosenka okazała się ekscesem i „promocją homoseksualizmu”, w dodatku nachalną.

Swoją drogą (znowu dygresja) „promocja homoseksualizmu” to wyrażenie tak wyświechtane, że już nawet jego najbardziej zagorzali zwolennicy używają go bez cienia refleksji – podobnie jak jego najbardziej zagorzali odbiorcy przyswajają go sobie w sposób równie bezrefleksyjny. Ja nie rozumiem, co do ciebie mówię, ty nie rozumiesz, co słyszysz, obaj jednak doskonale się rozumiemy. Oto współczesna, cudowna sztuka komunikacji.

Piosenka doczekała się recenzji we „Frondzie”, która to redakcja przegapiła ważny dla siebie moment żeby stać się ważnym wrogiem chłopaków. Niestety, nie raczyła się oburzyć na piosenkę wystarczająco mocno, choć początek recenzji jest obiecujący. Zaskoczenia nie ma, wartość artystyczna i przesłanie piosenki zostały tam uznane za nieistotne.

Całość nagrania epatuje zresztą homoseksualną erotyką, co na tle wszechobecnej symboliki świątecznej musi budzić zgorszenie. Nie mówiąc o tym, że w filmie występują dzieci (nota bene, czarnoskóre – niech będzie kolorowe). A gejowska indoktrynacja dzieci powinna być zakazana – czytamy tam.

W istocie, widok gejów ubierających choinkę albo wręczających sobie prezenty jest erotyczny do granic, choć nie, oni się jeszcze przytulają a nawet – o zgrozo – całują, czego normalni ludzie nigdy nie robią. Równie gorszące są sceny pokazujące dzieci cieszące się ze świąt i brykające wesoło w pobliżu choinki – indoktrynacja jak nic.

Po diagnozie przychodzi pora na ocenę, a ta jest upokarzająca dla Kuby i Dawida. Tych słów przeoczyć nie wolno, są bowiem także przykrą diagnozą starzejącego się świata nie potrafiącego zdecydować, czy bardziej pociąga go dekadentyzm czy degrengolada.

Czy geje sprofanowali więc święta Bożego Narodzenia? Raczej nie. Ich klip jest po prostu wyrazem żałosnego upadku zachodniej cywilizacji opętanej przez liberalną apostazję. Przecież ludzie zaprezentowani na nagraniu nie świętują narodzenia Zbawiciela. Obchodzą jakieś enigmatyczne święto ,,ciepła'' i ,,miłości''. Że mają choinkę? Nikt nie broni. To nie jest jakieś ,,święte drzewko'', więc i pod nim można celebrować zboczenia seksualne. Na zdrowie lewactwu to i tak nie wyjdzie, bo nie może. Liberalna zaraza jest tak samo bezpłodna, jak gejowska ,,miłość''. Nigdy nie stworzy niczego.

Nie można przejść obojętnie obok brawury z jaką anonimowy redaktor Frondy ścina kwiat nie tylko polskiej, ale i zagranicznej bohemy artystycznej, o której sama Krystyna Pawłowicz powiedziała, że jest zdominowana przez lewicę. Trafne spostrzeżenie, choć szkoda, że w ślad za nim nie poszła refleksja, dlaczego ludzie wrażliwi na innego, empatyczni, szanujący cudzą odmienność i pozwalający każdemu żyć według własnych zasad, mają głównie lewicowe poglądy. Dość powiedzieć, że według anonimowego redaktora Frondy takie podejście jest „bezpłodne” i „nigdy nie stworzy niczego”. Skoro anonimowy redaktor Frondy tak pisze, to zapewne tak jest, najwybitniejsi przedstawiciele filmu, malarstwa, poezji, teatru, muzyki i wielu innych dziedzin sztuki muszą pogodzić się z tym, że tworząc nie tworzą i płodząc nie płodzą. Chyba, że zmienią poglądy.

Jakoż dezynwoltura z jaką anonimowy redaktor Frondy rozprawia się z „lewactwem”, a w szczególności z ludźmi, którzy się kochają, nie powinna nas przesadnie martwić, jednak lekceważenie, jakie okazano chłopakom jest już interesujące. W tekście zabrakło typowego dla tego serwisu „świętego oburzenia” – zamiast niego wyrafinowana pogarda: ta piosenka to jest nic, nic z tego nie będzie, przeminie i wkrótce o niej zapomnimy, jak i o całym lewactwie. Redakcja miała świetną okazję, żeby Kubę i Dawida podnieść do rangi swoich wrogów, ale nie raczyła tego zrobić; uznała ich za wartych wzmianki, ale nic ponadto: cóż za afront!



Takie czasy, że ci, którzy mogliby nas nienawidzić, mają co innego do roboty, a ci, którzy nienawidzą nas naprawdę, to najczęściej hejterzy, zbyt prymitywni, żeby pokazać ich znajomym. Prawdziwych wrogów dzisiaj już nie ma, co w pękniętej na pół Polsce może wydawać się twierdzeniem tyleż kuriozalnym, co heretyckim, ale do obronienia. Dlatego życzę Kubie i Dawidowi, oczywiście poza miłością, żeby w końcu udało im się wypracować wysokiej jakości wrogów, których nie będzie wstyd przedstawić krewnym i przyjaciołom.

Poniżej jeszcze jeden dowód, jak trudno w dzisiejszych czasach o wroga z klasą, choć uczciwie należy przyznać, że „Dziennik narodowy” postarał się stanąć na wysokości zadania. Recenzja, jaką tam pomieszczono, imponuje wyrafinowaniem i głębią interpretacji:

Słowa piosenki to po prostu kolejna, nachalna propaganda środowiska homoseksualnego. Wymierzona jest, jak to często bywa, w chrześcijan.

Tutaj przynajmniej autor (niestety, również anonimowy) wykazał się solidnym rzemiosłem dziennikarskim i na dowód swoich słów przytoczył konkretne wersy. To i my je przytoczmy, żebyśmy nie dyskutowali po próżnicy, ale na przykładzie zobaczyli, jakimi słowami Kuba i Dawid walczą z chrześcijanami:

Pokochaj nas w święta,
to właśnie ten czas,
gdy miłość zwycięża
nienawiść i strach.
Pokochaj nas w święta niech magia tych dni
otworzy szeroko do serc waszych drzwi.

Niech śniegi pokryją nienawiść,
niech mrozy skują w lodzie złość
znajdźmy w sobie coś dobrego
by powiedzieć: mamy już dość!

Trudno chyba znaleźć chrześcijanina, który nie poczułby się urażony tymi słowami. Gdyby zaś któryś chciał zgłosić sprawę do prokuratury o obrazę uczuć religijnych, i podeprzeć to zacytowanymi słowami, nikt nie miałby mu tego za złe. Każdy sąd, zwłaszcza po ostatniej reformie, wydałby wyrok skazujący i chłopaki nie tylko najbliższe, ale także kilka kolejnych świąt, spędziliby w ciupie. Na co w zupełności zasługują, bo cóż to za pomysł, żeby kochać gejów? Samo upominanie się przez nich o odrobinę empatii jest uwłaczające dla Polaka-katolika, który przykazanie miłości bliźniego swego nauczył się interpretować w sposób równie wyrafinowany, że sam Chrystus, chcąc je zrozumieć, musiałby się zapisać na korepetycje. Najlepiej do polskiego internetu.


czwartek, 14 grudnia 2017

Nadruk - twój wróg

Z modą mamy do czynienia wtedy, kiedy wszyscy noszą to samo, ale nikt nie wie, dlaczego. Paradoksalnie, nie czyni to jednak z mody zjawiska tajemniczego i domagającego się wyrafinowanych interpretacji. Owszem, jeżeli ktoś się uprze, znajdzie tu znakomite pole do hermeneutycznych harców, niemniej ich efekty i tak znajdą się poza horyzontem zainteresowań tych, których dotyczą najbardziej. Przeciętny człowiek, jeżeli chce założyć buty, dżinsy, albo koszulkę z nadrukiem nie potrzebuje do tego uczonej podbudowy, zadowoli się świadomością, że ten konkretny fason lub nadruk pokazała na Instagramie Jessica Mercedes czy inna Maffashion, a w dodatku jest dostępny w sieciówce za wcale przyzwoite pieniądze. Interesuje go moda, a nie teoria mody.

To prawda, znajomość kodu ubioru bywa niezbędna i niekiedy ratuje nam pracę, życie towarzyskie oraz honor, ale najczęściej dotyczy to sytuacji, co do których panuje po wielokroć przedyskutowany i bezpieczny konsensus. Nikt nie pójdzie na rozmowę o pracę w niestety modnych obecnie dziurawych i postrzępionych spodniach, bo takiego niechlujstwa nie daruje nawet najbardziej wyrozumiały pracodawca, a przecież nie chcemy popełnić zawodowego samobójstwa. Na ślub, zwłaszcza własny, nie wybierzemy się w sandałach i krótkich spodenkach, choć skądinąd wiadomo, że niektóre środowiska tolerują dresy. Podobnie, jeżeli nie chcemy narazić się na śmieszność i zasłużyć na niezbyt seksowne miano ekscentryka, nie przyjdziemy w smokingu na pierwszą randkę w pubie.

Wszyscy, którzy lekceważą rzeczony kod, albo wydaje im się, że jego podstawowa znajomość pozwoli im opędzić większość, a może i wszystkie potrzeby związane z dopasowaniem ubioru do okoliczności, powinni zapoznać się z tekstem Heleny Łygas pod stygmatyzującym tytułem „T-shirt jako emblemat niedojrzałości”. Kobiety, jeżeli dotąd same do tego nie doszły, dowiedzą się z niego, że z mężczyzną w koszulce z nadrukiem nie warto się umawiać na randkę, o ile nie chcą być mentalnie cofnięte do liceum. Dla niektórych mężczyzn być może ciosem będzie uświadomienie sobie, że oto właśnie zakwestionowana została ich dojrzałość, a oni sami w oczach swoich dojrzałych rówieśnic zostali zdegradowani do poziomu dopiero co wchodzących w świadome życie nastolatków.

Niezależnie od printu, który nosisz, zasada jest jedna – jeśli ukończyłeś jakiś czas temu studia, nie podróżujesz akurat po Bałkanach, ani nie jesteś programistą-metalem, czas powoli zacząć myśleć o reorganizacji szafy. Koszulki z olbrzymim logiem znanej marki, czy po prostu ze „śmieszną” grafiką powinny płynnie przejść z kategorii „ubrania wyjściowe” do kategorii „do spania” lub bez cackania się – „do podłogi”. To znaczy powinny, o ile w najbliższych latach masz zamiar dostać awans, chciałbyś, żeby ludzie przestali zwracać się do ciebie „Krzysiu” lub masz już dość randek z 19-latkami mającymi problemy z facetką od fizyki – pisze Łygas.

Podsumowując: każdy, kto chce wejść w dorosłe życie i być traktowany jak dorosły, musi rozstać się z ulubionymi koszulkami i zacząć hołdować bardziej adekwatnej do swojego wieku garderobie. Jeżeli szukamy uzasadnienia dla tej zdroworozsądkowej i na pierwszy rzut oka słusznej tezy, Łygas zdanie dalej służy odpowiedzią:

Niewinnych polskich chłopców wprost w bawełniane ramiona wstrętnych T-shirtów popycha nie kto inny, jak społeczeństwo.

Pociągnijmy to dalej: co, czy też raczej kto, każe nam w określonym wieku wymienić zawartość swojej szafy, a może nawet i głowy, na coś radykalnie innego, może nawet niezbyt nam odpowiadającego? Czy nie jest to przypadkiem to samo społeczeństwo? Innymi słowy, jeżeli społeczeństwo decyduje, że czas dorosnąć, to i ono decyduje o tym, jakimi emblematami będziemy potem manifestowali swoją dorosłość.

A skoro tak, to czy nie czas w końcu zakwestionować supremację społeczeństwa i uznać, że jest z nim jak z modą: wymusza określone zachowania, wszyscy się do nich stosujemy, ale nikt nie pyta dlaczego?

Nie pyta o to także Łygas, bezrefleksyjnie przyjmując, że umowa społeczna jest dobrodziejstwem nadrzędnym, z którym nie warto dyskutować. Odejdźmy jednak na chwilę od sądzenia książki po okładce czy mężczyzny po koszulce i zastanówmy się, dlaczego koszulka z nadrukiem jest zła. – Bo nadruk infantylny? Nie każdy, niektóre mają przesłanie. – Bo tylko dzieci noszą koszulki z nadrukiem? Wojciech Mann, mężczyzna mądry i 69-letni, który do pracy przychodzi w kolorowych koszulkach, byłby zapewne srodze zdziwiony. – Bo tak? To już lepiej, z tym argumentem trudno dyskutować, przyjęty dekretem zaświadcza o niedojrzałości każdego mężczyzny po trzydziestce, jeżeli tylko ośmieli się założyć koszulkę z nadrukiem Metalliki albo z odstraszającym pod każdym względem napisem: Nie dotykać, jestem już zajęty.

Wszystkie te argumenty sprowadzają się w gruncie rzeczy do jednego: noszenie koszulki z nadrukiem oznacza, że bez względu na „datę produkcji”, wciąż tkwi w nas dziecko. Właściwie to w czasach, kiedy socjologowie ubolewają, że dojrzewamy coraz później, a próg metrykalny znajduje się aktualnie w okolicach czterdziestki (wtedy decydujemy się wyprowadzić od rodziców), nie powinno być to żadnym skandalem. Spójrzmy jednak na to z innej, nieskończenie mniej trywialnej perspektywy. Ocalenie w sobie dziecka, czyli sui generis niewinności (Freud pierwszy by się z tym nie zgodził: Pozwólcie tym potworkom przyjść do mnie), to jeden z podstawowych warunków, żeby nasza dojrzałość miała odpowiednią głębię. Dziecko to my z przeszłości, a odżegnywanie się od przeszłości jest równie mądre, co wróżenie z wosku czy ocenianie człowieka po szacie, w tym przypadku po koszulce.

Nie ma doprawdy niczego złego w tym, że pomimo piwnego brzucha i pierwszych oznak siwizny w naszym wnętrzu baraszkuje ciekawy świata i dziwiący się wszystkiemu dzieciak. Nieżyjący już filozof, Cezary Wodziński, wszedł kiedyś do jednej z kawiarni w Kazimierzu Dolnym i zdumiał się na widok zamkniętej w lokalu fontanny. – Jakże to tak? Fontanna w kawiarni? Nie mogło się pomieścić w jego profesorskiej głowie, że ludzie wymyślają takie rzeczy, a przede wszystkim, że nikogo one nie dziwią. Nic dziwnego, dorośli się nie dziwią, oni wiedzą.

Bądźmy jednak precyzyjni i odróżnijmy bycie dzieckiem od bycia dziecinnym – jeżeli mamy więcej, niż kilkanaście lat i aspirujemy do pełnoprawnego uczestnictwa w dorosłym świecie, to dziecinności, i związanego z nią infantylizmu, usprawiedliwić niepodobna. Łygas jednak nie dokonuje tego subtelnego rozróżnienia i jedno i drugie wrzuca do tego samego worka, pardon, koszulki.

Facet w koszulce z nadrukiem to dla lwiej części kobiet chłopiec.

Nad tym zdaniem zastanowiłem się dłużej. Nie zostało to wprost powiedziane, ale myślę, że Łygas pierwsza się zgodzi, że dla drugiego faceta niekoniecznie. A dla „lwiej części kobiet” owszem. Dlaczego? Co takiego dzieje się z kobietą, że kiedy widzi mężczyznę w koszulce z nadrukiem, traci nagle całą swoją wnikliwość, empatię i zdolność wychodzenia ponad naskórkową obserwację i koncentruje się na tym, co dane tuż przed oczami? Być może znamy różne kobiety, a może Łygas sądzi po sobie, niemniej lwia część moich przyjaciółek i żeńskich znajomych nigdy nie pozwoliłaby sobie, żeby dojrzałość mężczyzny sądzić w sposób równie powierzchowny. Prawda, że jest to takie... niedojrzałe?

Moje pytanie jest retoryczne, ale Łygas zaraz potem uzasadnia swoją tezę przez odwołanie do schematu. Cóż, jeżeli ma rację, co właśnie kwestionuję, to wygląda na to, że kobiety mają w tym względzie dojmującą skłonność do pochopnego szufladkowania.

Podobnie jak określone wrażenie wywołuje kobieta w niebotycznie wysokich szpilkach po kilku widocznych operacjach plastycznych, nie mniej określone wrażenie wywołuje mężczyzna ponad 30-letni w T-shircie z nadrukiem – pisze.

Porównanie niezbyt trafne, ponieważ nieumiarkowanie w poprawianiu urody to patologia naszych czasów, tymczasem noszenie koszulek z nadrukiem patologiczne na ogół nie jest. Intencja samego porównania wydaje się jednak dość czytelna: mamy zakodowane w głowie określone schematy wrażeniowe i jeden z nich dotyczy rzeczonych 30-latków. Cały tekst Łygas zbudowany jest na odniesieniu do tego schematu i wydaje się być poniekąd walką z wyimaginowanym wrogiem. Kobiety bowiem (a jestem, jak każdy prawdziwy mężczyzna, wielkim ich znawcą) potrafią patrzeć głęboko i wychodzić poza dane naoczne. Mężczyzna w koszulce z nadrukiem może, ale nie musi być infantylny, a kobiety mają swoje sposoby, żeby dotrzeć do jego wnętrza, żeby zdjąć mu koszulkę. Najgłówniejszy mój zarzut jest jednak taki, że Łygas, ze swadą tłumacząca na różne sposoby, że noszenie przez 30-latka koszulek z nadrukami oznacza niedojrzałość, ani jednym zdaniem nie zająknęła się, dlaczego.

wtorek, 21 listopada 2017

Audio Video Show - recenzja

Audio Video Show to taka impreza, na której prezentowany jest sprzęt słabo grający, źle zestawiony i niczym nie zaskakujący – ale właśnie dlatego jej odwiedzenie to obowiązek każdego szanującego się audiofila. Żadna inna impreza w Polsce nie da mu tylu możliwości grymaszenia, wybrzydzania, narzekania i – w końcu dla równowagi – wyłowienia w gąszczu prezentowanych systemów jednej czy dwóch perełek, które skłonią go do zapoznania się z czarnorynkowym kursem nerki czy innej niepotrzebnej części ciała. Kto wie, jeżeli trafi się zdecydowany kupiec, będzie można w pakiecie opchnąć też i wiecznie marudzącą swoją lepszą połowę i uzyskane ekstra fundusze przeznaczyć na zakup nowych, ekologicznych kabli zasilających.

Jakoż i ja, w towarzystwie nigdy nie marudzącej Ani (bo obowiązek marudzenia zwykle biorę na siebie) wybrałem się na największe w kraju targi dźwięków i przywiozłem stamtąd garść wrażeń. Kontrybucję z obowiązkowego grymaszenia, wybrzydzania i narzekania obiecuję złożyć uczciwie, co – jak mniemam – da mi równie uczciwe prawo do wyrażenia kilku ochów i achów.

Audio Video Show, w skrócie AVS, odbywało się w trzech lokalizacjach: na Stadionie Narodowym oraz w hotelach Sobieski i Golden Tulip. Żeby zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć wszystkie ekspozycje, nie tylko trzech dni by nie wystarczyło, ale i trzech tygodni. Na szczęście nie było potrzeby słuchania wszystkiego, więc najpierw zrezygnowaliśmy z ekspozycji w Golden Tulip, bo nie było nam po drodze. Zresztą, działo się tam najmniej.

Festiwal niezapomnianych wrażeń rozpoczął się dla mnie w gościnnym apartamencie zaprzyjaźnionej firmy Nomos, która zorganizowała półoficjalne spotkanie z dziennikarzem radiowej Trójki, Piotrem Metzem. Pan Metz, o czym wielu słuchaczy być może nie wie, jest nie tylko miłośnikiem muzyki, ale także sprzętu ją odtwarzającego a także różnego rodzaju jej nośników, często egzotycznych. Czegoż nam nie pokazywał! Plażowy gramofon, który wyglądał jak torba na drugie śniadanie. Machinę z piekła rodem, która zagrała w „Odysei kosmicznej” (jeżeli ktoś pamięta nazwę, proszę o uzupełnienie). Nośnik muzyki wyglądający jak przerośnięta dyskietka (jeżeli ktoś pamięta nazwę... etc.). Pan Metz beztrosko przyznał, że wielu zakupionych urządzeń audio nigdy nie włączył i do wielu nośników nie ma i nie planuje posiadać odtwarzaczy, wielu okazów swojej kolekcji po prostu też już nie pamięta.

I tu pozwolę sobie na uwagę kogoś, kto nie jest kolekcjonerem i właśnie dlatego wie najlepiej, na czym polega kolekcjonowanie. Otóż polega ono na emocjonalnej więzi z przedmiotami określonej kategorii i cała przyjemność kolekcjonowania opiera się na kontemplowaniu tej więzi. Z chwilą, kiedy liczba okazów przekracza naszą zdolność pojmowania, a przynajmniej zapamiętywania, przyjemność zamienia się w abstrakcyjną relację na zasadzie: „pewnie mam, ale musiałbym sprawdzić”. Innymi słowy, może się okazać, że czerpiemy przyjemność nie z samego posiadania, ale z być może najzupełniej mylnego przekonania, że posiadamy. I to być może jest subiektywna granica kolekcjonowania: w momencie, kiedy zapominamy, co mamy, powinniśmy kolekcję zamknąć. A nie, przepraszam, kolekcjonerzy nie myślą racjonalnie i liczy się dla nich wyłącznie okaz, który za chwilę zdobędą, a nie siedemset osiemdziesiąt trzy okazy, które już upolowali. 

Dość dygresji, bo zaraz po Piotrze Metzu, równie półoficjalnie, w buduarze Nomosu pojawił się Ken Ishiwata: wizjoner, konstruktor i niezrównany gawędziarz. Pan Ishiwata posiada ponoć ogromną kolekcję płyt, ale na szczęście dla nas nie rozmawialiśmy o płytach. Dla niezorientowanych – Ken Ishiwata to człowiek, który całe swoje inżynierskie życie poświęcił projektowaniu sprzętu jak najwierniej reprodukującego dźwięk. Zorientowani wiedzą i nie trzeba im tłumaczyć: ten sprzęt dumnie nosił potem logo marantza i jeszcze bardziej dumnie tabliczkę z wygrawerowanym napisem: KI Signature.

Józef Tischner mówił kiedyś, że filozofia, której nie da się przetłumaczyć na góralski, jest bezwartościowa – oczywiście nie należy brać tego dosłownie: chodzi o to, że trzeba umieć o rzeczach trudnych mówić w sposób przystępny. Przypomniały mi się te słowa, kiedy słuchałem pana Ishiwaty: opowiadał o trudnych zagadnieniach elektronicznych językiem prostym i zrozumiałym także dla laików, jakby opowiadał bajkę. Takoż i my byliśmy dziećmi głodnymi pięknych opowieści i dostaliśmy je: pan Ishiwata posiadł rzadki dar sugestywnego przekładu języka elektroniki na język bajki.

Przy okazji anegdota. Pan Ishiwata wyznał, że nie ogranicza się do jednego gatunku muzycznego, ale słucha każdej muzyki. Olga z Nomosu zapytała go, czy hip-hopu także, na co odparł, że oczywiście. Nachyliłem się wtedy do Olgi i z szatańskim, ale na szczęście w półmroku niewidocznym błyskiem w oku wyszeptałem jej do ucha pytanie: „Ciekawe, czy disco polo także”. Cóż, pytanie było w złym guście i całkiem słusznie zostało między nami.


Największą „atrakcją” AVS był najdroższy wzmacniacz świata – warty siedem milionów złotych kolos pod zgrabną nazwą „Pivetta Opera Only”. Stał tuż przy wejściu do strefy AVS na Stadionie Narodowym, więc niepodobna go było przeoczyć. Konstrukcja wizualnie nie wydaje się już tak zgrabna co nazwa i przypomina stetryczałego transformersa. Jak przystało na bestię, jej osiągi mogą przerażać: moc 6x 20kW rms @ 8 ohm w klasie A, pobór mocy: 400V, 450 Amp, 1.85m x 2.5m x 1.85m (po rozłożeniu) i waga półtorej tony.

Pytacie, po co komu takie monstrum? Do salonu wprawdzie się nie zmieści, ale jeżeli ktoś ma własny stadion, zwłaszcza brzydki, to taki koszmarek będzie w sam raz.

Najśmieszniejsze, że funkcją potwora było wyłącznie robienie za tło do selfie, bo najwyraźniej jego wymagania prądowe były poza możliwościami obiektu, w którym straszył. Dość powiedzieć, że jego zasilanie to jeno mały groteskowy kabelek, w sam raz, żeby rozświetlić zamontowane w nim (na stałe?) światełka choinkowe, którymi żarzył się niczym wymarły statek kosmiczny z jakiejś kinowej bredni s-f.

Ci, którzy nie przestraszyli się najdroższego wzmacniacza świata, mieli szansę na doświadczenie subtelniejszych wrażeń, czy pozytywnych, to już rzecz mniej istotna jakby. Było w każdym razie czego słuchać i w czym wybrzydzać, a jeżeli ktoś miał fantazję zachwycić się, to też miał czym.

Teraz z kolei ja będę straszył, ponieważ zdjęcia dokumentujące tegoroczne AVS robiłem wyłącznie telefonem. Cóż z tego, że w plecaku miałem aparat, nawet z dodatkowym obiektywem, skoro przez dwa dni ani razu nie zaszczyciłem go wzięciem do ręki? Trzeciego dnia z czystym sumieniem zostawiłem go w domu, bo przecież nie obraz, ale muzyka jest najważniejsza – jak brzmiało hasło zacnej polskiej firmy Fezz Audio, w której wygrałem koszulkę z takimż hasłem, ale zapomniałem odebrać (mam nadzieję, że wciąż na mnie czeka).


Najsamprzód Yamaha NS-5000, nowe, potężne monitory wizualnie i koncepcyjnie wprost nawiązujące do, przepraszam za brzydkie wyrażenie, kultowych NS-1000. Obiekt mojej czci, przedmiot pożądania do momentu, w którym ich posłuchałem. Ja wiem, że na AVS przestrzeń akustyczna często jest kreowana po partyzancku, ale usłyszałem dźwięk tak suchy i twardy, że wydanie na nie prawie 34 tysięcy wydało mi się grubą przesadą. Niemniej pieszczą oczy niczym najczulsza kochanka i czasami aż chciałoby się jej darować, że kiedy otworzy usta, czar pryska niczym olej ze zbyt mocno rozgrzanej patelni.

Chodząc od pomieszczenia do pomieszczenia można było pomyśleć, że większość wystawców zna tylko jedną płytę: Yello, Touch. Rozbrzmiewała dosłownie wszędzie i człowiek bał się zajrzeć do plecaka, żeby nie wychynęły z niego znajome dźwięki. Miało to jednak tę zaletę, że kiedy w skupieniu wysłuchałem znajomego utworu na zestawie z płaskimi jak decha Ecobox A Priori (w istocie to były „zwykłe”, ale piękne dechy z brzydką jak nieszczęście kopułą basową) to usłyszałem tyle nowych dźwięków, że na nowo zachwyciłem się tą płytą. Człowiek uczy się przez całe życie i nawet nie wie, ile wrażeń może mu zaoferować słuchanie dwóch kawałków desek.


Teraz będzie w telegraficznym skrócie: Wilson Benesch. Przygnębiały nie tylko wyglądem i dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy po wybrzmieniu kilkunastu taktów jakiegoś skądinąd interesującego bluesa publika ewakuowała się w panice. My z Anią też czem prędzej uciekliśmy ratując jeżeli nie życie to przynajmniej równowagę psychiczną.

Zeta Zero. Złocone koksowniki, które siały stereo po okolicy niczym dzieci kwiatami na procesji w Boże Ciało. Dźwięki miękkie bardziej, niż babcina pierzyna, a spróbujcie słuchać muzyki zakopani w pierzynę.

Te słabo widoczne kolumny otaczające równie słabo widocznego Piotra Metza to Magico S3 mk2. To właśnie z nich płynął dźwięk zapisany na ulubionych płytach pana Metza. Moim zdaniem – brzmiały bosko i dlatego z zaskoczeniem przeczytałem owe krytyczne słowa Macieja Stempurskiego, nie tyle co prawda pod adresem kolumn, co przygotowujących je do prezentacji osób: „Kompletną porażką było to, jak w piątek po otwarciu wystawy zagrały nowe Magico S3 mk2. Nie rozumiem, jak kolumny, przed którymi na kolana pada pół audiofilskiego świata mogły zostać tak zaprezentowane. Nie rozumiem, dlaczego jeden z największych dystrybutorów w Polsce, który zęby zjadł na sprzęcie audio, nie chce się przyłożyć do skonfigurowania systemu mogącego pokazać możliwości jednych z najlepszych kolumn świata. Nie rozumiem, dlaczego lekceważy publiczność, bo to jest po prostu lekceważenie ludzi. I nie trafiają do mnie tłumaczenia, że to tylko wystawa, że akustyka nie taka, że sprzęt nie wygrzany, że nie przyjechały odpowiednie kable i tym podobne”. Cóż, ja ich słuchałem dwa dni później, może dystrybutor wziął sobie do serca zacytowane słowa i poprawił konfigurację toru. A może po prostu ja byłem nie dość krytyczny, bo gdzież mi do wyrafinowania Macieja, który zapewne niejedną parę słuchawek zjadł na recenzji odsłuchiwanego sprzętu


Zestaw Wilson Audio + dCS wyglądał tak, jakby się teleportował z innej galaktyki i właśnie rozpoczynał inwazję. Bałem się podejść z obawy, że ugryzie, a dziwne dźwięki, jakie wydobywały mu się z gardzieli tylko mnie utwierdziły w przekonaniu, że ostrożność jest ze wszech miar uzasadniona.


A teraz perełka, a właściwie dwie perełki. Drobniutkie, niczym stopy gejszy Diapason Karis uwiodły mnie swoim brzmieniem tak, że długo jeszcze wspominałem wykreowaną przez nie scenę, na której zgrabnie, z fantazją, ale jednocześnie w sposób zdyscyplinowany brykały poszczególne dźwięki. Wielu architektów mogłoby się od nich nauczyć organizowania przestrzeni i projektowania wypełniających ją elementów. Te śliczne monitorki z niewielkiej włoskiej manufaktury założonej w 1987 roku przez Alessandro Schaviego zawładnęły mną bez reszty i sprawiły, że zacząłem przeliczać w głowie oszczędności. Wróć, mam same długi, więc nie ma o czym mówić.


I oto moim skromnym zdaniem creme de la creme tegorocznych targów, wytworne Blumenhofer Acoustics. Wyglądają tak, jakby je wyrzeźbił w swojej samotni jakiś średniowieczny mnich i tak właśnie brzmią. To kolumny do szlachetnych zastosowań, na przykład do słuchania Bacha. Kiedy zaś po Bachu wybrzmiała Misa Criolla poczułem się jak na przyjęciu w raju, gdzie strojem obowiązkowym są łzy. A potem zapłakałem raz jeszcze, kiedy sprawdziłem w internecie cenę tych arcydzieł sztuki reprodukcji dźwięku.


I na koniec małe curiosum, którego zadaniem jest zapewne poprawianie humoru, chyba że ktoś na serio myśli o puszczaniu muzyki dżdżownicom, ślimakom i mrówkom. Panie i panowie, oto grające kamienie, czyli głośniki ogrodowe. Między nami jaskiniowcami mówiąc ogród to ostatnie miejsce, w którym miałbym ochotę słuchać muzyki, ale mam świadomość, że nie wszyscy muszą podzielać moje jedynie słuszne zdanie w tej sprawie.



Kilka zdjęć, to których już nie mam siły wymyślać komentarzy tym bardziej, że przecież nikt nie będzie miał siły ich czytać. Nie to, co obrazkite zawsze lubimy oglądać.











poniedziałek, 25 września 2017

Audio Vintage Poland Meeting - recenzja

W potocznej świadomości audiofil to ktoś, kto wymienia półmetrowy kawałek kabla za trzydzieści tysięcy na półmetrowy kawałek kabla za czterdzieści tysięcy i twierdzi, że słyszy różnicę. Prawda jest taka, że nie słyszy, ale za nic w świecie się do tego nie przyzna. Wróć, różnica jest, ale on jej nie słyszy. Jeszcze inaczej: różnicy nie ma, ale on słyszy ją doskonale. Ok, zapomnijmy. Najprawdziwsza prawda jest taka, że nie mam pojęcia, kim jest audiofil poza tym, że – etymologiczne – to ktoś, kto kocha dźwięki, ale nie każde, tylko te dobrej jakości.

Blisko pięćdziesięciu chłopa i cztery kobiety zjechały w piątek do Hotelu Magnat w Jacentowie koło Ostrowca Świętokrzyskiego na Drugi Audio Vintage Poland Meeting. Spotkanie odbyło się z inicjatywy Piotra Walendowskiego, założyciela grupy na Facebooku, której nazwę chyba tylko on potrafi zapamiętać: Audio Vintage-Hi-Fi-High End-DIY-Tube-Amplifiers-Speakers. Słuchaliśmy muzyki, sprzętu i siebie nawzajem (w dowolnej kolejności) aż do niedzieli.


Ze względu na brak umiejętności bilokacji nie byłem w stanie uczestniczyć we wszystkich atrakcjach zlotu, więc moja relacja siłą rzeczy będzie szczątkowa i – mam nadzieję – pozostawi pewien niedosyt, który być może ktoś jeszcze zdecyduje się zaspokoić. Sal do dyspozycji audiofilów było cztery. Sala Audio Vintage, gdzie utworzono wystawę sprzętu vintage; sala Haiku Audio – tu prezentowała swoje wzmacniacze krakowska manufaktura Haiku Audio, których słuchaliśmy na kolumnach naszego sponsora, firmy Tonsil; sala vintage, w której firma Nomos ustawiła dwa kompletne zestawy audio sprzed lat (wielu) oraz sala cyfrowa z najnowszymi odtwarzaczami strumieniowymi firmy o wytwornej nazwie Cocktail Audio.

Największy ruch panował na ogół w sali Audio Vintage. Czegoż tam nie było! Jeden z kolegów przywiózł swoją (największą w Polsce) kolekcję wertykalnych odtwarzaczy CD. Czy całą, o to już nie zapytałem, ale i tak wyglądała pysznie. Była też wspaniała kolekcja wzmacniaczy i tunerów Kenwooda z lat siedemdziesiątych, gdzie i ja dołożyłem swoją cegiełkę w postaci niniejszej integry. Tak prezentował się mój Ken z niestety nie moją, pardon, nie jego, Barbie.


A jak brzmiały Altusy jednego ze sponsorów imprezy, firmy Tonsil? Źle zadałem pytanie: jak brzmiały Altusy sponsora, który na wieczorek zapoznawczy ufundował alkohol? Genialnie.

Między innymi na tych Altusach mogliśmy posłuchać brzmienia wzmacniacza skonstruowanego przez Jakuba Mizerę. Kontrowersyjny konstruktor, zamiast jak normalny człowiek zbudować wzmacniacz oparty o lampy lub tranzystory, w torze umieścił zwykłe żarówki. Żarówkowiec zagrał nadspodziewanie dobrze i coś mi się wydaje, że – tak jak mówimy o „grających kablach” – już niedługo mówić się będzie o grających żarówkach. Zapytałem Kubę o plany na przyszłość i w tajemnicy mogę zdradzić, że jego następnym projektem będzie wzmacniacz na świeczki. Najmocniejsza wersja będzie pracowała na gromnicach.



Alkohol przygotowany przez sponsora spełnił swój dydaktyczny charakter i umożliwił przekształcenie wieczorku zapoznawczego w warsztaty w podgrupach. Te odbywały się na ogół w pokojach hotelowych i trwały do białego rana. Merytoryczne szczegóły pozwolę sobie przemilczeć, dość powiedzieć, że miałem szalone powodzenie u dziewczyn (Aniu, to nie jest tak, jak myślisz).

Dzień drugi zaczął się grubo po śniadaniu, które obsługa hotelowa z jakiegoś powodu postanowiła podać o zwykłej porze, zamiast w okolicach obiadu. Niektórzy ponoć wstali specjalnie na śniadanie, po czym, wyczerpani spełnieniem obowiązku wobec żołądka, znowu położyli się spać. Ja wstałem przed jedenastą, a skoro wszyscy twardo spali,wybrałem się na samotny spacer. W znalezionym po drodze zajeździe zjadłem pyszny żurek i wyruszyłem na eksplorację Jacentowa. Minąłem boisko, przystanek PKS-u i sklep, ale nic sobie nie pomyślałem. Kiedy przechodziłem koło pola buraków cukrowych pomyślałem sobie, że ostatni raz takie buraki widziałem dobre trzydzieści lat temu. Kiedy mijałem szkołę i bieżnię na boisku szkolnym pomyślałem sobie, że ostatni raz na takiej bieżni biegałem dobre trzydzieści lat temu. Kiedy mijałem remizę strażacką... nic sobie nie pomyślałem, bo zmęczyłem się myśleniem. Zresztą, czas było wracać.

Jakoż w sali zarządzanej przez firmę Nomos trafiłem na test vibrapodów: takich podkładek pod sprzęt, żeby wyeliminować drgania. Podkładki wylądowały pod gramofonem, a my badaliśmy na słuch, czy słyszymy różnicę. Zapewne każdy z nas chciał ją usłyszeć, ale test zakończył się rozczarowaniem: muzyka podawana z gramofonu stojącego o własnych siłach na stoliku brzmiała równie dobrze, co podawana z gramofonu wspartego o podkładki. Uczciwie jednak należy przyznać, że gramofon stał na porządnie stabilizowanym stoliku, zatem podkładki nie były specjalnie potrzebne. Co innego, gdyby ktoś miał fantazję słuchać muzyki ze źródła stojącego na przykład na kanapie, wtedy vibrapody byłyby jak najbardziej wskazane. Ważna uwaga: szukając ich na allegro piszcie „vibrapody” zamiast „wibrapody”. Dlaczego? Sami się przekonajcie, świntuszki.



Sala Nomosu była świadkiem jeszcze jednego wydarzenia, którego doniosłość już teraz przeczuwamy, a którego konsekwencje bez wątpienia zostaną dokładnie opisane w pracy doktorskiej poświęconej grupie Audio Vintage-Hi-Fi-High End-DIY-Tube-Amplifiers-Speakers, jeżeli oczywiście kiedykolwiek taka powstanie. Otóż wśród fantastycznego retro toru audio, ni w pięć nie w dziesięć znalazł się w pewnym momencie najnowszy odtwarzacz CD firmy Marantz kosztujący trzydzieści pięć tysięcy złotych. W ślepym teście porównaliśmy go z liczącym niemal ćwierć wieku innym modelem Marantza, obecnie do kupienia za niecałe dwa tysiące. Te cyfry zresztą nie są ważne, liczyło się brzmienie. I tu – co łatwo można było przewidzieć – wygrał nowy Marantz. Bezkompromisowa konstrukcja zyskała przychylność większości słuchaczy. Nie pamiętam już, kto wpadł na iście diabelski pomysł, żeby brzmienie cedeka za cenę nowego samochodu małolitrażowego porównać z Foniką za cenę czterech flaszek wódki, ale jego nazwisko powinno zostać wypalone na honorowym miejscu tuż za bramą piekła. Ślepy test i słuchamy prostej konstrukcji wartej obecnie nieco ponad stówę z wyrafinowanym kombajnem muzycznym za trzydzieści pięć tysięcy złotych. Znowu wygrywa ultra drogi Marantz, a przynajmniej tak się wydaje większości z nas. „Łukasz, wciśnij pauzę w Fonice – zaordynował Piotr Walendowski, kiedy niemal każdy z nas tkwił w przekonaniu, że właśnie słuchamy Marantza. Łukasz zastopował Fonikę i... zapadła cisza. Na jakieś pół sekundy, bo potem wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, który jeszcze długo niósł się po okolicy. Niepozorna Fonika wsunęła się w miejsce Marantza i przekonała nas, że zachwycamy się brzmieniem nowoczesnego odtwarzacza. Jak to się stało, że niemal jednogłośnie uznaliśmy wyższość taniutkiego i leciwego odtwarzacza nad wartą majątek hi-endową maszyną? Tego nie wiem, ale bądźmy szczerzy: zdanie czterdziestu rozluźnionych facetów, niektórych nawet podpitych, nie może być miarodajne. A nie, przepraszam, może. Właśnie sprawdziłem, ceny Fonik na allegro gwałtownie podskoczyły.

Skołatane ślepym testem nerwy leczyłem w najbardziej kulturalnej sali, sali Haiku Audio. Maestro Wiktor Krzak osobiście celebrował odsłuch, więc doznania były tyleż wyrafinowane, co zwalające z nóg, niczym siwucha na wiejskiej zabawie. Zwłaszcza zwalało z nóg brzmienie pewnych szerokopasmowych kolumn DIY autorstwa Tomasza Rondio, bezwstydnie odsłaniających swoje wdzięki w parze z jednym z kilku lampowych wzmacniaczy made by Haiku Audio. Pomimo swojej szczupłości prezentowały niezwykle szeroką scenę i ubóstwo basów rekompensowały z nawiązką detalicznością i bezpośredniością podania dźwięku. Słowo daję, niemal czuło się obecność trąbki Milesa Davisa w pokoju, jego oddech, a także – dlaczego nie – zapach jego wody kolońskiej. Najbardziej zachwycony nimi był Rafał, jego ocierająca się o orgazm ekstaza była gotowa zaprowadzić go do bankomatu, na szczęście na miejscu było wystarczająco dużo alkoholu, żeby ustalił na nowo swoje priorytety i po prostu napił się wódki. Nie wiem, czy następnego dnia rano zrewidował swoje wieczorne uniesienia, bo wstyd przyznać, nie zapytałem.




Aniśmy się obejrzeli, a nastąpił ostatni, trzeci dzień zlotu. Wtedy przypomniałem sobie, że ani razu nie zajrzałem do sali cyfrowej. Czem prędzej naprawiłem to karygodne zaniedbanie i nie pożałowałem. Sprzęt marki Cocktail Audio (z której nazwy niektórzy lekko sobie dworowali) oferował fantastyczne warunki odsłuchowe. Muzyka z Tidala (co to w ogóle jest?) brzmiała soczyście, jędrnie i była niczym arbuz w który wgryzamy się głęboko bez troski o umorusaną buzię. Zażyczyłem sobie najnowszą Metallicę i moje życzenie zostało spełnione, więc mogłem porównać brzmienie drogich klocków z moim domowym audio. Cóż, tu nie było powtórki z testu Marantza, mój sprzęt sromotnie przegrał. Może powinienem kupić sobie zabytkową Fonikę? Byłaby to niegłupia myśl, ale z powodów opisanych powyżej obecnie stać mnie najwyżej na nowego Marantza.

Po obiedzie nastąpiło uroczyste rozwiązanie konkursu. Liczba nagród niemal przewyższała liczbę uczestników, więc przy odrobinie szczęścia można było wygrać parę kolumn Altus 300 albo płytę kompaktową znanego i lubianego zespołu Akcent. I wtedy zorientowałem się, że na ostatnie, kluczowe pytanie, odpowiedziałem źle. Sromota byłaby ogromna, gdyby została wylosowana moja kartka, a tam zła odpowiedź. Byłem tedy zapewne jedyną osobą na sali, która marzyła, żeby jej kartka nie została wylosowana. Uff, udało się. Przy takiej liczbie nagród to nie lada wyczyn i Jarek Jasiński, który wygrał nagrodę główną, jawi się przy mnie jako człowiek o przeciętnym szczęściu.




Dobrze było przyjechać na Audio Vintage Poland Meeting i zamienić byty internetowe na ludzi z krwi i kości. Dobrze było poznać osobiście Piotra Walendowskiego, człowieka o wielkim sercu, ogromnej wiedzy i jeszcze większej pokorze. Jego talent do wzbudzania w innych entuzjazmu i zarażania ich swoją pasją jest tak duży, że aż dziwne, że został elektronikiem, zamiast skończyć jako kaznodzieja. Na szczęście dla nas nie poszedł tą drogą.

Cieszę się, że poznałem Michała Potockiego. Jego spontaniczność i poczucie humoru bez problemu zapewniłyby mu miejsce na krajowej scenie stand upu, co bez wątpienia byłoby z korzyścią dla sceny, choć niekoniecznie dla Michała.

Z radością poznałem wreszcie osobiście człowieka o podstępnym pseudonimie Pumcat Moh (Piotrze, my się jeszcze nieraz policzymy i to niech wystarczy za komentarz).

Miałem okazję porozmawiać z Wiktorem Krzakiem z Haiku Audio. Wiktor imponuje wiedzą i kulturą osobistą, ale gdyby przyszedł do mnie do sklepu kupić piwo zażądałbym okazania dowodu osobistego.

Uciąłem też sobie pogawędkę z Maciejem Stempurskim, przy czym okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niźli zrazu się wydawało. Recenzja Maćka ze zlotu będzie miała zapewne więcej sensu od mojej.

Dziękuję za możliwość uczestniczenia w zlocie. Piotr Walendowski, Michał Potocki i Mikołaj Bartosz włożyli mnóstwo serca i pracy w to, żeby wszystko zapiąć na ostatni guzik. Mają przy tym teraz niezły zgryz, bo rozochoceni zlotowicze już pytają o termin kolejnego spotkania.

Specjalne podziękowania dla Viki Piktel, która na zlocie była incog... in koguto. Vika bezpiecznie zawiozła nas i przywiozła ze zlotu, a kiedy w drodze powrotnej lekko przysypialiśmy, ona jedna nie raczyła być senna.