środa, 13 czerwca 2018

Parada Równości 2018


Pamięta ktoś jeszcze, że w sobotę przez centrum Warszawy przemaszerowała Parada Równości? Dzisiaj, w środowy wieczór, wychowankowie internetu (ze szczególny uwzględnieniem Facebooka) ze wszech miar mają prawo traktować to wydarzenie sprzed czterech dni jako prehistorię. Równie dobrze mógłbym raportować turniej tenisowy na korcie Frascati w 1938 roku albo kłopoty z gardłem rumuńskiego sprawozdawcy sportowego na Olimpiadzie w ZSRR w 1980 roku i nie zauważyliby różnicy. Jakoż wierna rzesza moich czytelników to osoby dojrzałe, a często i leciwe, dla których przeszłość nie kończy się wczoraj, więc natchnięty uzasadnionym optymizmem przedstawiam garść fotowrażeń z tej pięknej i szlachetnej inicjatywy.

Azali ludzi było mrowie a mrowie.


"Mamuśka? Nie czekaj z obiadem, idę po nasze prawa obywatelskie. Aha, ty też idziesz? No to pa!".

Nie bardzo wiedział o co chodzi, ale pił zdrowie maszerujących cierpliwie i konsekwentnie.

Sądząc po rozrzuconych flaszkach, niezorientowanych było więcej.

Majtki na wierzchu. Potem nie spodobały się jednemu z policjantów, zupełnie nie wiem dlaczego. Koniec końców widzimy je na co dzień na ulicy, zwłaszcza w upalne dni.


Co innego na platformie, tam można było pokazać choćby i goły tyłek.

Ach, jak trudno w dzisiejszych czasach być damą.

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszą drag na świecie?

Ta pani i jej wysłużony plakat stanowią stały element postępowych zgromadzeń. Jak widać, zainteresowani z uwagą oddają się lekturze plakatu.

Wie ktoś czy w Księdze jest coś o kobietach?

Są na szczęście "męszczyźni" dla których niebo zawsze jest uchylone. Oczywiście, jeżeli nie zamówią o pięć piw za dużo, bo nietrzeźwych święty Piotr wyrzuca na zbity pysk. Tu, odcięci przez policję od paradujących, sprawili nieco uciechy fotografującym.

Marilyn Monroe dość niefortunnie wybrała sobie miejsce do pozowania.

"Upał był...(nie do opisania)". Ktoś wie jaką (anty)polską pisarkę zacytowałem?

Tęczowa ochrona przed palącym słońcem.

 Tatów dwóch.

A skoro już weszliśmy w strefę dzieci...

Uliczna nauka robienia bum bum, bardzo przydatna potem w sypialni rodziców.
 
Senność w najbezpieczniejszych ramionach świata.

Robimy woltę i robimy ukłon w stronę seniorów, a mówiąc dokładniej seniorek.

A tu przyszła seniorka, bardzo miła zresztą.

Policja zwierciadłem Parady.

Cycki zasłonięte, Facebook nie ma prawa się przyczepić.

 Złowieszcza łowczyni fotosów.

Tak wygląda ktoś, kto przez trzy godziny usiłuje przejść przez jezdnię, ale niedasię.

A to Mojżesz, który też wpadł na Paradę. Być może będzie kandydował na prezydenta Warszawy.



Parada znalazła swój finał przed największą zawalidrogą stolicy.
 

środa, 23 maja 2018

Ale nam Nosowska powiedziała


Jeszcze niedawno nie było żadnych wątpliwości kim jest Katarzyna Nosowska: wrażliwą, uduchowioną artystką śpiewającą ambitne utwory dla oczytanych, inteligentnych odbiorców. Wszystko się zmieniło, kiedy Nosowska - raczej już Kasia, aniżeli Katarzyna (a właściwie Kaśka) - dorwała się do Instagrama. Odkrywszy potęgę błahostki i potencjał tkwiący w płochości jęła jedno i drugie wykorzystywać do stworzenia parodii świata show-biznesu oraz jego konsumentów, lekko licząc, kilkudziesięciu tysięcy kobiet w wieku 18-35 lat, którym nieobcy jest i tyłek Kim Kardashian i najnowsza powieść Doroty Masłowskiej. Nie śledzę tego, bo to nie na moje nerwy, ale Nosowska najwyraźniej ma silniejszą ode mnie konstrukcję psychiczną, bo nie tylko doskonale się w tym świecie orientuje, ale też weszła w niego z całym tupetem spełnionej artystki i wzięła go szturmem używając do tego poczucia humoru, smartfona i Agaty Kuleszy w charakterze statywu. W ten sposób nakręciła ileś tam filmów (nie miałem odwagi ich policzyć) w których robi z show-biznesem to, co Monty Python z naszymi przywarami: wyśmiewa je traktując jednocześnie ze śmiertelną powagą. Zaś o tym, że puszcza do nas oko świadczy już tylko nieruchoma powieka - oto najwyższy rodzaj ironii, całkowicie stopiony z powagą: odbiorca często nie ma szans zorientować się czy to żart czy wręcz przeciwnie.

Zupełnie jak z piosenką "Ja pas!", tak słabą artystycznie, że aż interesującą - możliwe, żeby tak doświadczona artystka niechcący stworzyła ten elektroniczny i smakujący jak bułka z supermarketu koszmarek? Ludzie się nią jednak zajadają bo wiedzą, że jeżeli jedna z najlepszych na rynku piekarni oferuje w sprzedaży wyjątkowe, stające kością w gardle pieczywo, to robi to po coś. Po co? Oto jest pytanie, na które Nosowska oczywiście nie raczy odpowiedzieć. Ironia w najlepszym wydaniu.

I kiedy już wydawało się, że gorzej być nie może, Nosowska wykonała kolejny krok: podniosła Instagram do rangi literatury. Co prawda sama się przeciwko takiemu określeniu swojej twórczości buntuje, ale jak wiadomo, autor w kwestii odbioru własnego dzieła ma najmniej do powiedzenia. Nosowska właśnie wydała książkę "A ja żem jej powiedziała" i czy jej się to podoba czy nie, trafiła na półki księgarń, bibliotek a niedługo zapewne trafi do wszelkiej maści rankingów literackich. Życie nie jest sprawiedliwe.

"Strasznie krępuje mnie określenie 'książka'. Jasne, zapiski wciśnięte między dwie okładki są przedmiotem, który tak nazywamy. Ale książka to literatura. Ja, owszem, napisałam coś, co będzie występowało na półce, na której zazwyczaj bywają książki, jednak wolę nazywać to moją nową formą na komunikowanie się z drugim człowiekiem" - mówi w jednym z najnowszych wywiadów. Książka to forma komunikowania się autora z odbiorcami stara jak świat, ale może Nosowska o tym nie wiedziała. Skoro jednak już się dowiedziała, to zmuszona była - co jest przykrym obowiązkiem poczytnych autorów - spotkać się z czytelnikami i odpowiedzieć na różne padające z ich ust mądre pytania. Pardon, książka Nosowskiej traktuje o błahostkach, więc poziom trudności jest wyższy, należy mądrze odpowiedzieć na błahe pytania.

Państwo darują mi ten przydługi wstęp (trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać, mnie zaś hamulce już dawno wysiadły), cały czas rozchodzi się o to, że w niedzielę 20 maja Kaśka Nosowska była gościem Międzynarodowego Festiwalu Literatury Apostrof, gdzie promowała swoją pierwszą i zapewne nie ostatnią książkę. A ja chciałem zaprezentować zdjęcia z jej spotkania autorskiego.



Miałem zacząć od zdjęcia Nosowskiej, ale właśnie zaowocował mi krzak poziomki, więc nie mogłem się powstrzymać. Państwo mi darują i już pokazuję pierwsze zdjęcie z wieczoru autorskiego. Rozmowę z gwiazdą piosenki, a od niedawna literatury prowadziła Karolina Korwin Piotrowska, kiedyś nazwana przez Kubę Wojewódzkiego "naczelnym prokuratorem show-biznesu". Obawy, że swoimi błyskotliwymi bon motami i ripostami skradnie show gwieździe wieczoru, nie były do końca bezzasadne. Tego niestety nie widać na załączonym obrazku.


Z początku Nosowska wydawała się być niezwykle spięta, marudziła że jest gruba i że musi być na czarno, żeby nie było widać.


Instagramową influencerką została z podpuszczenia Agaty Kuleszy, która pokazała jej to przedziwne miejsce w internecie. Instagram bardzo jej się spodobał i zaczęła go używać bez umiaru, choć kokieteryjnie wypiera się posiadania jakiegokolwiek wpływu na ludzi.


Słowo "influencerka" powinno być zakazane, a tym, którzy go używają, za karę należałoby odcinać internet.


Czarownica, normalnie czarownica. A Nosowska jeszcze większa.



Na zakończenie spotkania dostała od organizatorów jakiegoś badyla. Ponoć od zawsze o takim marzyła, ale bała się, że go skrzywdzi, trzymała się od takiego z daleka. Teraz nie ma już wyjścia.


Miejmy nadzieję, że życie badyla będzie dłuższe, niż instagramowa kariera Nosowskiej.

 
Chwilę potem założyła kapotę w kolorze badyla i wyszła na scenę, żeby zaśpiewać, że "Milena to dziwka". Wiedzieliście?



Artystyczny kanibalizm: Nosowska-piosenkarka została pożarta przez Nosowską-pisarkę. Dowód na poniższym obrazku.


A potem to, co najważniejsze dla każdego fana, czyli autografy. A Olga spełniła w końcu swoje marzenie i zrobiła sobie zdjęcie ze swoją idolką. Obiecała, że jak przeczyta książkę to mi ją pożyczy. Chętnie na to przystałem. Sam jestem ciekawy, czy to typowa jednorazówka, czy jednak internetowi recenzenci mają rację zachwycając się głębią, przesłaniem, trafnością obserwacji, poczuciem humoru autorki, etc. Na moją recenzję jednak nie liczcie. Nerwy mam słabe od dziecka.


piątek, 11 maja 2018

"Niejedno mam za uszami" - wywiad z Hanką Wójciak o życiu i muzyce


Zapraszam do lektury wywiadu z Hanką Wójciak - liderką i założycielką Kapeli Hanki Wójciak z którą wydała dwie autorskie płyty: Znachorka (2014) i Zasłona (2017). Jest wokalistką, autorką tekstów i muzyki, dziennikarką. Laureatką m. in. Festiwalu Pamiętajmy o Osieckiej, Studenckiego Festiwalu Piosenki, Festiwalu Twórczości Korowód, Rock & Chanson Festival. Jej głos można usłyszeć m. in. na płytach Jarka Śmietany, Anny Treter, Naked Mind. W Radiu Kraków prowadzi audycję Wieczór Panieński poświęconą piosence literackiej, a w TVP Kraków odcinki specjalne programu Pod Tatrami poświęcone wydarzeniom kulturalnym w Zakopanem.



Rozmawiamy świeżo po premierze na winylu Twojego ostatniego albumu Zasłona. Ty też uległaś modzie na czarne płyty?

Lubię ciuchy retro, zabytkowe samochody, czarne płyty. W domu bardzo często słuchamy muzyki z płyt winylowych - podarowany przez Muńka Staszczyka gramofon chodzi u nas niemal codziennie. Natomiast wydanie Zasłony na płycie winylowej było decyzją Roberta Nowaka, szefa Kompanii Muzycznej LAS z którą się związaliśmy. Bardzo się cieszę z tej decyzji, bo czarna płyta z własnymi piosenkami to było takie moje małe marzenie.

W trakcie premiery ludzie w skupieniu słuchali Twoich piosenek puszczanych z winyla. Zwróciłaś uwagę, że wsłuchiwali się w słowa?

Myślę, że piosenka narzuca zdrową dyscyplinę - w kilku zwrotkach, kilku minutach, trzeba zawrzeć całą historię, zaciekawić, zaintrygować. Mariusz Szczygieł powiedział o pisaniu, że ono powinno rodzić się z olśnienia, że czytelnik na takie olśnienie czeka, liczy na takie zestawienie słów, które zachwyca jak gesty magika wypuszczającego gołębia z pustego kapelusza. Jeżeli czasem i mnie się to udaje, to pozostaje się tylko cieszyć. Bardzo sobie cenię spotkania ze słuchaczami, stanowią dla mnie najpiękniejszą część mojej pracy, chociaż bardzo lubię także chwile spędzone samotnie, bo właśnie wtedy najchętniej przychodzą do mnie piosenki. 


Teksty piszesz w pierwszej osobie, ale skądinąd wiem, że nie każdy z nich ma charakter biograficzny. Czy odbiorca ma szansę dociec, co jest Hanką, a co jej kreacją literacką?

A czy to konieczne? Jaromir Nohavica mówi, że pieśń powinna mieć swoją tajemnicę i ja się z nim zgadzam. Może powiem tylko tyle, że w swoich piosenkach staram się nie być jednostronna. Jeśli w „Matulu” śpiewam, że poszłam w świat „a na świecie nędza”, to za chwilę dodaję „ojoj mamo, mamo gdybyś wiedziała, jak ja sama nędzy światu przydałam”. I tak, przyznaję, śpiewam wtedy o sobie. Niejedno mam za uszami. Uważam natomiast, że nie powinniśmy odkrywać wszystkiego. Byłam ostatnio na promocji najnowszego tomiku Ewy Lipskiej, która powiedziała z uśmiechem, że czytelnicy chcący wszystko zrozumieć powinni poszukać innego autora. Ja także lubię zostawiać odbiorcy przestrzeń do własnych rozmyślań. Frapują mnie znaczenia, które nadają inni. Nie chodzi tylko o moje piosenki. Czytelnik czyta sobą – swoim przygotowaniem, kulturą, doświadczeniem, a nawet nastrojem. Z tą myślą Pani Ewy także się zgadzam. Czasem się śmieję, że jeżeli ktoś coś w mojej piosence odnalazł, to to coś tam zapewne jest, nawet jeżeli ja sama o tym nie wiem (śmiech).

Mówisz, że w twoich tekstach jest sporo tajemnicy, ale one wydają się być bardzo bezpośrednie. Jak to wytłumaczysz?

Lubię opowiadać w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Bliska mi Ania Treter śpiewa w jednym ze swoich utworów: „Zasypiamy błogo wierząc w złoty mit / Czy zostanie po nas tylko żal i wstyd”. Uważam, że gdyby zaśpiewała „Czy zostanie po mnie tylko żal i wstyd” to byłoby to jakoś mocniejsze. W oryginale odpowiedzialność jakby się rozmywa. Ja tak to odbieram, chociaż wydaje mi się, że rozumiem zamysł – gorzką refleksję nad ludzkością. I kiedy tak sobie dumam, to dochodzę do wniosku – wspaniale, że jest Ania, która pisze po swojemu i Hanka, która o tym samym zaśpiewa inaczej. Dla wszystkich jest miejsce na tym łez padołku, opisujemy świat po swojemu i jeżeli tylko się szanujemy, możemy wykorzystać różnice zdań do rozwoju, namysłu, refleksji. 


 

Jesteś góralką, która potrafi płynnie przejść z języka ogólnego na gwarę góralską, a ta – powiedzmy to wprost – nie jest aż tak zniuansowana. Dobierasz język do strategii wypowiedzi?

W książce Wojciecha Bonowicza „Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze” znalazłam rozdział poświęcony gwarze, który pozwolił mi bardziej zrozumieć siebie. Pozwól, że zacytuję fragment, który mnie bardzo poruszył: „Za najistotniejszą cechę gwary Tischner uznał 'sposób doświadczania świata – bez motywu zniewolenia światem'. Tłumaczył, że w gwarze każde doświadczenie, nawet najcięższe, najbardziej bolesne, staje się przedmiotem refleksji tak poprowadzonej, żeby w ostateczności doszło do wyzwolenia z pęt, jakie owo doświadczenie na człowieka nakłada”. Myślę... ufam, że ta cecha charakteryzuje moją twórczość niezależnie od tego czy posługuję się językiem ogólnym czy gwarą. Ja w ogóle góralszczyznę czuję bardziej jako energię, radość, głośność, prostolinijność. W Teatrze STU można obejrzeć spektakl oparty na „Historii filozofii po góralsku” Tischnera. Marcin Zacharzewski gra w nim postać Młodego Górala. Kiedy mówi, ja słyszę, że to ceper, ale wcale mi to nie przeszkadza. On jest tak radosny, tak ucieszny i tak się pięknie wygłupia, że od razu staje mi przed oczyma pewien Jasiek z Olczy, w którym kochały się wszystkie dziewczęta, łącznie ze mną. To był taki właśnie harpagan – głośny, wesoły i nieobliczalny (śmiech).

Zależność między językiem a myśleniem jest ogromna. Wittgenstein mówił, że "granice mojego języka są granicą mojego świata". Ty natomiast płynnie poruszasz się między dwoma językami, czy de facto między dwoma światami. Jak się w tym odnajdujesz?

Jakoś sobie muszę radzić! Według Tischnera gwara to nie taki czy inny sposób wymawiania słów, ale odrębny styl myślenia, inny, oryginalny sposób widzenia i opisywania świata. Znam reguły panujące na Podhalu, cały ten kod zawarty w słowach, spojrzeniach, gestach, powiedzonkach, śpiewkach, żartach. Jednocześnie po naszym domu zawsze kręcili się turyści z całej Polski. Te światy przenikają się u mnie od najmłodszych lat, rozdwojenie jest więc dla mnie czymś naturalnym.



Byłaś dziewczyną z prowincji, bez zaplecza intelektualnego, która trafiła do dużego miasta. Trudno było Ci się w nim odnaleźć?

Pamiętajmy, że Zakopane ma wspaniałą historię. Niegdyś najwięksi twórcy zajeżdżali, spotykali się, działali, osiadali właśnie tutaj. Po II połowie XIX wieku Tetmajer, Żeromski, Witkiewicz, Kasprowicz i wiele innych wybitnych postaci tworzyło klimat tego miasta. Z jednej strony inteligencja, artyści, z drugiej – górale ze swoją niezwykle barwną kulturą. Wreszcie coś, co ich fascynowało równie mocno, chociaż przeżywali i okazywali to w zupełnie inny sposób – majestat Tatr. To oczywiście skrót, laurka, jedna strona medalu. Jest wiele rzeczy, które mnie bolą, wkurzają w rodzinnych stronach. Ale na pewno nie można powiedzieć, że Zakopane to tylko skomercjalizowane Krupówki, że dziś nic z tamtych wspaniałych tradycji nie pozostało. Wracając do Twojego pytania – urodziłam się w rodzinie góralskiej, zorientowanej głównie na podtrzymywanie rodzimych wartości. W domu mówiło się gwarą, niemal wszystkie dzieci chodziły do regionalnego zespołu Giewont, na każdym weselu czy chrzcinach śpiewano i tańczono po góralsku. Natomiast Kraków przyniósł zupełnie nowe doznania: ciekawe studia, nowe przyjaźnie, koncerty, spektakle, wystawy. To tu zaczęłam czytać książki, tutaj poznałam ludzi o zupełnie innych poglądach i sposobach na życie niż te znane mi z zakopiańskiej Olczy. Tak więc rosłam w rodzinie góralskiej, a większość dorosłego życia spędziłam już w Krakowie. Nie pamiętam, żebym miała problem z zaadoptowaniem się. Czasem tylko doskwierały mi braki w wiedzy, miałam kompleksy, że nie znam dat i nazwisk, o których od dawna powinnam coś wiedzieć. Ten dyskomfort w sumie towarzyszy mi nadal, ale już tak bardzo tego nie przeżywam. Zawsze byłam ciekawa świata i ludzi. Kraków mnie zachwycił.

W Krakowie jesteś od ponad 10 lat. Planujesz zostać tam na stałe?

Kraków jest mi przyjazną przystanią, na razie nie myślę o przeprowadzce. Natomiast staram się bywać w Zakopanem tak często, jak to możliwe. Niedawno rozpoczęłam współpracę z TVP Kraków, w której prowadzę odcinki specjalne programu „Pod Tatrami” poświęcone zakopiańskim wydarzeniom kulturalnym. Dzięki temu jestem bliżej swojego rodzinnego miasta i częściej odwiedzam rodziców. 


Znajomi mówią o Tobie: Energiczna, bezpośrednia, dowodzi na na scenie, widać, że jest liderką, Błyskotliwa kobieta. Mocna. Zgodzisz się z tym?

Górale są energiczni, bezpośredni i głośni. Tak i ja mogę o sobie powiedzieć. Dobrze się czuję na scenie, niezależnie od tego, czy występuję jako liderka własnej Kapeli czy członkini innego projektu. Lubię śpiewać, występować, na scenie czuję się komfortowo, może stąd taki, a nie inny odbiór mojej osoby. A tak poza wszystkim uważam, że opinie, które wyrażamy o innych ludziach bardziej opowiadają o nas samych.

Czujesz się silną kobietą?

Na premierze winyla zaśmiałam się, że po 30-tce jest fajnie. Mam takie właśnie doświadczenie. Relacje z bliskimi jakoś się poukładały, znalazłam swoją drugą połówkę, żyję z muzyki, mamy wspaniałą publiczność. No i też czytam więcej niż kiedykolwiek, co dodaje skrzydeł i pewności siebie. Człowiek chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Twoja kapela składa się z samych mężczyzn. Trudno jest nimi dowodzić?

To trudne do okiełznania indywidualności i nawet nie próbuję tego robić. Każdy z chłopaków ma swój własny świat i coś z tego świata wnosi do wspólnie tworzonej muzyki. Mam nadzieję, że nigdy nie poczuli, że im w jakimś wymiarze podcinam skrzydła. To cholernie zdolne bestie. Możemy się nie zgadzać w wielu kwestiach, ale jeśli chodzi o muzykę, od lat udaje nam się znaleźć wspólny język. To dla mnie ważne i cenne.

Nie brakuje Ci w składzie kobiet?

Mam drugi zespół, w którym podstawę tworzą mój głos i głos Susanny Jarej – wspaniałej wokalistki śpiewającej w kilku słowiańskich językach, m. in. ukraińskim, łemkowskim, słowackim. Bardzo się wzajemnie cenimy i lubimy, stąd pomysł na nowy projekt. Od czasu do czasu w mojej Kapeli zastępstwa na skrzypach gra Natalia Miś, tak więc chyba nie jestem uprzedzona do kobiet (śmiech). Chociaż pamiętam, że parę lat temu, kiedy od czasu do czasu na koncertach chórki śpiewały moje koleżanki, to zawsze robiło się zamieszanie. Ktoś się chichrał, ktoś kogoś podrywał, ktoś zapomniał wejść w odpowiednim momencie, bo się na kogoś zapatrzył... Gdzie skupienie, ja się pytam? Chyba bym na dłuższą metę z taką ferajną nie wytrzymała (śmiech).



Słowo „kapela” w nazwie Twojego zespołu nasuwa skojarzenia z muzyką góralską. Czy w przyszłości nazwa nie będzie dla Ciebie obciążeniem?

Mało kto wie, ale kiedyś zespół Zakopower nazywał się Kapela Sebastiana Bułecki. Ja także myślę o zmianie nazwy, mam już pewien pomysł, a w zasadzie to pomysł moich muzyków, wymyślony parę lat temu. Nic jednak na razie nie zdradzę. Póki co promujemy drugą płytę „Zasłona” wydaną pod szyldem Kapeli Hanki Wójciak.

Zdecydowałabyś się nagrać płytę zaangażowaną politycznie i społecznie?

Od jakiegoś czasu więcej czytam, więcej nasłuchuję, staram się chodzić na spotkania, gdzie dyskutuje się o problemach, które przynosi dzisiejszy świat. Myślę, że to wszystko na pewno zostawi jakiś ślad w mojej twórczości. Uważam, że to dobrze, kiedy artyści orientują się w pozamuzycznych tematach. To może nas zbliżyć do odbiorców, a już na pewno poszerzy nasze horyzonty. Ostatnio w internecie trafiłam na wywiad z Pablopavo przeprowadzony przez Michała Sowińskiego. Wspaniała, mądra rozmowa, którą przeczytałam jednym tchem. Widać, że Paweł Sołtys interesuje się historią, dużo czyta, ma swoich ulubionych autorów. Z kolei Michał zadawał fantastyczne, niesztampowe pytania. Czułam się ubogacona po lekturze i pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale, gdyby ludzie tak właśnie się czuli, po przeczytaniu wywiadu ze mną (śmiech). Nie wiem, czy to się udało, ale starałam się, jak mogłam!






Zdjęcia Lech Spaszewski

wtorek, 10 kwietnia 2018

Schody do nieba czy donikąd?


Ileż to już żartów powstało z pomnika smoleńskiego? Wyśmiewano przede wszystkim mało odkrywczą bryłę, która kojarzyła się z czym popadnie i co chwila odnajdywano obiekt pozwalający wszystkim radośnie krzyczeć: plagiat! To prawda, podobne bryły wielu z nas rysowało już zapewne w przedszkolu, więc ewentualne procesy o skopiowanie pomysłu skończą się z dość oczywistym skutkiem. Niemniej sam pomnik jest potrzebny i choć jego realizacja, jak wielu godnych uwagi pomysłów PiS-u, wyszła „jak zawsze”, to dobrze, że w końcu stanął, mimo iż jego lokalizacja daleka jest od ideału.

Jakoż mając wolne popołudnie postanowiłem przyjrzeć się z bliska odsłonięciu rzeczonego pomnika. Spodziewałem się komplikacji w dotarciu na miejsce, a i co do dotarcia w jego bezpośrednią bliskość nie łudziłem się, że będzie łatwo, więc nie zaskoczyło mnie, że teren wielkości kilku, a może nawet kilkunastu tysięcy metrów kwadratowych otoczony został barierkami i kordonem policji. Wstęp za ten swoisty społeczny firewall mieli tylko uprzywilejowani, którym na piersiach dyndały stosowne przepustki. Ja oczywiście takowej nie miałem, więc jako obywatel gorszego sortu musiałem zadowolić się podglądaniem uroczystości z odległości kilkudziesięciu, a chwilami kilkuset metrów. Na szczęście zamontowany w aparacie teleobiektyw wydajnie wspomagał moje nadwerężone ślęczeniem nad książkami oczy i nawet dość wyraźnie pozwolił przypatrzeć się pomnikowi.

Oto garść fotowrażeń z uroczystości, jakimi pragnę się z Wami podzielić. Gdybym miał przepustkę zapewne wepchałbym się pod samą scenę i relacjonował uroczystości z sumiennością Dziennika. Niestety, byłem skazany na włóczenie się po obrzeżach i podglądanie tych, którzy skazani byli na to samo. Gdzieś hen, w oddali, znajduje się plac Piłsudskiego, na którym stanął pomnik. Ale firewall postawiono już tutaj:


Po zewnętrznej stronie barierek my, za nimi żandarmeria wojskowa.


Typowy przedstawiciel żandarmerii wojskowej:


Pomnik smoleński, jeszcze pod nakryciem. Na drugi planie zdjęcia ofiar. Nazwiska niektórych napisano z błędami, na szczęście do czasu uroczystości poprawionymi, być może tylko dlatego, że zostały wytropione przez dziennikarzy.


Gorszy sort niekiedy nie miał wyjścia, i chcąc zobaczyć cośkolwiek z tego, co się dzieje na placu, zmuszony był okupować nieliczne drzewa.


Wzruszona twarz uczestnika uroczystości:



Zresztą, bądźmy precyzyjni, nie tylko gorszy sort musiał zadowolić się koczowaniem poza obrębem placu.


Selfie z flagą:


Były też stoiska handlowe. Zainteresowani mogli kupić plakietki, flagi i napoje chłodzące. Od tego sprzedawcy, którego jeden z gapiów porównał do któregoś z apostołów (którego?) kupiłem niezwykle ciekawą wzorniczo plakietkę z Antonim. Apostoł za pozowanie zażyczył sobie, żebym kupił jeszcze jedną, zdecydowanie brzydszą, więc odmówiłem. Takoż i zdjęcie wyszło brzydsze, niż mogłoby.


A oto rzeczona plakietka, zapewne prosto z gimpa. Proszę darować uszczypliwość: wstyd nosić, wstyd nie kupić. Zdobyłem także polską flagę, nosiłem ją z dumą, ale aktualnie wymaga prasowania, więc chwilowo jej nie pokażę.



Nieliczni wybrańcy, którym trafiły się najlepsze miejsca. Niestety, jest to duże powiększenie fragmentu zdjęcia, więc jakość nie zwala z nóg. Ci na górze oczywiście służbowo:


Jedna pani błagała o pomoc:


Mateusz Kijowski, najsłynniejszy alimenciarz w Polsce, był jednocześnie najbardziej hałaśliwy. Wraz ze swoimi poplecznikami, kordonem policji szczelnie odizolowani od wszystkich i wszystkiego, wznosili wywrotowe hasła w rodzaju: tu-jest-Polska. Tłum wyczuwał poetykę sytuacji i dodawał do rymu: Ja-rosław. Swoją drogą bardzo słabe to było, bo sugerowało, że tam, na placu, jest jakaś zagranica. Zresztą, tłum nie był lepszy i wysyłał Kijowskiego do Moskwy, więc wet za wet. Najwyraźniej tak działa logika masowych zgromadzeń, że wszyscy skandują głupoty, a te zaraz potem urastają do rangi manifestu.


Ten punkcik, dokładnie pośrodku kadru, to prezydent Andrzej Duda. Gdybym nie zabrał ze sobą długiego obiektywu moje oczy nie zarejestrowałyby nawet punkciku:



Smutny, albo po prostu znudzony lepszy sort, w dodatku nieletni. Bez takiego glejtu na piersiach nie było co marzyć o wejściu na plac:


Pomnik smoleński po odsłonięciu:


Jeszcze raz pomnik smoleński, z innej perspektywy:


Pierwszy raz słyszę o takiej policji, ale jestem pod wrażeniem:


I na koniec może najprawdziwsze zdjęcie ze wszystkich, bo przecież kto nie przyszedł nacieszyć oczu, palec pod budkę: