piątek, 11 maja 2018

"Niejedno mam za uszami" - wywiad z Hanką Wójciak o życiu i muzyce


Zapraszam do lektury wywiadu z Hanką Wójciak - liderką i założycielką Kapeli Hanki Wójciak z którą wydała dwie autorskie płyty: Znachorka (2014) i Zasłona (2017). Jest wokalistką, autorką tekstów i muzyki, dziennikarką. Laureatką m. in. Festiwalu Pamiętajmy o Osieckiej, Studenckiego Festiwalu Piosenki, Festiwalu Twórczości Korowód, Rock & Chanson Festival. Jej głos można usłyszeć m. in. na płytach Jarka Śmietany, Anny Treter, Naked Mind. W Radiu Kraków prowadzi audycję Wieczór Panieński poświęconą piosence literackiej, a w TVP Kraków odcinki specjalne programu Pod Tatrami poświęcone wydarzeniom kulturalnym w Zakopanem.



Rozmawiamy świeżo po premierze na winylu Twojego ostatniego albumu Zasłona. Ty też uległaś modzie na czarne płyty?

Lubię ciuchy retro, zabytkowe samochody, czarne płyty. W domu bardzo często słuchamy muzyki z płyt winylowych - podarowany przez Muńka Staszczyka gramofon chodzi u nas niemal codziennie. Natomiast wydanie Zasłony na płycie winylowej było decyzją Roberta Nowaka, szefa Kompanii Muzycznej LAS z którą się związaliśmy. Bardzo się cieszę z tej decyzji, bo czarna płyta z własnymi piosenkami to było takie moje małe marzenie.

W trakcie premiery ludzie w skupieniu słuchali Twoich piosenek puszczanych z winyla. Zwróciłaś uwagę, że wsłuchiwali się w słowa?

Myślę, że piosenka narzuca zdrową dyscyplinę - w kilku zwrotkach, kilku minutach, trzeba zawrzeć całą historię, zaciekawić, zaintrygować. Mariusz Szczygieł powiedział o pisaniu, że ono powinno rodzić się z olśnienia, że czytelnik na takie olśnienie czeka, liczy na takie zestawienie słów, które zachwyca jak gesty magika wypuszczającego gołębia z pustego kapelusza. Jeżeli czasem i mnie się to udaje, to pozostaje się tylko cieszyć. Bardzo sobie cenię spotkania ze słuchaczami, stanowią dla mnie najpiękniejszą część mojej pracy, chociaż bardzo lubię także chwile spędzone samotnie, bo właśnie wtedy najchętniej przychodzą do mnie piosenki. 


Teksty piszesz w pierwszej osobie, ale skądinąd wiem, że nie każdy z nich ma charakter biograficzny. Czy odbiorca ma szansę dociec, co jest Hanką, a co jej kreacją literacką?

A czy to konieczne? Jaromir Nohavica mówi, że pieśń powinna mieć swoją tajemnicę i ja się z nim zgadzam. Może powiem tylko tyle, że w swoich piosenkach staram się nie być jednostronna. Jeśli w „Matulu” śpiewam, że poszłam w świat „a na świecie nędza”, to za chwilę dodaję „ojoj mamo, mamo gdybyś wiedziała, jak ja sama nędzy światu przydałam”. I tak, przyznaję, śpiewam wtedy o sobie. Niejedno mam za uszami. Uważam natomiast, że nie powinniśmy odkrywać wszystkiego. Byłam ostatnio na promocji najnowszego tomiku Ewy Lipskiej, która powiedziała z uśmiechem, że czytelnicy chcący wszystko zrozumieć powinni poszukać innego autora. Ja także lubię zostawiać odbiorcy przestrzeń do własnych rozmyślań. Frapują mnie znaczenia, które nadają inni. Nie chodzi tylko o moje piosenki. Czytelnik czyta sobą – swoim przygotowaniem, kulturą, doświadczeniem, a nawet nastrojem. Z tą myślą Pani Ewy także się zgadzam. Czasem się śmieję, że jeżeli ktoś coś w mojej piosence odnalazł, to to coś tam zapewne jest, nawet jeżeli ja sama o tym nie wiem (śmiech).

Mówisz, że w twoich tekstach jest sporo tajemnicy, ale one wydają się być bardzo bezpośrednie. Jak to wytłumaczysz?

Lubię opowiadać w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Bliska mi Ania Treter śpiewa w jednym ze swoich utworów: „Zasypiamy błogo wierząc w złoty mit / Czy zostanie po nas tylko żal i wstyd”. Uważam, że gdyby zaśpiewała „Czy zostanie po mnie tylko żal i wstyd” to byłoby to jakoś mocniejsze. W oryginale odpowiedzialność jakby się rozmywa. Ja tak to odbieram, chociaż wydaje mi się, że rozumiem zamysł – gorzką refleksję nad ludzkością. I kiedy tak sobie dumam, to dochodzę do wniosku – wspaniale, że jest Ania, która pisze po swojemu i Hanka, która o tym samym zaśpiewa inaczej. Dla wszystkich jest miejsce na tym łez padołku, opisujemy świat po swojemu i jeżeli tylko się szanujemy, możemy wykorzystać różnice zdań do rozwoju, namysłu, refleksji. 


 

Jesteś góralką, która potrafi płynnie przejść z języka ogólnego na gwarę góralską, a ta – powiedzmy to wprost – nie jest aż tak zniuansowana. Dobierasz język do strategii wypowiedzi?

W książce Wojciecha Bonowicza „Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze” znalazłam rozdział poświęcony gwarze, który pozwolił mi bardziej zrozumieć siebie. Pozwól, że zacytuję fragment, który mnie bardzo poruszył: „Za najistotniejszą cechę gwary Tischner uznał 'sposób doświadczania świata – bez motywu zniewolenia światem'. Tłumaczył, że w gwarze każde doświadczenie, nawet najcięższe, najbardziej bolesne, staje się przedmiotem refleksji tak poprowadzonej, żeby w ostateczności doszło do wyzwolenia z pęt, jakie owo doświadczenie na człowieka nakłada”. Myślę... ufam, że ta cecha charakteryzuje moją twórczość niezależnie od tego czy posługuję się językiem ogólnym czy gwarą. Ja w ogóle góralszczyznę czuję bardziej jako energię, radość, głośność, prostolinijność. W Teatrze STU można obejrzeć spektakl oparty na „Historii filozofii po góralsku” Tischnera. Marcin Zacharzewski gra w nim postać Młodego Górala. Kiedy mówi, ja słyszę, że to ceper, ale wcale mi to nie przeszkadza. On jest tak radosny, tak ucieszny i tak się pięknie wygłupia, że od razu staje mi przed oczyma pewien Jasiek z Olczy, w którym kochały się wszystkie dziewczęta, łącznie ze mną. To był taki właśnie harpagan – głośny, wesoły i nieobliczalny (śmiech).

Zależność między językiem a myśleniem jest ogromna. Wittgenstein mówił, że "granice mojego języka są granicą mojego świata". Ty natomiast płynnie poruszasz się między dwoma językami, czy de facto między dwoma światami. Jak się w tym odnajdujesz?

Jakoś sobie muszę radzić! Według Tischnera gwara to nie taki czy inny sposób wymawiania słów, ale odrębny styl myślenia, inny, oryginalny sposób widzenia i opisywania świata. Znam reguły panujące na Podhalu, cały ten kod zawarty w słowach, spojrzeniach, gestach, powiedzonkach, śpiewkach, żartach. Jednocześnie po naszym domu zawsze kręcili się turyści z całej Polski. Te światy przenikają się u mnie od najmłodszych lat, rozdwojenie jest więc dla mnie czymś naturalnym.



Byłaś dziewczyną z prowincji, bez zaplecza intelektualnego, która trafiła do dużego miasta. Trudno było Ci się w nim odnaleźć?

Pamiętajmy, że Zakopane ma wspaniałą historię. Niegdyś najwięksi twórcy zajeżdżali, spotykali się, działali, osiadali właśnie tutaj. Po II połowie XIX wieku Tetmajer, Żeromski, Witkiewicz, Kasprowicz i wiele innych wybitnych postaci tworzyło klimat tego miasta. Z jednej strony inteligencja, artyści, z drugiej – górale ze swoją niezwykle barwną kulturą. Wreszcie coś, co ich fascynowało równie mocno, chociaż przeżywali i okazywali to w zupełnie inny sposób – majestat Tatr. To oczywiście skrót, laurka, jedna strona medalu. Jest wiele rzeczy, które mnie bolą, wkurzają w rodzinnych stronach. Ale na pewno nie można powiedzieć, że Zakopane to tylko skomercjalizowane Krupówki, że dziś nic z tamtych wspaniałych tradycji nie pozostało. Wracając do Twojego pytania – urodziłam się w rodzinie góralskiej, zorientowanej głównie na podtrzymywanie rodzimych wartości. W domu mówiło się gwarą, niemal wszystkie dzieci chodziły do regionalnego zespołu Giewont, na każdym weselu czy chrzcinach śpiewano i tańczono po góralsku. Natomiast Kraków przyniósł zupełnie nowe doznania: ciekawe studia, nowe przyjaźnie, koncerty, spektakle, wystawy. To tu zaczęłam czytać książki, tutaj poznałam ludzi o zupełnie innych poglądach i sposobach na życie niż te znane mi z zakopiańskiej Olczy. Tak więc rosłam w rodzinie góralskiej, a większość dorosłego życia spędziłam już w Krakowie. Nie pamiętam, żebym miała problem z zaadoptowaniem się. Czasem tylko doskwierały mi braki w wiedzy, miałam kompleksy, że nie znam dat i nazwisk, o których od dawna powinnam coś wiedzieć. Ten dyskomfort w sumie towarzyszy mi nadal, ale już tak bardzo tego nie przeżywam. Zawsze byłam ciekawa świata i ludzi. Kraków mnie zachwycił.

W Krakowie jesteś od ponad 10 lat. Planujesz zostać tam na stałe?

Kraków jest mi przyjazną przystanią, na razie nie myślę o przeprowadzce. Natomiast staram się bywać w Zakopanem tak często, jak to możliwe. Niedawno rozpoczęłam współpracę z TVP Kraków, w której prowadzę odcinki specjalne programu „Pod Tatrami” poświęcone zakopiańskim wydarzeniom kulturalnym. Dzięki temu jestem bliżej swojego rodzinnego miasta i częściej odwiedzam rodziców. 


Znajomi mówią o Tobie: Energiczna, bezpośrednia, dowodzi na na scenie, widać, że jest liderką, Błyskotliwa kobieta. Mocna. Zgodzisz się z tym?

Górale są energiczni, bezpośredni i głośni. Tak i ja mogę o sobie powiedzieć. Dobrze się czuję na scenie, niezależnie od tego, czy występuję jako liderka własnej Kapeli czy członkini innego projektu. Lubię śpiewać, występować, na scenie czuję się komfortowo, może stąd taki, a nie inny odbiór mojej osoby. A tak poza wszystkim uważam, że opinie, które wyrażamy o innych ludziach bardziej opowiadają o nas samych.

Czujesz się silną kobietą?

Na premierze winyla zaśmiałam się, że po 30-tce jest fajnie. Mam takie właśnie doświadczenie. Relacje z bliskimi jakoś się poukładały, znalazłam swoją drugą połówkę, żyję z muzyki, mamy wspaniałą publiczność. No i też czytam więcej niż kiedykolwiek, co dodaje skrzydeł i pewności siebie. Człowiek chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Twoja kapela składa się z samych mężczyzn. Trudno jest nimi dowodzić?

To trudne do okiełznania indywidualności i nawet nie próbuję tego robić. Każdy z chłopaków ma swój własny świat i coś z tego świata wnosi do wspólnie tworzonej muzyki. Mam nadzieję, że nigdy nie poczuli, że im w jakimś wymiarze podcinam skrzydła. To cholernie zdolne bestie. Możemy się nie zgadzać w wielu kwestiach, ale jeśli chodzi o muzykę, od lat udaje nam się znaleźć wspólny język. To dla mnie ważne i cenne.

Nie brakuje Ci w składzie kobiet?

Mam drugi zespół, w którym podstawę tworzą mój głos i głos Susanny Jarej – wspaniałej wokalistki śpiewającej w kilku słowiańskich językach, m. in. ukraińskim, łemkowskim, słowackim. Bardzo się wzajemnie cenimy i lubimy, stąd pomysł na nowy projekt. Od czasu do czasu w mojej Kapeli zastępstwa na skrzypach gra Natalia Miś, tak więc chyba nie jestem uprzedzona do kobiet (śmiech). Chociaż pamiętam, że parę lat temu, kiedy od czasu do czasu na koncertach chórki śpiewały moje koleżanki, to zawsze robiło się zamieszanie. Ktoś się chichrał, ktoś kogoś podrywał, ktoś zapomniał wejść w odpowiednim momencie, bo się na kogoś zapatrzył... Gdzie skupienie, ja się pytam? Chyba bym na dłuższą metę z taką ferajną nie wytrzymała (śmiech).



Słowo „kapela” w nazwie Twojego zespołu nasuwa skojarzenia z muzyką góralską. Czy w przyszłości nazwa nie będzie dla Ciebie obciążeniem?

Mało kto wie, ale kiedyś zespół Zakopower nazywał się Kapela Sebastiana Bułecki. Ja także myślę o zmianie nazwy, mam już pewien pomysł, a w zasadzie to pomysł moich muzyków, wymyślony parę lat temu. Nic jednak na razie nie zdradzę. Póki co promujemy drugą płytę „Zasłona” wydaną pod szyldem Kapeli Hanki Wójciak.

Zdecydowałabyś się nagrać płytę zaangażowaną politycznie i społecznie?

Od jakiegoś czasu więcej czytam, więcej nasłuchuję, staram się chodzić na spotkania, gdzie dyskutuje się o problemach, które przynosi dzisiejszy świat. Myślę, że to wszystko na pewno zostawi jakiś ślad w mojej twórczości. Uważam, że to dobrze, kiedy artyści orientują się w pozamuzycznych tematach. To może nas zbliżyć do odbiorców, a już na pewno poszerzy nasze horyzonty. Ostatnio w internecie trafiłam na wywiad z Pablopavo przeprowadzony przez Michała Sowińskiego. Wspaniała, mądra rozmowa, którą przeczytałam jednym tchem. Widać, że Paweł Sołtys interesuje się historią, dużo czyta, ma swoich ulubionych autorów. Z kolei Michał zadawał fantastyczne, niesztampowe pytania. Czułam się ubogacona po lekturze i pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale, gdyby ludzie tak właśnie się czuli, po przeczytaniu wywiadu ze mną (śmiech). Nie wiem, czy to się udało, ale starałam się, jak mogłam!






Zdjęcia Lech Spaszewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz