środa, 10 kwietnia 2013

Większościowe wykluczenie

      Powodowany obowiązkiem, obejrzałem dzisiaj najnowszy odcinek telewizyjnego show Kuby Wojewódzkiego, a właściwie pierwszą część w której gościem był Piotr Żyła: nieporadny językowo, ale podobno fantastycznie sobie poczynający skoczek ze Śląska. Żyła opowiadał o swoim zdumieniu szybko rosnącą ilością polubień jego strony na Facebooku. Wojewódzki zauważył, że Piotr Żyła może być drugim poza nim samym Polakiem, który dorobi się miliona fanów na FB.
      Nie lubiłem Kuby Wojewódzkiego i raczej nie polubię, a zwłaszcza, co się tyczy Facebooka. Jednak informacja, że co czterdziesty Polak (wliczając bardzo małe dzieci, bardzo starych starców i komputerowych analfabetów) lubi Wojewódzkiego na tym konkretnym portalu, zrobiła na mnie duże wrażenie. Poczułem, że należę do wykluczonej, trzydziestodziewięciomilionowej grupy Polaków, którzy wskutek jakiegoś defektu lub ułomności nie lubią tego pyskatego okularnika, w rażąco sztuczny sposób udającego sympatię do swoich gości.

niedziela, 31 marca 2013

Nacutio nasza, czyli ogłoszenia tużpasterskie

Msza święta rezurekcyjna. Wszystko było jak trzeba, chłonąłem atmosferę do momentu, kiedy na znak pokoju obcy ludzie zaczęli mi ściskać dłoń. Okropność.

Pierwszy raz widziałem procesję wewnątrz kościoła. Na zewnątrz zimno, śnieg jak na Boże Narodzenie, więc ksiądz dobrodziej podjął jedyną słuszną decyzję, żeby zamiast gonić ludzi dookoła świątyni, zrobić dla chętnych trzy rundy między krzesłami. Większość jednak wobec takiej taryfy ulgowej poszła na całość i asystowała procesji „stacjonarnie” – w obawie przed utratą miejsca do siedzenia.

           Wcześniej jednak ksiądz dobrodziej wytłumaczył, że tam z boku, obok kopii grobu Pana, stoi dwóch strażników, którzy zaraz odegrają scenę sprzed dwóch tysięcy lat, przestraszą się i z wielkim hukiem zaczną uciekać. Faktycznie, zrobił się wielki huk, bo dwaj przebierańcy najpierw rzucili się na marmurową podłogę, a potem tupiąc i stukając niemiłosiernie, przegalopowali przez całą świątynię. Kiedy ponownie spojrzałem na dobrodzieja, w jego ręku zobaczyłem aparat fotograficzny.

piątek, 29 marca 2013

Skrupuły

Przeczytałem, że jednym z dowodów przydatnych podczas procesu beatyfikacji Jana Pawła II ma być cudowne uzdrowienie Daniela Olbrychskiego. Ten świetny aktor był wieloletnim palaczem i kiedy umarł papież, modlił się do zmarłego prosząc o pomoc w wyjściu z nałogu. Jakoż walka z nikotyną udała się, a prześwietlenie wykazało, że płuca Olbrychskiego nie noszą nawet śladu trucizny.

Dobrze, że nie jestem Olbrychskim. Czułbym się nieswojo wiedząc, że ktoś przeze mnie został świętym.

piątek, 1 marca 2013

Magia internetu

Podobno teraz jednego dnia człowiek otrzymuje taką porcję informacji, jaką w dawniejszych czasach ciułał przez całe życie. Ja tymczasem nie mogę wybaczyć internetowi, że mi zepsuł magiczny stosunek do liczby stron w książce. Kiedyś, nawet wyrwany ze snu, natychmiast potrafiłem odpowiedzieć na której stronie książki się znajduję.


sobota, 9 lutego 2013

Za sprawą Anny Grodzkiej głośno ostatnio o miłośnikach białego szaleństwa

Tekst jest tak głupi, że komentowanie go to strata czasu. Filipa Memchesa kompromituje wulgarne podejście do tematu i nieumiejętność wyciągania logicznych wniosków. Podejrzewam jednak, że za tzw. lead nad swoim tekstem odpowiada redaktor "wydający" materiał, więc akurat ta kompromitacja jest być może autorowi oszczędzona. "Za sprawą posłanki Ruchu Palikota głośno ostatnio w Polsce o transseksualizmie"... Bo oczywiście Anna Grodzka najgłośniej o nim krzyczy. Przydałby się jakiś słownik klisz dziennikarskich, które zubożając język dziennikarzy, jednocześnie formatują umysły czytelników tak, że w końcu dziennikarz i czytelnik porozumieją się za pomocą tych samych podstawowych związków frazeologicznych. Tymczasem za sprawą zimy na topie jest śnieg, który jak wiadomo, "cieszy miłośników białego szaleństwa".

czwartek, 7 lutego 2013

Jałowy felieton



Słowo „jałowy” robi ostatnio olbrzymią wprost medialną karierę i zapładniając umysły publicystów, prowokuje ich do produkowania kolejnych komentarzy będących odpowiedzią na gwałtowne wystąpienie posłanki Pawłowicz.

„Analiza projektów nasuwa myśl, iż powodem dążenia do legalizacji związku partnerskiego jest głównie chęć skorzystania z przywilejów związanych z małżeństwem: podatkowych, spadkowych, majątkowych, mieszkaniowych, administracyjnych i tym podobnych, ułatwiających życie. Społeczeństwo nie może jednak fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku, a tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną” – powiedziała w pamiętnym przemówieniu sejmowym.

Bardzo bym chciał zapytać panią Pawłowicz dlaczego nazywa „przywilejami” to, co powinno być prawem każdego człowieka, dlaczego tych „przywilejów” odmawia osobom homoseksualnym oraz czy naprawdę myśli, że pozostała część społeczeństwa posiadając je, wiedzie „słodkie życie”.  Gdyby tak faktycznie było, Polska byłaby krainą szczęśliwości w której źle się żyje wyłącznie homoseksualistom. Bardzo bym też chciał zapytać panią Pawłowicz, dlaczego akurat ta grupa ma być zgoła nie po chrześcijańsku dyskryminowana w społeczeństwie, które sobie słodko żyje na koszt państwa. Tym bardziej, że sama Pawłowicz implicite przyznaje, że wymienione przez nią „przywileje” są w porządku pod warunkiem, że nie korzystają z nich osoby homoseksualne.

Niedorzeczność wypowiedzi posłanki Pawłowicz została w ciągu ostatnich kilku dni obnażona i ośmieszona nie tylko przez rzeczowe komentarze, ale także przez niezliczoną ilość „celnych ripost” produkowanych przez nie znających litości internautów. Internet od nich aż huczy, więc dokładanie swojej cegiełki to kopanie leżącego. Wprawdzie Tomek Piątek słusznie zauważył, że jest to „kopanie leżącego, który kopie leżącego, więc może warto”, ale z drugiej strony znęcanie się nad tym, co powiedziała, jest po tej ilości komentarzy czynnością najzupełniej jałową. Mylę się, była taka już od początku! Trudno bowiem przypuścić, żeby posłanka, która z takim tupetem zlekceważyła zasady logicznego myślenia zrozumiała w którym momencie się pomyliła. Zamiast zatem rozmawiać z panią Pawłowicz, lepiej użyć jej wypowiedzi jako instruktywnego przykładu z jaką pogardą dla śmieszności potrafi ogłosić własną kapitulację intelekt osoby z tytułem naukowym. Czasami po prostu najlepszy sposób, żeby ośmieszyć człowieka, to zacytować go.

Także brutalna i w gruncie rzeczy kompromitująca każdego, kto sobie ceni własną przyzwoitość wypowiedź o Annie Grodzkiej otrzymała już potężną porcję komentarzy, często zresztą niepotrzebnych. To sprawa kultury osobistej posłanki Pawłowicz i rozważanie tego na płaszczyźnie politycznej lub ideologicznej, to przydawanie inwektywom wartości na jakie ze wszech miar nie zasługują.

Dolary przeciwko orzechom, że posłanka Pawłowicz powiedziała głośno i prostacko to, co spora część posłów, a i społeczeństwa także, myśli w skrytości i niekoniecznie w sposób bardziej subtelny.  Oceniając wypowiedź Pawłowicz w kategoriach politycznych rychło zatem zostalibyśmy zmuszeni do aksjologicznego i merytorycznego porachowania się z homofobią i transfobią dziesiątków (setek?) posłów i tysięcy (milionów?) Polaków.

Jej stanowisko nie jest wyjątkiem. Wyjątkiem jest niewyparzony, zgoła chamski język posłanki, choć i co do tego nie ma pewności.

Możliwe, że Anna Grodzka nie zostanie wicemarszałkinią. Możliwe, że konserwatyści mają rację: jej kandydatura to prowokacja nie mająca nic wspólnego z jej kompetencjami. Co prawda jest to miecz obosieczny (tutaj przykład), ponieważ natychmiast się rodzi pytanie o kompetencje krytyków tej kandydatury, ale operacyjnie weźmy to za dobrą monetę: ta kandydatura to prowokacja, Grodzką zaproponowano na urząd ze względu na jej płciowość. Cóż to za kraj w którym takie właśnie sprawy stają się kontrowersją urastającą do rangi problemu państwowego? Cóż to za kraj w którym szokuje tożsamość płciowa wicemarszałka? A przecież nie szokowałaby, gdyby rzeczona tożsamość była traktowana jako prywatna, nie podlegającą debacie publicznej sprawa osoby sprawującej dowolną funkcję państwową.

Oto płaszczyzna na której się spotyka wspólne stanowisko przeciwników i zwolenników Anny Grodzkiej na stanowisku wicemarszałkini: wszyscy oni rozumieją, że płeć to narzędzie walki politycznej. Jest to kwestia co do której w zwaśnionych obozach panuje pełna zgoda. Rozumieją dlaczego można prowokować płcią i się na płeć oburzać. Dlaczego można walczyć płcią. Co prawda płeć jest narzędziem walki politycznej przynajmniej od stu lat, ale tutaj mamy do czynienia z osobliwą, niespotykaną wcześniej transformacją wysiłku emancypacyjnego. Wcześniej chodziło o uznanie płci w przestrzeni publicznej, a konkretnie o uznanie kobiety równej w prawach społecznych mężczyźnie. Obecnie walka płcią na forum publicznym toczy się o uznanie płci za prywatną sprawę człowieka, a więc o wycofanie jej ze sfery publicznej. I być może właśnie dlatego Anna Grodzka powinna zostać wicemarszałkinią, by już więcej nie pytano o płeć polityka decydującego o sprawach publicznych.

Ten paradoks domaga się szerszego rozpoznania: użycie płci jako narzędzia walki o to, by płeć już nigdy więcej nie była narzędziem walki. I to akurat nie jest jałowa walka.

niedziela, 25 listopada 2012

GMO a koniec świata

      Czytam właśnie, że znana i skandalizująca piosenkarka protestowała przed pałacem prezydenckim przeciwko ustawie dotyczącej GMO. Według tejże ustawy produkty pochodzące z roślin genetyczne modyfikowanych nie będą musiały być specjalnie oznaczane, co w praktyce pozbawi konsumenta prawa wyboru i doprowadzi do niekontrolowanego mieszania się roślin naturalnych z modyfikowanymi.

      Newsem był nie zorganizowany protest, ale udział w nim znanej piosenkarki. Bez wątpienia jej oddziaływanie - przynajmniej na media - jest większe, niż anonimowego eksperta tysiąc razy lepiej rozumiejącego zagrożenia płynące z GMO. Być może jesteśmy niebezpiecznie blisko chwili w której koniec świata będą mogli powstrzymać już tylko celebryci.