Wszystkie auta zobaczyłem na trasie kilkunastominutowego spaceru.
sobota, 31 sierpnia 2013
sobota, 27 lipca 2013
Co Jacek Kiełb ma w głowie
Poznałem dziewczynę. Jest piękna, wspaniała i w ogóle. Wkrótce
planujemy wziąć ślub. Potem dziecko, a potem… będziemy żyć długo i szczęśliwie.
Kto nam zabroni?
Wydaje mi się jednak, że mogę, a nawet powinienem zabronić
tego samego mojemu bliźniemu, jeżeli ten ma inne poglądy niż ja. Na przykład
gejowi. Mnie wolno wziąć ślub, ale jemu już nie wolno. Bo to się przyczyni do
rozpadu rodziny. Wprawdzie nie wiem, w jaki sposób powstanie nowej rodziny (poza rozwodem) może
się przyczynić do rozpadu jakiejś innej rodziny, ale mnóstwo znajomych mających
takie same poglądy jak ja jest przekonanych, że wskutek ślubów gejów jakieś
rodziny się rozpadną. Więc chyba coś jest na rzeczy.
Najgorszą rzeczą, jaka może spotkać dziecko, to adopcja przez
parę gejów lub lesbijek. Już nawet pozbawiona perspektyw wegetacja w domu
dziecka jest lepsza, niż miłość i opieka ze strony dwóch mam lub dwóch tatów.
Przesadzam?
Adopcja dzieci przez
homoseksualistów to już byłaby tragedia. Nie wyobrażam sobie, że dziecko będzie
kiedyś mówiło: „mam super rodziców, mili panowie”. Trzeba te dzieci chronić, to
byłaby ich wielka krzywda.
Tę błyskotliwą opinię, że posiadanie „super rodziców” może
być dla dzieci „tragedią” wygłosił z pełną powagą Jacek Kiełb, piłkarz
Korony Kielce. Można by przejść nad nią do porządku dziennego, bo w końcu nie
każdy ma obowiązek być rozumnym człowiekiem, ale takich „ekspertów” przekonanych,
że ponury dom dziecka jest lepszym członem alternatywy od domu pełnego miłości
i opieki, bo prowadzonego przez parę jednopłciową, liczy się w Polsce, nie
przymierzając, w miliony. Zawsze to lepiej, żeby dziecko zmarnowało sobie
życie, niż, nie daj Boże, zostało wychowane przez gejów.
Geje, jak wiadomo, „pukają” się wszędzie, tylko nie za
zamkniętymi drzwiami.
Kto się tam chce z kim
pukać, niech się puka, jego sprawa, z bejsbolem ganiać nie będę. Ale niech to
robi za zamkniętymi drzwiami w czterech ścianach, nie chcę o tym wiedzieć – z pełną
powagą deklaruje Kiełb.
Heteroseksualne pary, „pukające” się na zapleczach dyskotek
albo po dyskotekach w parku mają szczęście. Kiełb nie spadnie im nieoczekiwanie
na głowy i nie wytłumaczy dobitnie bejsbolem, że nie powinny się pukać poza
zamkniętymi drzwiami. Z przypadkowego seksu może przecież być przypadkowe
dziecko, które może potem trafić do domu dziecka, a stamtąd wprost w troskliwe
ramiona jednopłciowej pary.
Nie wiem, co Kiełb ma w głowie. Ale najwyraźniej jest
przekonany, że geje „pukają” się na każdej ulicy i w każdym parku. Widział ktoś
z Was parę gejów, pukających się na ulicy? Ja kiedyś widziałem pukającą się w
parku parę heteroseksualną, ale nie uważam, że powinno się zabronić
heteroseksualnych małżeństw ze względu na panujące w tym środowisku wyuzdanie.
Kiełb jest też najwyraźniej przekonany, że najgorszą tragedią dla dziecka jest
posiadanie „super rodziców”, którzy zapewnią mu miłość, opiekę i dobry start w
przyszłość. Może powinien puknąć się w czoło?
Etykiety:
adopcja przez gejów,
geje,
Jacek Kiełb,
małżeństwa jednopłciowe
czwartek, 20 czerwca 2013
Parada Równości 2013
"Słońce jest dla wszystkich! Nie może być tak, że jedna strona się opala, a druga się nie opala!" - krzyczał jak w transie Andrzej Hadacz, były obrońca krzyża, aktualny zwolennik różnorodności i równości wobec prawa. Na "Paradę Równości" został zaproszony przez Ryszarda Kalisza i trzeba przyznać, że ten figiel byłemu posłowi SLD się udał.
Marsz wyruszył spod Sejmu, prowadzony przez różową ciężarówę.
Ledwie ją było widać na platformie, ale zawzięcie pracowała rączką. Tak zawzięcie, żem się nieco sterał usiłując zrobić wyraźne zdjęcie.
Chłopaki pili piwko i wdzięczyli się do słońca.
Agnieszka Wiśniewska z Krytyki Politycznej.
Pan ze szramą nie wyglądał jakoś specjalnie groźnie. W każdym razie dzieci się go nie bały.
Pani z pieskiem.
Tak wygląda obrona "tradycyjnych wartości" przez ONR. A ich poziom intelektualny wyraża transparent, na którym stoi napisane: "Chcemy męszczyzn, a nie cioty". Jakby to ktoś potraktował jako jednorazową wpadkę to zachęcam do przeczytania komentarza, jaki opublikowali na Facebooku.
Dzieci.
Desant z Łodzi, czyli Hania Gill-Piątek.
Parada była radosnym świętem, ale tę panią udało mi się przyłapać na zadumie.
Parada Równości, ujęcie patriotyczne i rewolucyjne.
Na wysokości Sali Kongresowej przywitał Paradę ogłuszający huk bębenków i tamburynów. Orkiestra radośnie pozowała ucieszonym niespodzianką fotografom, a fotografowie radośnie fotografowali orkiestrę. W sumie wolę taką kontrę od tej zorganizowanej przez prostaków z ONR-u.
Póki co, taki ślub może być w Polsce tylko happeningiem.
Cieszyła obfitość polskich flag na Paradzie.
W tę sobotę leniwy spacer można było połączyć z uczestniczeniem zaangażowanym.
Przyznam, że trochę nie rozumiem znaczenia tego hasła.
Pary.
Umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji warto ćwiczyć od najmłodszych lat.
Nie jestem pewny, ale ta pani to chyba desant z Lublina, hę?
I na koniec romantyczny obrazek.
czwartek, 2 maja 2013
Nie każdy może jak orzeł
Dzień 1 maja to trudny czas dla
prawdziwego patrioty. To bodaj jedyny dzień w roku, kiedy wstydzi się swojego
patriotyzmu, zawczasu ściąga flagę z balkonu i skrupulatnie pilnuje, żeby
przypadkiem nie okazać najmniejszej bodaj oznaki patriotyzmu. Tego dnia
najchętniej nie wychodziłby z domu w obawie, że popełni kompromitującą go
nieostrożność i powie dobrze o Polsce lub – co byłoby dlań ideologicznym
samobójstwem – zamanifestuje do niej swoją miłość. Siedzi tedy pod kocem, pije
ziółka i niecierpliwie wyczekuje północy, kiedy znowu będzie mógł bezkarnie kochać
swoją ojczyznę nie ryzykując, że inni koledzy patrioci wezmą go za komunistą, a
więc za kogoś, kto jak wiadomo, Polski z definicji nie kocha. To, że o prawdziwego
komunistę dzisiaj równie trudno, co o prawdziwe mięso w sklepie, nie jest dla
niego specjalnym problemem. Przecież on wie lepiej, kto jest komunistą. Jeżeli zatem
nie masz nic przeciwko temu, żeby Polskę zamieszkiwał każdy, komu się Polska podoba
i kto chce w niej mieszkać, jesteś komunistą. Jeżeli nie masz nic przeciwko
temu, żeby inni Polacy żyli jak podoba się im, a nie prawdziwemu patriocie,
jesteś komunistą. Jeżeli jesteś za tym, żeby w Polsce dostęp do edukacji, opieki
zdrowotnej i kultury był równy dla każdego, a nie tylko dla uprzywilejowanych,
jesteś komunistą. Jeżeli jesteś za tym, żeby każdy mógł swój patriotyzm
okazywać tak jak jemu się podoba, a nie w sposób jedynie słuszny, jesteś
komunistą. A jeżeli jesteś komunistą, to
nie kochasz Polski. A skoro nie kochasz Polski, to jesteś zdrajcą. Mimo to kochasz
Polskę? – Przykro mi, patrz punkt: „jesteś komunistą", zatem… I oto dochodzimy
do sedna sprawy: wywieszenie 1 maja flagi państwowej to po prostu zdrada
Polski, na jaką żaden prawdziwy patriota pozwolić sobie nie może. Jeżeli zatem w
Święto Pracy z jakiegoś balkonu znika wisząca tam dotychczas flaga,
najprawdopodobniej mieszka tam prawdziwy patriota, któremu akurat tego dnia
patriotą być nie wypada.
Dzisiaj Dzień Flagi. Radiowa „Trójka” zorganizowała patriotyczny happening
„Orzeł może”. Prawica jest przeciw. Uzurpując sobie monopol na jedynie słuszne
pojmowanie patriotyzmu nie pojmuje, jak ktoś w taki dzień śmie się śmiać. To Monty
Python w czystej postaci, zatem pytam: gdzie jest hiszpańska inkwizycja?
środa, 10 kwietnia 2013
Większościowe wykluczenie
Powodowany obowiązkiem, obejrzałem dzisiaj najnowszy odcinek telewizyjnego show Kuby Wojewódzkiego, a właściwie pierwszą część w której gościem był Piotr Żyła: nieporadny językowo, ale podobno fantastycznie sobie poczynający skoczek ze Śląska. Żyła opowiadał o swoim zdumieniu szybko rosnącą ilością polubień jego strony na Facebooku. Wojewódzki zauważył, że Piotr Żyła może być drugim poza nim samym Polakiem, który dorobi się miliona fanów na FB.
Nie lubiłem Kuby Wojewódzkiego i raczej nie polubię, a zwłaszcza, co się tyczy Facebooka. Jednak informacja, że co czterdziesty Polak (wliczając bardzo małe dzieci, bardzo starych starców i komputerowych analfabetów) lubi Wojewódzkiego na tym konkretnym portalu, zrobiła na mnie duże wrażenie. Poczułem, że należę do wykluczonej, trzydziestodziewięciomilionowej grupy Polaków, którzy wskutek jakiegoś defektu lub ułomności nie lubią tego pyskatego okularnika, w rażąco sztuczny sposób udającego sympatię do swoich gości.
niedziela, 31 marca 2013
Nacutio nasza, czyli ogłoszenia tużpasterskie
Msza święta
rezurekcyjna. Wszystko było jak trzeba, chłonąłem atmosferę do momentu, kiedy
na znak pokoju obcy ludzie zaczęli mi ściskać dłoń. Okropność.
Pierwszy raz
widziałem procesję wewnątrz kościoła. Na zewnątrz zimno, śnieg jak na Boże
Narodzenie, więc ksiądz dobrodziej podjął jedyną słuszną decyzję, żeby zamiast
gonić ludzi dookoła świątyni, zrobić dla chętnych trzy rundy między krzesłami.
Większość jednak wobec takiej taryfy ulgowej poszła na całość i asystowała
procesji „stacjonarnie” – w obawie przed utratą miejsca do siedzenia.
Wcześniej jednak ksiądz dobrodziej wytłumaczył, że tam z boku, obok kopii
grobu Pana, stoi dwóch strażników, którzy zaraz odegrają scenę sprzed dwóch
tysięcy lat, przestraszą się i z wielkim hukiem zaczną uciekać. Faktycznie, zrobił
się wielki huk, bo dwaj przebierańcy najpierw rzucili się na marmurową podłogę,
a potem tupiąc i stukając niemiłosiernie, przegalopowali przez całą świątynię. Kiedy
ponownie spojrzałem na dobrodzieja, w jego ręku zobaczyłem aparat
fotograficzny.
piątek, 29 marca 2013
Skrupuły
Przeczytałem, że jednym z dowodów przydatnych podczas procesu beatyfikacji Jana Pawła II ma być cudowne uzdrowienie Daniela Olbrychskiego. Ten świetny
aktor był wieloletnim palaczem i kiedy umarł papież, modlił się do zmarłego prosząc o pomoc w wyjściu z nałogu. Jakoż walka z nikotyną udała się, a
prześwietlenie wykazało, że płuca Olbrychskiego nie noszą nawet śladu trucizny.
Dobrze, że nie jestem Olbrychskim. Czułbym się nieswojo wiedząc, że ktoś przeze mnie został świętym.
Etykiety:
Daniel Olbrychski,
Jan Paweł II
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































