
Niechcący wyszła mi
afirmacja patriotyzmu, pokraczna bo pokraczna, ale nie ma co marudzić: taki
nasz patriotyzm jacy i my sami. Jedzenie owoców stało się właśnie czynnością
polityczną i tylko czekać jak fraza: powiedz mi jakie owoce jesz a powiem ci
jakim jesteś Polakiem – opuści obszar ironii i z żartu stanie się figurą
tożsamości narodowej.
Profesor Jerzy Miziołek,
nowy dyrektor Muzeum Narodowego – ponoć na „życzliwą” sugestię Ministerstwa
Kultury – usunął z Galerii Sztuki XX i XXI wieku dwie instalacje wideo: Natalii
LL i Katarzyny Kozyry. Praca pierwszej artystki przedstawiała kobietę jedzącą
banany, drugiej – femme fatal powożącą zaprzęgiem ciągnionym przez Fryderyka
Nietzschego i Rainera Marię Rilkego. „To jest Muzeum Narodowe i pewna tematyka z zakresu
gender nie powinna być explicite pokazywana” – tłumaczy Miziołek i
rozumie się to samo przez się. Że też poprzednia dyrekcja nie wpadła na to, że
jak sztuka współczesna, to nie gender, że te dwa zjawiska całkowicie się
rozjeżdżają i że jeżeli coś jest gender – to sztuką z automatu nie jest.
Wstydliwej oczywistości, że ani sztuka współczesna ani gender ścisłej definicji
nie posiadają nie ma nawet co przywoływać: rzecz tak nieistotna, że o zwykłe
czepialstwo zahaczająca. Zwłaszcza, że – wbrew temu, co napisałem przed chwilą
– Kościół dokładnie określił, czym jest gender, mianowicie ideologią, odtąd
dyskusja została z sukcesem zamknięta. W Polsce, kraju przez całe
dziesięciolecia silnie ideologicznie rujnowanym, na ideologię miejsca nie ma.
Nikt poważny nie będzie z tym polemizował ani ideologii bronił – i to też
rozumie się samo przez się.
Już samo „skrzywienie
ideologiczne” wystarczyłoby, żeby gender z Muzeum Narodowego wyrugować, jednak
– leżącego co prawda nie kopie się, ale gender sam się o to prosi – rzecz ma
również swój społeczny wymiar. Swoistym manifestem społecznej demolki na jaką
za sprawą rzeczonych wystaw narażamy siebie i przyszłe pokolenia może być list
oburzonej matki do dyrektora Miziołka. List ten posłużył dyrektorowi jako walny
argument, że zapotrzebowanie na sztukę gender właśnie minęło, a jej tu i ówdzie
jeszcze obecne eksplikacje więcej szkody, niż pożytku czynią. „Dzieci weszły do
sali wystawowej, by zobaczyć ogromną kaczkę z klocków Lego i w tej samej sali
zostały narażone na widok nagich kobiet na filmie. Syn, opowiadając mi z
płaczem o tym nieprzyjemnym przeżyciu, wystawił jednocześnie najgorszą
rekomendację, jaką może dostać od zwiedzającego placówka kulturalna: ‘nigdy
więcej nie chcę tam iść, nie chcę oglądać takich rzeczy’. Chyba nie o to nam
chodzi, by zniechęcać dzieci do obcowania ze sztuką” – retoryczne zakończenie
cytatu w pierwszej chwili może odrzucać swoją topornością, ale mnie daleko od
zlekceważenia jego heurystycznego potencjału. Bo nie, nie chcemy (mówię w
imieniu swoim i normalnej części społeczeństwa, do której ta
interpelacja się odnosi), żeby dzieci zniechęciły się do sztuki współczesnej, z
definicji trudnej i wymagającej pewnej dojrzałości emocjonalnej. Nie chcemy,
żeby dzieci w ogóle zniechęciły się do sztuki, wręcz przeciwnie: marzy nam się
młodzież zamiast fejsa programy muzeów studiująca, wieczory nie w knajpach, ale
w teatrach i na performensach spędzająca, przez tindera nie na figle, ale na
wspólne lektury się umawiająca i trzymająca z daleka od wszelkiej pseudosztuki
perwersją i semantycznym bełkotem wypełnioną. Tylko, że taką młodzież należy
sobie wprzódy wychować.
Skorośmy już raz z sukcesem popadli w retorykę, to jedźmy z nią
dalej: jak młodzież może rozumieć sztukę, jeżeli w latach pacholęcych
musimy ją trzymać z daleka od muzeów w których pokazywane są tak
niesłychane sprośności jak kobieta jedząca banana? Rozumiecie, państwo? „Ta
pani je banana”. „Je banana”! Dlatego argument, że skoro młodzież
jeszcze nie dorosła do – przepraszam za brzydkie słowo – konsumpcji sztuki
współczesnej, to należy ją trzymać od niej na odległość do czasu, aż do niej
dorośnie, uważam za z gruntu chybiony. Jeżeli ma się zaprzyjaźnić ze sztuką to
należy ją z nią oswajać od maleńkości, ale – uwaga! – musi to być sztuka
dostosowana do jej wieku i możliwości percepcyjnych. Kaczka z klocków lego jest
tu przykładem właściwego kierunku: raz, że kaczka, dwa że klocki lego. Zamieńmy
galerie sztuki współczesnej na Legolandy i problem edukacji kulturalnej sam się
rozwiąże.
Zdjęcia do tekstu wykonałem w trakcie zorganizowanego przez dra hab. Tomasza Kitlińskiego i Magdalenę Luczyn happeningu „Jemy banany i protestujemy przeciw cenzurze sztuki – Lublin” 29 kwietnia przed „Galerią Labirynt”.