wtorek, 13 lipca 2010
Natchnienie
Tylu, tylu ludzi, których jedyny związek z literaturą jest taki, że ich pospolitość stanowi natchnienie dla naszych tekstów!
niedziela, 11 lipca 2010
Wybory w kratkę
Sprawa jest poważna. Jak alarmuje szefowa poznańskiego klubu PiS Małgorzata Stryjska, kratka przy nazwisku Jarosława Kaczyńskiego na karcie do głosowania była o dwa milimetry mniejsza od kratki przy nazwisku Bronisława Komorowskiego. Wskutek tego osiemdziesięcioletnia ciocia szefowej musiała podrzeć swoją kartę, bo omyłkowo zagłosowała na Komorowskiego. W dodatku kratka Kaczyńskiego była narysowana cieńszą linią, co – jak zauważa Stryjska – „działało na podświadomość głosujących”
Teraz już wiemy, w jaki sposób zdobywa się w Polsce władzę. Nie potrzeba do tego ani sensownych, merytorycznych programów wyborczych, ani szlachetnej przeszłości i imponujących kompetencji, niepotrzebne są kosztowne kampanie wyborcze, nieomal niepotrzebni są nawet wyborcy. Wystarczy odrobina tuszu i wyborcy jak automaty, „omyłkowo” zagłosują na tego, kogo trzeba.
I ten genialny (i tani) sposób na zwycięstwo wynaleziono właśnie u nas, w kraju nad Wisłą. Polska znowu zadziwiła świat.
Zanim jednak otrąbimy zwycięstwo i opatentujemy prosty i efektywny sposób na wygraną w wyborach musimy, jak to bywa w przypadku każdego wynalazku, wpierw rozwiązać pewne trudności natury technicznej. Pierwsza trudność wiąże się z koniecznością posiadania w danym kraju określonej ilości starszych pań ze skłonnościami do stawiania krzyżyków w małych kratkach. Bądźmy bowiem wyrozumiali dla pani Stryjskiej i nie traktujmy jej jak histeryczki, która bez powodu wszczyna alarm. Jest rzeczą oczywistą, że gdyby to był jednostkowy przypadek, sprawa nie warta byłaby wzmianki. Skoro jednak pani Stryjska „zachęca” dziennikarzy do „zbadania sprawy”, wniosek nasuwa się jeden. W Polsce władza zależy od starszych pań. Bo są główną siłą wyborczą. Bo jest ich wystarczająco dużo, żeby swoją liczebnością (choć niekoniecznie wolnym wyborem) ustalić status quo w państwie. Zatem: kto sobie podporządkuje starsze panie, ten sobie podporządkuje państwo. Nie wiem wprawdzie, kto i na podstawie jakich badań doszedł do takich wniosków, ale najwyraźniej uznał je za niepodważalne i w oparciu o nie skonstruował szatański plan, który jak wiemy zakończył się sukcesem. Bo starsze panie jak jeden mąż (właściwie jak jedna żona, babcia, kochanka, wdowa, etc.) zagłosowały na Komorowskiego. Nie przewidziano tylko jednego. Że ciocia pani Stryjskiej wykaże się niespotykaną u starszych pań przenikliwością i w porę dostrzeże oszustwo (podarła kartę!). Brawa dla cioci! Być może ten drobny incydent przy urnie będzie na miarę owego drobnego incydentu w hotelu Watergate. Incydent uruchomił efekt lawiny, która jak pamiętamy z historii, skutecznie zmiotła z urzędu prezydenta USA, Richarda Nixona.
Są już pierwsze efekty lawiny. Pani Stryjska otrzymała „dwa maile i trzy telefony” w tej sprawie. To wyraźny sygnał, że społeczeństwo zauważyło manipulację.
Kolejna trudność również nie jest błaha i bez wątpienia również się wiąże z tymi samymi tajemniczymi badaniami w których meandry pani Stryjska jakimś sposobem została wprowadzona. Bo nie sądzę, żeby wskutek własnego widzimisię twierdziła, że wyborca o ugruntowanych poglądach, zdecydowany na kogo oddać głos, jak tylko zobaczył kartę do głosowania z wybrakowaną kratką przy nazwisku Kaczyńskiego, otrzymał podświadomy imperatyw: głosuj na Komorowskiego! Jednak najwyraźniej tak było i znaczna część społeczeństwa uległa podprogowej manipulacji. Doprawdy, rad bym poznać owe badania, na których oparła się pani Stryjska. Rad bym poznać zależność pomiędzy wielkością kratki a nazwiskiem kandydata. Dlaczego akurat grubsza kratka jest lepsza od cieńszej? Czy cieńsze kratki działały wyłącznie na podświadomość starszych pań, czy całego społczeństwa? Czy te wybory były eksperymentem społecznym, czy już gdzieś wcześniej działanie kratek zostało przetestowane? Pytań jest bez liku i kiedy otrzeźwione społeczeństwo słusznie wymusi powołanie speckomisji, sprawa owych badań będzie musiała zostać wyjaśniona w pierwszej kolejności. Kto i gdzie je przeprowadził i skąd pani Stryjska miała do nich dostęp?
Żeby była jasność. Nie jestem paranoikiem i nie dopatruję się wszędzie układu, spisku, etc. Ale przecież jakieś badania musiały istnieć i na nich oparła swoje wnioski pani Stryjska. W przeciwnym razie rzeczona pani nie wie co mówi, a zarzuty o manipulację są jedynie desperacką próbą siania zamętu. Bo albo była manipulacja i Komorowskiego (lub przynajmniej ludzi odpowiedzialnych za jego kampanię) należy wsadzić do ciupy, albo pani Stryjska postanowiła zasłużyć sobie na trwałe miejsce w Polskiej Anegdocie Politycznej (jeżeli jeszcze nie ma takiego pojęcia, to je właśnie wymyśliłem), tuż obok Ewy Sowińskiej, która odkryła, że jeden z Teletubisiów, Tinky Winky, jest gejem, bo nosi torebkę, a nie jest dziewczynką.
Napisałem „wsadzić do ciupy”? Oczywiście, że za kratki! Najlepiej grube. Jednak prywatnie jestem za tym, żeby sprawę wyciszyć, pozbyć się komplikacji, a osobom domagającym się wyjaśnienia „jak jest naprawdę”, zatkać usta. Bo nade wszystko zależy mi na patencie. Chcę usłyszeć i zobaczyć, jak światowe serwisy informacyjne jednym głosem mówią: Polska znów zadziwiła świat! Pięknie będzie…
poniedziałek, 5 lipca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Zły obywatel
Dojść do takiego stanu skupienia wewnętrznego, że się nie pamięta nawet nazwiska aktualnie panującego władcy.
Ów zachwyt na twarzy mojej znajomej, kiedy w początkach prezydentury Lecha Kaczyńskiego pomyliłem się i powiedziałem „prezydent Kaczkowski”. Znajoma, wróciwszy właśnie z wielomiesięcznego pobytu w Ameryce Południowej, dopiero po powrocie dowiedziała się, że w Polsce nastąpiła zmiana władzy i z najwyższym trudem znosiła wszechobecne „nowinki” polityczne. Powód? Wróciła nie do swojego świata i tylko na chwilę. Jej własny świat pochłaniał ją do tego stopnia, że wszystko inne było niuansem.
Istnieje wcale liczna i najczęściej niedoceniana grupa ludzi, którzy zaabsorbowani sprawami ducha, kultury lub nauki, odnajdą się w dowolnym niereżimowym systemie bez potrzeby włączania w jego afirmację lub negację. Inteligentni i przenikliwi, czują potrzebę zmiany świata, owszem, ale własnego. Subtelny badacz Heideggera i błyskotliwy politolog niekoniecznie żyją w tym samym świecie, choć mają te same uprawnienia wyborcze. Dla pierwszego sprawą kapitalnej wagi będzie kwestia przezwyciężenia metafizyki na gruncie rozumu zachodnioeuropejskiego; drugi nie spocznie, dopóki kraj nie pozna jego komentarza do aktualnych wydarzeń politycznych. Kupują książki w tych samych księgarniach, ale lektury pierwszego nigdy się nie pokryją z lekturami drugiego.
To nieprawda, że świat zmieniają nieliczni i wyłącznie wskutek inicjatyw odgórnych. To rzadkość, prawda, że nad wyraz chętnie podkreślana w podręcznikach historii. Wszelako większość ważnych zmian w świecie dokonała się powoli, niezauważenie i najczęściej przy dużej dozie nieświadomości bohaterów tych zmian. Ludzi, którym dość było pragnąć uporządkować swój własny świat, żeby, niejako przy okazji, porządkować świat innych. Którzy mierzyli się ze strukturalnymi dolegliwościami porządku społecznego wyłącznie jako osobistymi wyzwaniami. Brakuje przedszkoli? Nie walcząc z tym brakiem, zrobią wszystko, żeby dla swojego dziecka znaleźć miejsce w którejś z tych deficytowych placówek. Jako kobiety zarabiają mniej? No to poszukają pracy, w której zarobią więcej. Z jakiegoś powodu doświadczają wykluczenia społecznego? Więc napiszą książkę o szacunku dla Innego.
Tak rzadko doceniane inicjatywy oddolne, podejmowane przez ludzi, którzy pozornie „nie robią nic”. Owszem, poza tym, że zmieniają świat, w pierwszym rzędzie własny. Profesor Cezary Wodziński, zapytany w którymś z wywiadów o poglądy polityczne powiedział: „Nie jestem ani z lewa, ani z prawa. Jestem z Ublika”. (Ublik – wieś na Mazurach). I oto w Lublinie na wykłady profesora Wodzińskiego z cyklu „Jak żyć”, każdorazowo przybywają tłumy zainteresowanych. I to pomimo (a może właśnie dlatego), że Wodziński ani słowem się nie zająknie o polityce – jak to? Można żyć bez polityki? Nietzsche: „Oto artysta, jakiego lubię, dwóch tylko pragnie rzeczy: swego chleba i swej sztuki”… kapitalna charakterystyka inicjatyw oddolnych. Tak budują świat ludzie, którzy pozornie nie robią „nic”.
Nie dajmy się zwieść bałamutnym twierdzeniom, że głosowanie to nasz obowiązek, bez mała święty. Że nie po to mamy demokrację, żeby teraz lekkomyślnie ignorować jej zdobycze. Rzeczona bałamutność ma przynajmniej podwójny charakter. Po pierwsze, dochodzi tu do radykalnego pomieszania praw i obowiązków obywateli. Prawo do głosowania gwarantuje nam Konstytucja, ale bynajmniej do tego nie zmusza. Ładnie by wyglądało nasze społeczeństwo, gdyby ludzi wsadzano do ciupy lub przynajmniej karano grzywną za złamanie Konstytucji poprzez odmowę skorzystania z jakiegoś prawa (gwarantowanego zresztą przez tęże Konstytucję). A przecież prawo tym się różni od obowiązku, że daje możliwość wyboru; zatem prawo do głosowania jest równo-prawne z prawem do niegłosowania. Doprawdy, nie można mieć nikomu za złe, że skorzystał ze swojego prawa, jakiekolwiek by ono było.
Bałamutność drugiego rodzaju jest bardziej subtelna i wyrafinowana. Najczęściej też umyka umysłowości poddanej ideologicznemu i moralnemu szantażowi: nie podoba ci się demokratycznie wybrany rząd? A głosowałeś? Nie? To do kogo masz pretensje? Intelektualna miałkość takiej argumentacji nie jest łatwa do dostrzeżenia. Wsparta moralnym tuningiem, z całą impertynencją wynikającą z przekonania o własnej słuszności, natychmiast zaczyna sobie rościć prawo do rozstrzygania o słuszności danych postaw społecznych. I ofiara, przygnieciona zręcznie narzuconym poczuciem winy za aktualny porządek społeczny (trzeba było głosować!) ma, mówiąc kolokwialnie, „pozamiatane”.
Bez względu na niewygodę z tym związaną, spróbujmy się jednak zmierzyć z poczuciem winy za bycie „złym obywatelem” i kto wie, może w konsekwencji odrzucić je? Co do mnie, wizyty przy urnie wyborczej poniechałem, ponieważ żaden z liczących się kandydatów nie reprezentuje moich poglądów na świat, społeczeństwo, Boga, policję, etc. Że ewentualnie może moje poglądy reprezentować któryś z nieliczących się kandydatów? – Jakież, u licha, ma to znaczenie? Niedzielę wyborczą znacznie pożyteczniej spędziłem na lekturze, aniżeli tracąc czas na jałową wyprawę do punktu wyborczego, umieszczonego w pobliskim klasztorze.
Konsekwencje? Pospekulujmy. Prezydentem zostaje K., zgodnie zresztą z przewidywaniami. Prezydent K., także zgodnie z przewidywaniami, nie spełnia większości swoich obietnic wyborczych. Nie zajmuje się również sprawami, wprawdzie istotnymi, którymi nie obiecywał się zająć, ale to mu akurat w tym kontekście można „wybaczyć”. Rychło, i zresztą także zgodnie z przewidywaniami, rozczarowuje sporą część swojego elektoratu, nie mówiąc już o pozostałych.
I czyja to wina?
Moja, bo nie głosowałem. Czyżby? A gdybym na niego zagłosował, to przez to zmieniłby się w męża opatrznościowego Polski? Czy byłby nim nawet wtedy, gdybym głosował na któregoś z jego konkurentów? Oddanie przeze mnie głosu, obojętnie jakiego, zbawiłoby Polskę? Należy to powiedzieć wprost: nie istnieje żadna zależność pomiędzy aktem głosowania, a jakością wybranej władzy. Wciąż twierdzicie, że przez to, że nie głosowałem, mamy teraz marnego prezydenta? Sąsiad głosował. Jego głos przecież niegorszy od mojego. Zatem ma prawo czuć się oszukany: głosował, a prezydent jaki jest, taki jest.
Co innego, gdybym ja głosował. Polska byłaby wspaniałym miejscem rządzonym przez wspaniałego człowieka. Czyżby?
Odróżnijmy na zawsze wartość arytmetyczną głosu wyborczego do wartości symbolicznej. Albowiem to właśnie pomieszanie tych dwóch wartości zmusza osoby odmawiajace głosowania do wzięcia na siebie spreparowanej winy i odpowiedzialności za ewentualny fatalny stan rządzenia państwem. Arytmetycznie jest różnica, czy się głosuje na kandydata mającego 43% czy 0,3% poparcia, bo to właśnie preferencje osób upoważnionych do głosowania pozwoliły na uzyskanie takiego wyniku. I dlatego głos głosowi nierówny, albowiem tylko określona pula głosów przełoży się na zadowalający wyborców (i wybranego, rzecz jasna) wynik. Jakiż tedy – z arytmetycznego punktu widzenia – jest sens oddawania głosu, o którym z góry wiadomo, że pójdzie na marne? Doprawdy, zamiast tego lepiej się oddać pouczającej lekturze.
Wartość symboliczna? Jest rzeczą cholernie istotną, że mamy prawo głosować, zarówno na jednego jak i na drugiego kandydata. Symboliczny charakter uczestnictwa w akcie głosowania w jakiś sposób unieważnia słupki sondażowe i zrównuje ze sobą wszystkich kandydatów, niezależnie od poparcia. Zrównuje także, w co trudno uwierzyć, tych, którzy w tym symbolicznym akcie uczestniczą z tymi, którzy uczestnictwa odmawiają. Uczestnictwo w głosowaniu to żadne kryterium zaangażowania społecznego. Zwłaszcza, gdy ma charakter tylko symboliczny. O wiele istotniejsze jest to, co się czyni oprócz, albo wręcz zamiast tego: oddaje lekturze, pisze książkę lub przygotowuje dziecko do przedszkola.
Ów zachwyt na twarzy mojej znajomej, kiedy w początkach prezydentury Lecha Kaczyńskiego pomyliłem się i powiedziałem „prezydent Kaczkowski”. Znajoma, wróciwszy właśnie z wielomiesięcznego pobytu w Ameryce Południowej, dopiero po powrocie dowiedziała się, że w Polsce nastąpiła zmiana władzy i z najwyższym trudem znosiła wszechobecne „nowinki” polityczne. Powód? Wróciła nie do swojego świata i tylko na chwilę. Jej własny świat pochłaniał ją do tego stopnia, że wszystko inne było niuansem.Istnieje wcale liczna i najczęściej niedoceniana grupa ludzi, którzy zaabsorbowani sprawami ducha, kultury lub nauki, odnajdą się w dowolnym niereżimowym systemie bez potrzeby włączania w jego afirmację lub negację. Inteligentni i przenikliwi, czują potrzebę zmiany świata, owszem, ale własnego. Subtelny badacz Heideggera i błyskotliwy politolog niekoniecznie żyją w tym samym świecie, choć mają te same uprawnienia wyborcze. Dla pierwszego sprawą kapitalnej wagi będzie kwestia przezwyciężenia metafizyki na gruncie rozumu zachodnioeuropejskiego; drugi nie spocznie, dopóki kraj nie pozna jego komentarza do aktualnych wydarzeń politycznych. Kupują książki w tych samych księgarniach, ale lektury pierwszego nigdy się nie pokryją z lekturami drugiego.
To nieprawda, że świat zmieniają nieliczni i wyłącznie wskutek inicjatyw odgórnych. To rzadkość, prawda, że nad wyraz chętnie podkreślana w podręcznikach historii. Wszelako większość ważnych zmian w świecie dokonała się powoli, niezauważenie i najczęściej przy dużej dozie nieświadomości bohaterów tych zmian. Ludzi, którym dość było pragnąć uporządkować swój własny świat, żeby, niejako przy okazji, porządkować świat innych. Którzy mierzyli się ze strukturalnymi dolegliwościami porządku społecznego wyłącznie jako osobistymi wyzwaniami. Brakuje przedszkoli? Nie walcząc z tym brakiem, zrobią wszystko, żeby dla swojego dziecka znaleźć miejsce w którejś z tych deficytowych placówek. Jako kobiety zarabiają mniej? No to poszukają pracy, w której zarobią więcej. Z jakiegoś powodu doświadczają wykluczenia społecznego? Więc napiszą książkę o szacunku dla Innego.
Tak rzadko doceniane inicjatywy oddolne, podejmowane przez ludzi, którzy pozornie „nie robią nic”. Owszem, poza tym, że zmieniają świat, w pierwszym rzędzie własny. Profesor Cezary Wodziński, zapytany w którymś z wywiadów o poglądy polityczne powiedział: „Nie jestem ani z lewa, ani z prawa. Jestem z Ublika”. (Ublik – wieś na Mazurach). I oto w Lublinie na wykłady profesora Wodzińskiego z cyklu „Jak żyć”, każdorazowo przybywają tłumy zainteresowanych. I to pomimo (a może właśnie dlatego), że Wodziński ani słowem się nie zająknie o polityce – jak to? Można żyć bez polityki? Nietzsche: „Oto artysta, jakiego lubię, dwóch tylko pragnie rzeczy: swego chleba i swej sztuki”… kapitalna charakterystyka inicjatyw oddolnych. Tak budują świat ludzie, którzy pozornie nie robią „nic”.
Nie dajmy się zwieść bałamutnym twierdzeniom, że głosowanie to nasz obowiązek, bez mała święty. Że nie po to mamy demokrację, żeby teraz lekkomyślnie ignorować jej zdobycze. Rzeczona bałamutność ma przynajmniej podwójny charakter. Po pierwsze, dochodzi tu do radykalnego pomieszania praw i obowiązków obywateli. Prawo do głosowania gwarantuje nam Konstytucja, ale bynajmniej do tego nie zmusza. Ładnie by wyglądało nasze społeczeństwo, gdyby ludzi wsadzano do ciupy lub przynajmniej karano grzywną za złamanie Konstytucji poprzez odmowę skorzystania z jakiegoś prawa (gwarantowanego zresztą przez tęże Konstytucję). A przecież prawo tym się różni od obowiązku, że daje możliwość wyboru; zatem prawo do głosowania jest równo-prawne z prawem do niegłosowania. Doprawdy, nie można mieć nikomu za złe, że skorzystał ze swojego prawa, jakiekolwiek by ono było.
Bałamutność drugiego rodzaju jest bardziej subtelna i wyrafinowana. Najczęściej też umyka umysłowości poddanej ideologicznemu i moralnemu szantażowi: nie podoba ci się demokratycznie wybrany rząd? A głosowałeś? Nie? To do kogo masz pretensje? Intelektualna miałkość takiej argumentacji nie jest łatwa do dostrzeżenia. Wsparta moralnym tuningiem, z całą impertynencją wynikającą z przekonania o własnej słuszności, natychmiast zaczyna sobie rościć prawo do rozstrzygania o słuszności danych postaw społecznych. I ofiara, przygnieciona zręcznie narzuconym poczuciem winy za aktualny porządek społeczny (trzeba było głosować!) ma, mówiąc kolokwialnie, „pozamiatane”.
Bez względu na niewygodę z tym związaną, spróbujmy się jednak zmierzyć z poczuciem winy za bycie „złym obywatelem” i kto wie, może w konsekwencji odrzucić je? Co do mnie, wizyty przy urnie wyborczej poniechałem, ponieważ żaden z liczących się kandydatów nie reprezentuje moich poglądów na świat, społeczeństwo, Boga, policję, etc. Że ewentualnie może moje poglądy reprezentować któryś z nieliczących się kandydatów? – Jakież, u licha, ma to znaczenie? Niedzielę wyborczą znacznie pożyteczniej spędziłem na lekturze, aniżeli tracąc czas na jałową wyprawę do punktu wyborczego, umieszczonego w pobliskim klasztorze.
Konsekwencje? Pospekulujmy. Prezydentem zostaje K., zgodnie zresztą z przewidywaniami. Prezydent K., także zgodnie z przewidywaniami, nie spełnia większości swoich obietnic wyborczych. Nie zajmuje się również sprawami, wprawdzie istotnymi, którymi nie obiecywał się zająć, ale to mu akurat w tym kontekście można „wybaczyć”. Rychło, i zresztą także zgodnie z przewidywaniami, rozczarowuje sporą część swojego elektoratu, nie mówiąc już o pozostałych.
I czyja to wina?
Moja, bo nie głosowałem. Czyżby? A gdybym na niego zagłosował, to przez to zmieniłby się w męża opatrznościowego Polski? Czy byłby nim nawet wtedy, gdybym głosował na któregoś z jego konkurentów? Oddanie przeze mnie głosu, obojętnie jakiego, zbawiłoby Polskę? Należy to powiedzieć wprost: nie istnieje żadna zależność pomiędzy aktem głosowania, a jakością wybranej władzy. Wciąż twierdzicie, że przez to, że nie głosowałem, mamy teraz marnego prezydenta? Sąsiad głosował. Jego głos przecież niegorszy od mojego. Zatem ma prawo czuć się oszukany: głosował, a prezydent jaki jest, taki jest.
Co innego, gdybym ja głosował. Polska byłaby wspaniałym miejscem rządzonym przez wspaniałego człowieka. Czyżby?Odróżnijmy na zawsze wartość arytmetyczną głosu wyborczego do wartości symbolicznej. Albowiem to właśnie pomieszanie tych dwóch wartości zmusza osoby odmawiajace głosowania do wzięcia na siebie spreparowanej winy i odpowiedzialności za ewentualny fatalny stan rządzenia państwem. Arytmetycznie jest różnica, czy się głosuje na kandydata mającego 43% czy 0,3% poparcia, bo to właśnie preferencje osób upoważnionych do głosowania pozwoliły na uzyskanie takiego wyniku. I dlatego głos głosowi nierówny, albowiem tylko określona pula głosów przełoży się na zadowalający wyborców (i wybranego, rzecz jasna) wynik. Jakiż tedy – z arytmetycznego punktu widzenia – jest sens oddawania głosu, o którym z góry wiadomo, że pójdzie na marne? Doprawdy, zamiast tego lepiej się oddać pouczającej lekturze.
Wartość symboliczna? Jest rzeczą cholernie istotną, że mamy prawo głosować, zarówno na jednego jak i na drugiego kandydata. Symboliczny charakter uczestnictwa w akcie głosowania w jakiś sposób unieważnia słupki sondażowe i zrównuje ze sobą wszystkich kandydatów, niezależnie od poparcia. Zrównuje także, w co trudno uwierzyć, tych, którzy w tym symbolicznym akcie uczestniczą z tymi, którzy uczestnictwa odmawiają. Uczestnictwo w głosowaniu to żadne kryterium zaangażowania społecznego. Zwłaszcza, gdy ma charakter tylko symboliczny. O wiele istotniejsze jest to, co się czyni oprócz, albo wręcz zamiast tego: oddaje lekturze, pisze książkę lub przygotowuje dziecko do przedszkola.
poniedziałek, 24 maja 2010
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Pogrzeb zaimka
Ilekroć mam jakiś problem, moje pierwsze myśli zawsze kieruję ku cmentarzowi lub, jeżeli okoliczności pozwalają, wybieram się tam na spacer. To właśnie medytacja wśród kamieni pod którymi spoczywają kości pozwala mi znaleźć nie tyle rozwiązanie problemów, lecz przede wszystkim, właściwą dlań perspektywę. Nasze codzienne spojrzenie jest bowiem kompromitująco krótkie: odbija się od najmniejszej przeciwności i wraca z powrotem, jedynie potęgując wrażenie nieszczęścia, jakie nas spotkało. Nieszczęście… cóż my możemy o nim wiedzieć, skoro żyjemy? Jedynie zajęcie nieskończonej perspektywy jakiegoś upadłego boga lub wywyższonego proroka pozwala nam dojrzeć rzeczy we właściwej im optyce jako przypadkowe i nietrwałe, a zatem niewarte większej uwagi. Czymże zatem może być nieszczęście oglądane z perspektywy wieczności, jeżeli nie ulotnym epizodem, niefortunną dygresją lub niedyskrecją czasu, który wskutek jakiegoś nieporozumienia zmuszeni jesteśmy spędzać tu, na ziemi?
Bo i czym jest nieszczęście, jeżeli nie skróceniem perspektywy, epistemologiczną deformacją poznawczą nakazującą nam widzieć bóstwo w czymś, co jest zaledwie raną, a więc otwarciem? Ile trzeba mądrości, żeby zrozumieć, iż rana to dopiero początek?
Już choćby sama pobieżna lektura dat na nagrobkach pokazuje w jak nieubłagany sposób wieczność zrównuje wszystkie nieszczęścia, czyniąc z nich niestosowną anegdotę. „Ironia losu”, „chichot historii” – te idiotyczne i całkiem zasłużenie zbanalizowane powiedzonka, w tej optyce wyjątkowo odsłaniają jednak głębszy sens, nakazując się domyślać, że początek świata być może został opowiedziany jako dowcip. Stwórca z poczuciem humoru? Dlaczego nie? I doprawdy, bez względu na to, czy owym żartownisiem jest Bóg czy Demon, naszą jedyną puentą może być śmierć. Niestety, nie od nas zależy, czy spuentujemy ów żart z klasą…
Cmentarz to jeden z najlepszych wynalazków człowieka. Gdyby nie cmentarz, inny genialny wynalazek, jakim jest Bóg, okazałby się niepełny, zawodny, i w konsekwencji chybiony. No bo i jak długo idea Boga utrzymałaby się w świecie pozbawionym cmentarzy? Jedynie ich nagromadzenie sui generis jako kapsułek wieczności zapewnia idei bóstwa ciągłość trwania. Bez cmentarzy Bóg sam stałby się anegdotą.
A może pozbawić nagrobki informacji o „lokatorach”, zamiast imion i nazwisk, a przede wszystkim dat, jeno puste płyty? Czyż owe chłodne, anonimowe i w jakiś sposób złowieszcze nagromadzenie kości poza czasem nie byłoby bardziej adekwatne dla kontemplacji wieczności? Być może. Wtedy jednak wieczność miałaby charakter par excellence transcendentalny, to znaczy wydarzałaby się poza człowiekiem, poza jego świadomością. Napawałaby chwilowym dreszczem (jak stary nieznany dom w którym czai się coś, nie wiemy co) i pozostawiwszy nieokreślone uczucie niesamowitości, rozpłynęłaby się we wrażeniach. Nagrobne napisy dają nam coś więcej; dają nie tylko do myślenia, ale i do wyobraźni. Wieczność bowiem pojąć możemy wyłącznie przez negację czasu, a więc przez konkret.
(Owa stara chińska przypowieść o małym ptaszku, który raz na milion lat przylatuje na szczyt góry, żeby potrzeć dziobkiem o jej wierzchołek. Otóż wtedy, kiedy ptaszek zetrze górę do samej podstawy, minie jedno mgnienie oka w wieczności).
Konkret uświadamia nam, że to, co robimy i czy w ogóle coś robimy, nie ma żadnego znaczenia. I tak skończym jako nagrobek. Oto, co zostawimy po sobie. Po cóż tedy się trudzić? Jaką wartość mają nasze ambicje. Nic nie ma znaczenia. Jakże stąd blisko do owego buddyjskiego zalecenia nakazującego nie działać, nie stawiać oporu przepływającym wydarzeniom, zachowując przy tym pełną integralność świadomości przygotowującej się na swój rozpad. Gdyby nie moje neurozy, już dawno bym został buddystą.
Zawsze miałem wrażenie, ba, pewność, że Herbert pomylił się straszliwie mówiąc, że należy płynąć pod prąd, albowiem z prądem płyną tylko śmieci. Fatalna pomyłka! Z prądem płynie przede wszystkim woda i to woda jest figurą tao, ważną o tyle, że naśladując wodę, stajemy się harmonijną częścią środowiska. Płynąc pod prąd, nie zyskamy spokoju, owszem, zyskamy jeszcze więcej neuroz, ale tak właśnie jest zaprogramowana nasza śródziemnomorska umysłowość. Gdyby nie to, że czuję się intelektualnym spadkobiercą śródziemnomorskiej tradycji, natychmiast bym zawrócił, pozwalając wodzie unosić moją świadomość.
Jakże iść pod prąd na cmentarzu? Tam stawianie jakiegokolwiek oporu środowisku, próba przechytrzenia absolutu, okazania mu swojej wyższości albo tylko odrębności, oznacza pychę graniczącą z obłędem. Pokora i myślenie wykluczają się, a cmentarz dobitnie nam uświadamia, że świat doskonale sobie radzi bez produkowanych przez nasz umysł idei i nowinek. Skoro tak, po cóż zaznaczać swoją obecność, po cóż pisać? Ja jednak muszę pisać. To mój los.
Swoją drogą, cmentarz to miejsce, gdzie słówko „ja” powinno być zakazane. Prawdę mówiąc, powinno być zakazane w ogóle. Tyle razy sam siebie napominałem, by dochować wierności owej koreańskiej tradycji i tak konstruować swoje myślenie, żeby „ja” całkowicie wyeliminować z języka. A mimo to, po gombrowiczowsku, cały czas przeklęte „ja, ja, ja”. Mojej osobowości wciąż brakuje hartu ducha, brakuje klasy, żeby założyć sobie wewnętrzny cmentarz i już na zawsze pogrzebać owo nieszczęsne słówko. A jednak, z desperacją potępieńca, wciąż mam nadzieję na pogrzeb zaimka, wciąż mam nadzieję, że jakiś cud lub kataklizm pozwolą mi się go pozbyć.
Pogrzeb. Patrząc dzisiaj na trumnę stojącą na katafalku w tej cmentarnej kaplicy, myślałem o tym, że prawdopodobnie i ja się tam kiedyś znajdę. W sposób najzupełniej dosłowny: w tej kaplicy, na tym katafalku. Wyobrazić sobie, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, że jedynie grzebiemy zaimek!
Miał rację Amiel pisząc, że wszystkie nasze odpowiedzi znajdują się na cmentarzu. Dlatego nie pytajcie mnie o sprawy doczesne. Nie znam się na nich. Nie znam się też na sprawach wieczności. O ile jednak wrodzone przywary i neurozy, tłumiona agresja i nędze z których sobie nawet nie zdaję sprawy pozwoliły mi szczęśliwie uniknąć katastrofy mądrości, to – darujcie tę odrobinę nieskromoności – pochlebiam sobie, że przynajmniej znam kierunek w którym wszyscy powinniśmy zwracać swój wzrok. Szukasz odpowiedzi? Oto cmentarz. Medytowanie o nim nie sprawi co prawda, że się staniesz mądrzejszy, ale pozwoli ci mniej dotkliwie odczuwać metafizyczną nędzę.
Bo i czym jest nieszczęście, jeżeli nie skróceniem perspektywy, epistemologiczną deformacją poznawczą nakazującą nam widzieć bóstwo w czymś, co jest zaledwie raną, a więc otwarciem? Ile trzeba mądrości, żeby zrozumieć, iż rana to dopiero początek?
Już choćby sama pobieżna lektura dat na nagrobkach pokazuje w jak nieubłagany sposób wieczność zrównuje wszystkie nieszczęścia, czyniąc z nich niestosowną anegdotę. „Ironia losu”, „chichot historii” – te idiotyczne i całkiem zasłużenie zbanalizowane powiedzonka, w tej optyce wyjątkowo odsłaniają jednak głębszy sens, nakazując się domyślać, że początek świata być może został opowiedziany jako dowcip. Stwórca z poczuciem humoru? Dlaczego nie? I doprawdy, bez względu na to, czy owym żartownisiem jest Bóg czy Demon, naszą jedyną puentą może być śmierć. Niestety, nie od nas zależy, czy spuentujemy ów żart z klasą…
Cmentarz to jeden z najlepszych wynalazków człowieka. Gdyby nie cmentarz, inny genialny wynalazek, jakim jest Bóg, okazałby się niepełny, zawodny, i w konsekwencji chybiony. No bo i jak długo idea Boga utrzymałaby się w świecie pozbawionym cmentarzy? Jedynie ich nagromadzenie sui generis jako kapsułek wieczności zapewnia idei bóstwa ciągłość trwania. Bez cmentarzy Bóg sam stałby się anegdotą.
A może pozbawić nagrobki informacji o „lokatorach”, zamiast imion i nazwisk, a przede wszystkim dat, jeno puste płyty? Czyż owe chłodne, anonimowe i w jakiś sposób złowieszcze nagromadzenie kości poza czasem nie byłoby bardziej adekwatne dla kontemplacji wieczności? Być może. Wtedy jednak wieczność miałaby charakter par excellence transcendentalny, to znaczy wydarzałaby się poza człowiekiem, poza jego świadomością. Napawałaby chwilowym dreszczem (jak stary nieznany dom w którym czai się coś, nie wiemy co) i pozostawiwszy nieokreślone uczucie niesamowitości, rozpłynęłaby się we wrażeniach. Nagrobne napisy dają nam coś więcej; dają nie tylko do myślenia, ale i do wyobraźni. Wieczność bowiem pojąć możemy wyłącznie przez negację czasu, a więc przez konkret.
(Owa stara chińska przypowieść o małym ptaszku, który raz na milion lat przylatuje na szczyt góry, żeby potrzeć dziobkiem o jej wierzchołek. Otóż wtedy, kiedy ptaszek zetrze górę do samej podstawy, minie jedno mgnienie oka w wieczności).
Konkret uświadamia nam, że to, co robimy i czy w ogóle coś robimy, nie ma żadnego znaczenia. I tak skończym jako nagrobek. Oto, co zostawimy po sobie. Po cóż tedy się trudzić? Jaką wartość mają nasze ambicje. Nic nie ma znaczenia. Jakże stąd blisko do owego buddyjskiego zalecenia nakazującego nie działać, nie stawiać oporu przepływającym wydarzeniom, zachowując przy tym pełną integralność świadomości przygotowującej się na swój rozpad. Gdyby nie moje neurozy, już dawno bym został buddystą.
Zawsze miałem wrażenie, ba, pewność, że Herbert pomylił się straszliwie mówiąc, że należy płynąć pod prąd, albowiem z prądem płyną tylko śmieci. Fatalna pomyłka! Z prądem płynie przede wszystkim woda i to woda jest figurą tao, ważną o tyle, że naśladując wodę, stajemy się harmonijną częścią środowiska. Płynąc pod prąd, nie zyskamy spokoju, owszem, zyskamy jeszcze więcej neuroz, ale tak właśnie jest zaprogramowana nasza śródziemnomorska umysłowość. Gdyby nie to, że czuję się intelektualnym spadkobiercą śródziemnomorskiej tradycji, natychmiast bym zawrócił, pozwalając wodzie unosić moją świadomość.
Jakże iść pod prąd na cmentarzu? Tam stawianie jakiegokolwiek oporu środowisku, próba przechytrzenia absolutu, okazania mu swojej wyższości albo tylko odrębności, oznacza pychę graniczącą z obłędem. Pokora i myślenie wykluczają się, a cmentarz dobitnie nam uświadamia, że świat doskonale sobie radzi bez produkowanych przez nasz umysł idei i nowinek. Skoro tak, po cóż zaznaczać swoją obecność, po cóż pisać? Ja jednak muszę pisać. To mój los.
Swoją drogą, cmentarz to miejsce, gdzie słówko „ja” powinno być zakazane. Prawdę mówiąc, powinno być zakazane w ogóle. Tyle razy sam siebie napominałem, by dochować wierności owej koreańskiej tradycji i tak konstruować swoje myślenie, żeby „ja” całkowicie wyeliminować z języka. A mimo to, po gombrowiczowsku, cały czas przeklęte „ja, ja, ja”. Mojej osobowości wciąż brakuje hartu ducha, brakuje klasy, żeby założyć sobie wewnętrzny cmentarz i już na zawsze pogrzebać owo nieszczęsne słówko. A jednak, z desperacją potępieńca, wciąż mam nadzieję na pogrzeb zaimka, wciąż mam nadzieję, że jakiś cud lub kataklizm pozwolą mi się go pozbyć.
Pogrzeb. Patrząc dzisiaj na trumnę stojącą na katafalku w tej cmentarnej kaplicy, myślałem o tym, że prawdopodobnie i ja się tam kiedyś znajdę. W sposób najzupełniej dosłowny: w tej kaplicy, na tym katafalku. Wyobrazić sobie, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, że jedynie grzebiemy zaimek!
Miał rację Amiel pisząc, że wszystkie nasze odpowiedzi znajdują się na cmentarzu. Dlatego nie pytajcie mnie o sprawy doczesne. Nie znam się na nich. Nie znam się też na sprawach wieczności. O ile jednak wrodzone przywary i neurozy, tłumiona agresja i nędze z których sobie nawet nie zdaję sprawy pozwoliły mi szczęśliwie uniknąć katastrofy mądrości, to – darujcie tę odrobinę nieskromoności – pochlebiam sobie, że przynajmniej znam kierunek w którym wszyscy powinniśmy zwracać swój wzrok. Szukasz odpowiedzi? Oto cmentarz. Medytowanie o nim nie sprawi co prawda, że się staniesz mądrzejszy, ale pozwoli ci mniej dotkliwie odczuwać metafizyczną nędzę.
wtorek, 30 marca 2010
Misteria Paschalia
Misteria Paschalia, siódmy festiwal muzyki pasyjnej, dedykowany Bogu: istocie, która jeszcze do niedawna, poza mną samym, zdawała mi się jedyną istotną treścią wartą zgłębiania. A jednak porzuciłem Boga na rzecz bogów pomniejszej próby, rozczarowawszy się Absolutem, jąłem się zmagać z językiem, z jakiegoś powodu uważając, że osiągnięcie doskonałości w tej dziedzinie uczyni mnie… równym Bogu? W ten sposób prokurowałem sobie swoją porażkę, czyniłem przygotowania do własnego, uczciwie wypracowanego upadku, jako że to, co istotne, tak czy owak wydarza się poza językiem, poza jakąkolwiek możliwością wypowiedzi.
Z Bogiem zawsze miałem zwadę z której niekoniecznie wychodziłem przegrany; owszem, zdarzało mi się formułować zarzuty wobec których nawet On był bezradny. Produktem ubocznym tego sui generis przewodu sądowego był esej Kulisy afery applegate, który otworzył mi niejedne filozoficzne drzwi i książka Wstęp do wątpienia, która wypaliwszy mnie wewnętrznie, pozostawiła chłodnym i obojętnym. Bodaj, gdyby odrobina tego żaru przeszła w książkę, rozsadzając stronice i trawiąc umysły czytelników, gdyby się okazała dynamitem… Porażka. Zadaniem książki jest demoralizować czytelnika, siać w nim spustoszenie, usuwać mu grunt spod nóg; książka powinna być z założenia niebezpieczna. Książki, które pozostawiają nas takimi, jakimi byliśmy wprzódy nie są wiele warte.
Z drugiej strony tym, komu książka czyni niewybaczalną krzywdę, niszcząc jego osobowość, wcale nie musi być czytelnik. Niekiedy piszemy książki jedynie po to, by nas samych zdemolowały wewnętrznie. Napisawszy taką, z czystym sumieniem możemy sobie rościć prawo do bycia istotami spełnionymi.
Wróćmy do muzyki. Dla Emila Ciorana, osoby religijnej do granic, i zarazem niewierzącej do bólu, tylko muzyka zaświadczała o istnieniu Transcendencji. Gdyby nie było Boga, należałoby go wymyślić – wszyscy znamy ową oświeceniową maksymę autorstwa Woltera. Należałoby Go wymyślić, bo bez Boga nie byłoby muzyki – dopowiedzmy z pozycji całkiem współczesnych. Bo też z Bogiem wszyscy mamy swoje sprawy – i to bez względu na to, czyśmy wierzący, czy nie. Wystarczy być muzykalnym, wystarczy posłuchać dowolnej kantaty – i już mamy kontakt z Bogiem; zaś to, czy w niego wierzymy, jest sprawą najzupełniej drugorzędną. Ilekroć słucham Buxtehudego albo Bacha aż nadto rozumiem, że mogę się obyć bez innych form wiary; co więcej, nabieram żywego przekonania, że obcowanie z muzyką jest bodaj najwyższą formą obcowania z Transcendencją, bez względu na jej formalną lub teologiczną kwalifikację. I jeżeli nie potrafię tego świata zdyskwalifikować do końca, to wyłącznie ze względu na muzykę, która sugeruje, ba, daje mi pewność, że ten przeklęty już od początku (afera applegate) świat, ma jednak jakąś nadzieję; że istnieje nadzieja na zbawienie; zbawienie – przez muzykę.
Co roku, z nabożeństwem wysłuchuję owych koncertów, które w Wielki Tydzień czynią z Krakowa duchową stolicę świata. Każdego wieczoru – nowy koncert. Bach, Buxtehude, Pergolesi, Couperin, i nade wszystko Vivaldi; „program obowiązkowy”, czyli Stabat Mater w najrozmaitszych opracowaniach, a do tego goście: nieprawdopodobna Roberta Invernizzi, i dalej: Sonia Prina, Sara Mingardo, Jordi Saval, Concerto Italiano, La Poeme Harmonique, Il Giardino Harmonico, Europa Galante i inni, którzy raz przyjechawszy do Krakowa, nie potrafią już do niego niewracać.
Nie podejmuję się opisać tej muzyki słowami, gdyż, jak powiedziałem, Misteria się wydarzają poza słowami. Na początku było Słowo… Jakiż to był upadek rzeczonego Słowa, kiedy tylko pozwoliło się wypowiedzieć! Muzyka przywraca odwieczny porządek, harmonia praestabilita, czy też mówiąc dokładniej, przenosi nas przed Słowo, do czasów poprzedzających Boga, czasów doskonałości. Jakżeż umniejszył się Bóg, czyniąc się Słowem! Trudno doprawdy rozstrzygnąć, czy był to wyraz bezbrzeżnej naiwności Boga, czy też zaważyły inne względy. Dość, że od tej pory Bóg zasmakował w umniejszaniu się, kończąc wreszcie na krzyżu jako pospolity śmiertelnik. Muzyka cofa nas do czasów sprzed owego zgubnego nałogu, który okazał się fatalny zarówno dla Boga, jak i dla człowieka. Muzyka cofa nas do czasów, kiedy coś równie niedoskonałego jak Słowo i równie naiwnego jak Bóg, było czymś niesłychanym, nie do pomyślenia; było skandalem. W związku z tym należałoby się cieszyć z ułomności Boga, któremu zabrakło klasy i który wskutek przyrodzonej słabości wymusił na gatunku ludzkim wynalezienie jakichś środków zaradczych. I to właśnie Muzyka okazała się najlepszym lekarstwem na niedoskonałość Boga.
Z Bogiem zawsze miałem zwadę z której niekoniecznie wychodziłem przegrany; owszem, zdarzało mi się formułować zarzuty wobec których nawet On był bezradny. Produktem ubocznym tego sui generis przewodu sądowego był esej Kulisy afery applegate, który otworzył mi niejedne filozoficzne drzwi i książka Wstęp do wątpienia, która wypaliwszy mnie wewnętrznie, pozostawiła chłodnym i obojętnym. Bodaj, gdyby odrobina tego żaru przeszła w książkę, rozsadzając stronice i trawiąc umysły czytelników, gdyby się okazała dynamitem… Porażka. Zadaniem książki jest demoralizować czytelnika, siać w nim spustoszenie, usuwać mu grunt spod nóg; książka powinna być z założenia niebezpieczna. Książki, które pozostawiają nas takimi, jakimi byliśmy wprzódy nie są wiele warte.
Z drugiej strony tym, komu książka czyni niewybaczalną krzywdę, niszcząc jego osobowość, wcale nie musi być czytelnik. Niekiedy piszemy książki jedynie po to, by nas samych zdemolowały wewnętrznie. Napisawszy taką, z czystym sumieniem możemy sobie rościć prawo do bycia istotami spełnionymi.
Wróćmy do muzyki. Dla Emila Ciorana, osoby religijnej do granic, i zarazem niewierzącej do bólu, tylko muzyka zaświadczała o istnieniu Transcendencji. Gdyby nie było Boga, należałoby go wymyślić – wszyscy znamy ową oświeceniową maksymę autorstwa Woltera. Należałoby Go wymyślić, bo bez Boga nie byłoby muzyki – dopowiedzmy z pozycji całkiem współczesnych. Bo też z Bogiem wszyscy mamy swoje sprawy – i to bez względu na to, czyśmy wierzący, czy nie. Wystarczy być muzykalnym, wystarczy posłuchać dowolnej kantaty – i już mamy kontakt z Bogiem; zaś to, czy w niego wierzymy, jest sprawą najzupełniej drugorzędną. Ilekroć słucham Buxtehudego albo Bacha aż nadto rozumiem, że mogę się obyć bez innych form wiary; co więcej, nabieram żywego przekonania, że obcowanie z muzyką jest bodaj najwyższą formą obcowania z Transcendencją, bez względu na jej formalną lub teologiczną kwalifikację. I jeżeli nie potrafię tego świata zdyskwalifikować do końca, to wyłącznie ze względu na muzykę, która sugeruje, ba, daje mi pewność, że ten przeklęty już od początku (afera applegate) świat, ma jednak jakąś nadzieję; że istnieje nadzieja na zbawienie; zbawienie – przez muzykę.
Co roku, z nabożeństwem wysłuchuję owych koncertów, które w Wielki Tydzień czynią z Krakowa duchową stolicę świata. Każdego wieczoru – nowy koncert. Bach, Buxtehude, Pergolesi, Couperin, i nade wszystko Vivaldi; „program obowiązkowy”, czyli Stabat Mater w najrozmaitszych opracowaniach, a do tego goście: nieprawdopodobna Roberta Invernizzi, i dalej: Sonia Prina, Sara Mingardo, Jordi Saval, Concerto Italiano, La Poeme Harmonique, Il Giardino Harmonico, Europa Galante i inni, którzy raz przyjechawszy do Krakowa, nie potrafią już do niego niewracać.
Nie podejmuję się opisać tej muzyki słowami, gdyż, jak powiedziałem, Misteria się wydarzają poza słowami. Na początku było Słowo… Jakiż to był upadek rzeczonego Słowa, kiedy tylko pozwoliło się wypowiedzieć! Muzyka przywraca odwieczny porządek, harmonia praestabilita, czy też mówiąc dokładniej, przenosi nas przed Słowo, do czasów poprzedzających Boga, czasów doskonałości. Jakżeż umniejszył się Bóg, czyniąc się Słowem! Trudno doprawdy rozstrzygnąć, czy był to wyraz bezbrzeżnej naiwności Boga, czy też zaważyły inne względy. Dość, że od tej pory Bóg zasmakował w umniejszaniu się, kończąc wreszcie na krzyżu jako pospolity śmiertelnik. Muzyka cofa nas do czasów sprzed owego zgubnego nałogu, który okazał się fatalny zarówno dla Boga, jak i dla człowieka. Muzyka cofa nas do czasów, kiedy coś równie niedoskonałego jak Słowo i równie naiwnego jak Bóg, było czymś niesłychanym, nie do pomyślenia; było skandalem. W związku z tym należałoby się cieszyć z ułomności Boga, któremu zabrakło klasy i który wskutek przyrodzonej słabości wymusił na gatunku ludzkim wynalezienie jakichś środków zaradczych. I to właśnie Muzyka okazała się najlepszym lekarstwem na niedoskonałość Boga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









