poniedziałek, 25 września 2017

Audio Vintage Poland Meeting - recenzja

W potocznej świadomości audiofil to ktoś, kto wymienia półmetrowy kawałek kabla za trzydzieści tysięcy na półmetrowy kawałek kabla za czterdzieści tysięcy i twierdzi, że słyszy różnicę. Prawda jest taka, że nie słyszy, ale za nic w świecie się do tego nie przyzna. Wróć, różnica jest, ale on jej nie słyszy. Jeszcze inaczej: różnicy nie ma, ale on słyszy ją doskonale. Ok, zapomnijmy. Najprawdziwsza prawda jest taka, że nie mam pojęcia, kim jest audiofil poza tym, że – etymologiczne – to ktoś, kto kocha dźwięki, ale nie każde, tylko te dobrej jakości.

Blisko pięćdziesięciu chłopa i cztery kobiety zjechały w piątek do Hotelu Magnat w Jacentowie koło Ostrowca Świętokrzyskiego na Drugi Audio Vintage Poland Meeting. Spotkanie odbyło się z inicjatywy Piotra Walendowskiego, założyciela grupy na Facebooku, której nazwę chyba tylko on potrafi zapamiętać: Audio Vintage-Hi-Fi-High End-DIY-Tube-Amplifiers-Speakers. Słuchaliśmy muzyki, sprzętu i siebie nawzajem (w dowolnej kolejności) aż do niedzieli.


Ze względu na brak umiejętności bilokacji nie byłem w stanie uczestniczyć we wszystkich atrakcjach zlotu, więc moja relacja siłą rzeczy będzie szczątkowa i – mam nadzieję – pozostawi pewien niedosyt, który być może ktoś jeszcze zdecyduje się zaspokoić. Sal do dyspozycji audiofilów było cztery. Sala Audio Vintage, gdzie utworzono wystawę sprzętu vintage; sala Haiku Audio – tu prezentowała swoje wzmacniacze krakowska manufaktura Haiku Audio, których słuchaliśmy na kolumnach naszego sponsora, firmy Tonsil; sala vintage, w której firma Nomos ustawiła dwa kompletne zestawy audio sprzed lat (wielu) oraz sala cyfrowa z najnowszymi odtwarzaczami strumieniowymi firmy o wytwornej nazwie Cocktail Audio.

Największy ruch panował na ogół w sali Audio Vintage. Czegoż tam nie było! Jeden z kolegów przywiózł swoją (największą w Polsce) kolekcję wertykalnych odtwarzaczy CD. Czy całą, o to już nie zapytałem, ale i tak wyglądała pysznie. Była też wspaniała kolekcja wzmacniaczy i tunerów Kenwooda z lat siedemdziesiątych, gdzie i ja dołożyłem swoją cegiełkę w postaci niniejszej integry. Tak prezentował się mój Ken z niestety nie moją, pardon, nie jego, Barbie.


A jak brzmiały Altusy jednego ze sponsorów imprezy, firmy Tonsil? Źle zadałem pytanie: jak brzmiały Altusy sponsora, który na wieczorek zapoznawczy ufundował alkohol? Genialnie.

Między innymi na tych Altusach mogliśmy posłuchać brzmienia wzmacniacza skonstruowanego przez Jakuba Mizerę. Kontrowersyjny konstruktor, zamiast jak normalny człowiek zbudować wzmacniacz oparty o lampy lub tranzystory, w torze umieścił zwykłe żarówki. Żarówkowiec zagrał nadspodziewanie dobrze i coś mi się wydaje, że – tak jak mówimy o „grających kablach” – już niedługo mówić się będzie o grających żarówkach. Zapytałem Kubę o plany na przyszłość i w tajemnicy mogę zdradzić, że jego następnym projektem będzie wzmacniacz na świeczki. Najmocniejsza wersja będzie pracowała na gromnicach.



Alkohol przygotowany przez sponsora spełnił swój dydaktyczny charakter i umożliwił przekształcenie wieczorku zapoznawczego w warsztaty w podgrupach. Te odbywały się na ogół w pokojach hotelowych i trwały do białego rana. Merytoryczne szczegóły pozwolę sobie przemilczeć, dość powiedzieć, że miałem szalone powodzenie u dziewczyn (Aniu, to nie jest tak, jak myślisz).

Dzień drugi zaczął się grubo po śniadaniu, które obsługa hotelowa z jakiegoś powodu postanowiła podać o zwykłej porze, zamiast w okolicach obiadu. Niektórzy ponoć wstali specjalnie na śniadanie, po czym, wyczerpani spełnieniem obowiązku wobec żołądka, znowu położyli się spać. Ja wstałem przed jedenastą, a skoro wszyscy twardo spali,wybrałem się na samotny spacer. W znalezionym po drodze zajeździe zjadłem pyszny żurek i wyruszyłem na eksplorację Jacentowa. Minąłem boisko, przystanek PKS-u i sklep, ale nic sobie nie pomyślałem. Kiedy przechodziłem koło pola buraków cukrowych pomyślałem sobie, że ostatni raz takie buraki widziałem dobre trzydzieści lat temu. Kiedy mijałem szkołę i bieżnię na boisku szkolnym pomyślałem sobie, że ostatni raz na takiej bieżni biegałem dobre trzydzieści lat temu. Kiedy mijałem remizę strażacką... nic sobie nie pomyślałem, bo zmęczyłem się myśleniem. Zresztą, czas było wracać.

Jakoż w sali zarządzanej przez firmę Nomos trafiłem na test vibrapodów: takich podkładek pod sprzęt, żeby wyeliminować drgania. Podkładki wylądowały pod gramofonem, a my badaliśmy na słuch, czy słyszymy różnicę. Zapewne każdy z nas chciał ją usłyszeć, ale test zakończył się rozczarowaniem: muzyka podawana z gramofonu stojącego o własnych siłach na stoliku brzmiała równie dobrze, co podawana z gramofonu wspartego o podkładki. Uczciwie jednak należy przyznać, że gramofon stał na porządnie stabilizowanym stoliku, zatem podkładki nie były specjalnie potrzebne. Co innego, gdyby ktoś miał fantazję słuchać muzyki ze źródła stojącego na przykład na kanapie, wtedy vibrapody byłyby jak najbardziej wskazane. Ważna uwaga: szukając ich na allegro piszcie „vibrapody” zamiast „wibrapody”. Dlaczego? Sami się przekonajcie, świntuszki.



Sala Nomosu była świadkiem jeszcze jednego wydarzenia, którego doniosłość już teraz przeczuwamy, a którego konsekwencje bez wątpienia zostaną dokładnie opisane w pracy doktorskiej poświęconej grupie Audio Vintage-Hi-Fi-High End-DIY-Tube-Amplifiers-Speakers, jeżeli oczywiście kiedykolwiek taka powstanie. Otóż wśród fantastycznego retro toru audio, ni w pięć nie w dziesięć znalazł się w pewnym momencie najnowszy odtwarzacz CD firmy Marantz kosztujący trzydzieści pięć tysięcy złotych. W ślepym teście porównaliśmy go z liczącym niemal ćwierć wieku innym modelem Marantza, obecnie do kupienia za niecałe dwa tysiące. Te cyfry zresztą nie są ważne, liczyło się brzmienie. I tu – co łatwo można było przewidzieć – wygrał nowy Marantz. Bezkompromisowa konstrukcja zyskała przychylność większości słuchaczy. Nie pamiętam już, kto wpadł na iście diabelski pomysł, żeby brzmienie cedeka za cenę nowego samochodu małolitrażowego porównać z Foniką za cenę czterech flaszek wódki, ale jego nazwisko powinno zostać wypalone na honorowym miejscu tuż za bramą piekła. Ślepy test i słuchamy prostej konstrukcji wartej obecnie nieco ponad stówę z wyrafinowanym kombajnem muzycznym za trzydzieści pięć tysięcy złotych. Znowu wygrywa ultra drogi Marantz, a przynajmniej tak się wydaje większości z nas. „Łukasz, wciśnij pauzę w Fonice – zaordynował Piotr Walendowski, kiedy niemal każdy z nas tkwił w przekonaniu, że właśnie słuchamy Marantza. Łukasz zastopował Fonikę i... zapadła cisza. Na jakieś pół sekundy, bo potem wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, który jeszcze długo niósł się po okolicy. Niepozorna Fonika wsunęła się w miejsce Marantza i przekonała nas, że zachwycamy się brzmieniem nowoczesnego odtwarzacza. Jak to się stało, że niemal jednogłośnie uznaliśmy wyższość taniutkiego i leciwego odtwarzacza nad wartą majątek hi-endową maszyną? Tego nie wiem, ale bądźmy szczerzy: zdanie czterdziestu rozluźnionych facetów, niektórych nawet podpitych, nie może być miarodajne. A nie, przepraszam, może. Właśnie sprawdziłem, ceny Fonik na allegro gwałtownie podskoczyły.

Skołatane ślepym testem nerwy leczyłem w najbardziej kulturalnej sali, sali Haiku Audio. Maestro Wiktor Krzak osobiście celebrował odsłuch, więc doznania były tyleż wyrafinowane, co zwalające z nóg, niczym siwucha na wiejskiej zabawie. Zwłaszcza zwalało z nóg brzmienie pewnych szerokopasmowych kolumn DIY autorstwa Tomasza Rondio, bezwstydnie odsłaniających swoje wdzięki w parze z jednym z kilku lampowych wzmacniaczy made by Haiku Audio. Pomimo swojej szczupłości prezentowały niezwykle szeroką scenę i ubóstwo basów rekompensowały z nawiązką detalicznością i bezpośredniością podania dźwięku. Słowo daję, niemal czuło się obecność trąbki Milesa Davisa w pokoju, jego oddech, a także – dlaczego nie – zapach jego wody kolońskiej. Najbardziej zachwycony nimi był Rafał, jego ocierająca się o orgazm ekstaza była gotowa zaprowadzić go do bankomatu, na szczęście na miejscu było wystarczająco dużo alkoholu, żeby ustalił na nowo swoje priorytety i po prostu napił się wódki. Nie wiem, czy następnego dnia rano zrewidował swoje wieczorne uniesienia, bo wstyd przyznać, nie zapytałem.




Aniśmy się obejrzeli, a nastąpił ostatni, trzeci dzień zlotu. Wtedy przypomniałem sobie, że ani razu nie zajrzałem do sali cyfrowej. Czem prędzej naprawiłem to karygodne zaniedbanie i nie pożałowałem. Sprzęt marki Cocktail Audio (z której nazwy niektórzy lekko sobie dworowali) oferował fantastyczne warunki odsłuchowe. Muzyka z Tidala (co to w ogóle jest?) brzmiała soczyście, jędrnie i była niczym arbuz w który wgryzamy się głęboko bez troski o umorusaną buzię. Zażyczyłem sobie najnowszą Metallicę i moje życzenie zostało spełnione, więc mogłem porównać brzmienie drogich klocków z moim domowym audio. Cóż, tu nie było powtórki z testu Marantza, mój sprzęt sromotnie przegrał. Może powinienem kupić sobie zabytkową Fonikę? Byłaby to niegłupia myśl, ale z powodów opisanych powyżej obecnie stać mnie najwyżej na nowego Marantza.

Po obiedzie nastąpiło uroczyste rozwiązanie konkursu. Liczba nagród niemal przewyższała liczbę uczestników, więc przy odrobinie szczęścia można było wygrać parę kolumn Altus 300 albo płytę kompaktową znanego i lubianego zespołu Akcent. I wtedy zorientowałem się, że na ostatnie, kluczowe pytanie, odpowiedziałem źle. Sromota byłaby ogromna, gdyby została wylosowana moja kartka, a tam zła odpowiedź. Byłem tedy zapewne jedyną osobą na sali, która marzyła, żeby jej kartka nie została wylosowana. Uff, udało się. Przy takiej liczbie nagród to nie lada wyczyn i Jarek Jasiński, który wygrał nagrodę główną, jawi się przy mnie jako człowiek o przeciętnym szczęściu.




Dobrze było przyjechać na Audio Vintage Poland Meeting i zamienić byty internetowe na ludzi z krwi i kości. Dobrze było poznać osobiście Piotra Walendowskiego, człowieka o wielkim sercu, ogromnej wiedzy i jeszcze większej pokorze. Jego talent do wzbudzania w innych entuzjazmu i zarażania ich swoją pasją jest tak duży, że aż dziwne, że został elektronikiem, zamiast skończyć jako kaznodzieja. Na szczęście dla nas nie poszedł tą drogą.

Cieszę się, że poznałem Michała Potockiego. Jego spontaniczność i poczucie humoru bez problemu zapewniłyby mu miejsce na krajowej scenie stand upu, co bez wątpienia byłoby z korzyścią dla sceny, choć niekoniecznie dla Michała.

Z radością poznałem wreszcie osobiście człowieka o podstępnym pseudonimie Pumcat Moh (Piotrze, my się jeszcze nieraz policzymy i to niech wystarczy za komentarz).

Miałem okazję porozmawiać z Wiktorem Krzakiem z Haiku Audio. Wiktor imponuje wiedzą i kulturą osobistą, ale gdyby przyszedł do mnie do sklepu kupić piwo zażądałbym okazania dowodu osobistego.

Uciąłem też sobie pogawędkę z Maciejem Stempurskim, przy czym okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niźli zrazu się wydawało. Recenzja Maćka ze zlotu będzie miała zapewne więcej sensu od mojej.

Dziękuję za możliwość uczestniczenia w zlocie. Piotr Walendowski, Michał Potocki i Mikołaj Bartosz włożyli mnóstwo serca i pracy w to, żeby wszystko zapiąć na ostatni guzik. Mają przy tym teraz niezły zgryz, bo rozochoceni zlotowicze już pytają o termin kolejnego spotkania.

Specjalne podziękowania dla Viki Piktel, która na zlocie była incog... in koguto. Vika bezpiecznie zawiozła nas i przywiozła ze zlotu, a kiedy w drodze powrotnej lekko przysypialiśmy, ona jedna nie raczyła być senna.



1 komentarz:

  1. Powtórzę się.... No dobra, to kiedy następne?

    OdpowiedzUsuń