środa, 3 listopada 2010

Dopalacze, środki psychoaktywne i redukcja szkód

To uzależnienie jest problemem, a nie narkotyki.
Nie usuwa się wiejskich bijatyk, likwidując sztachety.
Tomasz Piątek

         Nasz wspaniały rząd, który w pamiętnym czasie obiecywał cuda (przed wyborami, bo potem już nie musiał), jakiś czas temu uczynił dopalacze nielegalnymi. I pozamykał sklepy, w których najzupełniej legalnie można było nabyć toksyczny syf niewiadomego pochodzenia. Syf, który wprawdzie działał jak narkotyk, ale jako że to był „produkt kolekcjonerski, nie do spożycia”, to można go było bezkarnie „kolekcjonować”. Jak kto chce: doustnie, przez nos, za pomocą strzykawki… jak narkotyk.
         Raz i ja miałem okazję odwiedzić sklep dla koneserów kolekcji wszelakich, a następnie wejść w bliższą styczność z jednym z takich kolekcjonerskich produktów. Bodaj najciekawszym (a właściwie jedynym) doznaniem związanym z rzeczonym produktem, był żart mojego towarzysza, mówiącego do sprzedawcy, że mu się te produkty „słabo kolekcjonują”. Poza tym żartem, który mnie onegdaj, w sklepie, ubawił setnie, żadnych innych doznań związanych z kolekcją nie miałem.
         (Ważne dla wszelkiej maści zboczonych kronikarzy: to, że coś się koledze „słabo kolekcjonowało” nie oznaczało, że tak powiem, szybkiego ukolekcjennienia się dopalacza. Oznaczało po prostu, że intensywność wrażeń związanych z kolekcjonowaniem, była mizerna).        
         Niewykluczone, że mieliśmy do czynienia ze „słabą” kolekcją. Niewykluczone, że kolekcjonowanie dopalaczy wcale nie jest mocną przygodą.
        
         Właściwie, to należałoby tylko przyklasnąć rządowi. Oto wreszcie zakończył tę jawną i bezczelną hipokryzję. Nikt już nie robi z nas idiotów wmawiając, że narkotyczne specyfiki to produkty kolekcjonerskie, nie do spożycia. Koniec z legalnym obrotem środkami, których składu nie znamy, a które niczym, albo niewiele się różnią od słusznie zakazanych narkotyków.

         Słusznie? Akurat. Koniec? Bzdura i hipokryzji ciąg dalszy.

         Zwykły kiosk z gazetami. Biletami autobusowymi, krzyżówkami, gumami do żucia i oczywiście, papierosami. Na opakowaniu każdej paczki papierosów widnieje olbrzymi, zajmujący jedną trzecią powierzchni napis: PALENIE ZABIJA. Jakże to? Oto mogę legalnie kupić trującą substancję, która może mnie zabić, mogę kupić papierosy, a w sąsiednim sklepie alkohol, a nie mogę legalnie kupić grama trawki, która, poza krótkotrwałym i przyjemnym rozmiękczeniem myśli nie niesie ze sobą większych szkód? Oczywiście: długotrwałe palenie trawki zwiększa ryzyko raka krtani (ale nie dlatego, że narkotyk, ale że dym); oczywiście: po jakimś czasie robią się „dziury” w mózgu i człowiek ma problemy z koncentracją. Ale trawka NIE ZABIJA. Ani nie uzależnia. A fajki i wóda tak. A mimo to za posiadanie grama trawki mogę trafić do ciupy, a za palenie w miejscu publicznym, na przykład na przystanku, nie dostanę nawet mandatu, chociaż przecież śmiertelnie truję nie tylko siebie, ale i innych.
        
         Wielka szkoda, że premier Tusk osobiście nie zamknął jednego ze sklepów z dopalaczami. Sukces byłby wtedy jeszcze większy. Podobnie, jak jeszcze większa byłaby hipokryzja, a ta jest potrzebna jeszcze bardziej, niż sukces w rozwiązaniu problemu narkotykowego. Bo i kogóż obchodzi, co się będzie działo potem? Ważne, że te okropne miejsca w których sprzedawano te okropne rzeczy niewiadomego pochodzenia są już zamknięte. Nasza młodzież jest bezpieczna.

         Jest? Akurat.

         Nasze wychowane na hipokryzji, mieszczańskie społeczeństwo dostało swoją daninę praworządności. Nareszcie ktoś zrobił z tym porządek (brawo, panie premierze!). Takich działań nam potrzeba. Zdecydowanych, spektakularnych, pokazujących jednoznacznie, że rząd rozumie porządnych obywateli, którym nie w smak, że młodzi ludzie, zanim pójdą na dyskotekę, obowiązkowo muszą się jeszcze naćpać.

         Mnie też to nie w smak. Choć się wcale nie uważam za porządnego obywatela. Rzecz w tym, że zamknięcie sklepów nie rozwiązało problemu. A ich wcześniejsze otwarcie też go nie stworzyło. Problem był, jest i będzie. Jedynie w międzyczasie jedynie grupa ludzi wymyśliła sposób w jaki można na tym legalnie zarobić. Teraz to się skończyło, ale problem pozostał.
         Bo przecież klienci, którzy wieczorami, zwłaszcza w weekendy, tworzyli kolejki do sklepów z dopalaczami, nie wzięli się znikąd. Skądś wiedzieli, że zioła i tabletki są extra. Ktoś kiedyś spróbował nielegalnej trawki. Może ecstasy. Może amfetaminy. Nieważne. Potem zupełnie legalnie i za niewielkie pieniądze mógł zakupić zamiennik, który wprawia w podobny stan i daje przyjemne uczucie rozmiękczenia myśli. Że nie wiadomo, co się tak naprawdę bierze? Kogo to obchodzi? Kupując wcześniej nielegalnie stuff u dilera też się nie wiedziało, za co się tak naprawdę płaci i było ok.
         Tak więc, co potem? A właściwie, co teraz? To znaczy w sytuacji, kiedy premier, który ostro się wziął za używki, zamknął sklepy z dopalaczami? Pozbawiona legalnych narkotyków młodzież pokornie wróciła do monopolowych po wódę i fajki, które wprawdzie zabijają, ale są legalne, więc sytuacja stała się na powrót normalna. Problem zniknął z oczu oburzonych mieszczuchów. A, jak wiadomo, problem niewidoczny, to problem nieistniejący.
         Tyle o schlebianiu mieszczańskiej moralności.

         Trochę faktów. Fakty biorę z prezentacji Kasi Malinowskiej-Sempruch, którą przygotowała dla Krytyki Politycznej. Kasia Malinowska-Sempruch, współpracująca z Fundacją Sorosa, jest światową ekspertką od spraw polityki narkotykowej. Rzadko ją można zastać w kraju, więc tym bardziej wypada docenić, że tego upalnego, sierpniowego dnia, zgodziła się poświęcić nam – KP – kilka godzin i przedstawić faktyczne oraz możliwe sposoby rozwiązywania problemu narkotykowego. Zatem fakty. Aktualna polska polityka wobec środków psychoaktywnych (powinniśmy się przyzwyczaić do tego pojęcia, znacznie szerszego, niż narkotyki) wygląda następująco: nadrzędny cel – całkowita abstynencja społeczeństwa. Metody: polityka oparta na strachu oraz przekonaniu, że używanie musi prowadzić do uzależnienia; edukacja społeczeństwa na temat środków psychoaktywnych, której celem jest zapobieganie ich używaniu; traktowanie wszystkich użytkowników jako uzależnionych. Innymi słowy, absolutyzacja zła związanego z używaniem narkotyków i zepchnięcie ich użytkowników na margines „zdrowego” społeczeństwa. Oto używanie konopi w ciągu ostatnich 12 miesięcy wśród osób w wieku 15-34 lat w krajach europejskich (dane z 2006 roku). Na pierwszym miejscu jest Hiszpania (ponad 20% paliło trawę), na drugim Czechy (19%, dane z 2004 roku), na trzecim Francja i Włochy (po 17%). Polska (dane z 2006 roku, teraz mogą się nieznacznie różnić), znajduje się na odległym, 19 miejscu z 5% regularnych użytkowników trawy.
Jak wygląda polska polityka narkotykowa? Jest bardzo surowa. Jest jedną z najsurowszych w Europie. Rocznie, za posiadanie narkotyków, skazuje się tu kilkanaście tysięcy ludzi. Wynika to z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii z roku 2005, która przewiduje za posiadanie nawet najmniejszych ilości narkotyków na własny użytek, karę do 3 lat pozbawienia wolności. Według badań Instytutu Spraw Publicznych, prowadzi to do sytuacji, w której policja podnosi sobie statystyki kosztem użytkowników.
Od narkotyków uzależnia się przeciętnie co dziesiąty użytkownik, czyli 10%. Lub, mówiąc inaczej, 90% użytkowników narkotyków NIE UZALEŻNIA SIĘ.
I teraz coś naprawdę ciekawego. Na zlecenie HCLU w 6 krajach (w tym w Polsce) przeprowadzono badanie w którym zapytano, dlaczego respondenci nie sięgają po narkotyki. We wszystkich krajach odpowiedzi były niemal identyczne (inne były jedynie proporcje pomiędzy poszczególnymi typami odpowiedzi). I tak, najwięcej osób nie sięga po narkotyki, ponieważ uważa, że jest to szkodliwe dla zdrowia. Na drugim miejscu znalazła się odpowiedź, że narkotyki nic nie dodają do mojego życia. Na trzecim i na czwartym miejscu (w zależności od kraju) były odpowiedzi: nie lubię odczuwać efektów działania narkotyków oraz zażywanie narkotyków jest zabronione przez prawo.

Co wynika z powyższych danych? Przede wszystkim, szalona nieskuteczność polskiej polityki antynarkotykowej. Po pierwsze, termin „narkotyki” uwzględnia tylko część niebezpiecznych środków psychoaktywnych (np. pomija specyfiki ogólnie dostępne w aptekach lub odurzające środki chemiczne, takie jak klej), przez co przeciwdziałanie narkomanii jest sztucznie zawężane i uwzględnia – także w oficjalnych statystykach – tylko niektóre aspekty zagrożeń. Po drugie, przeciwdziałanie oparte na zakazie i zastraszeniu w ogóle nie spełnia swojej roli. Nie istnieje związek pomiędzy surowością prawa, a ilością spożywanych narkotyków. Ludzie rezygnują z sięgania po narkotyki nie dlatego, że są zakazane, ale że cenią swoje zdrowie lub jest to sprzeczne z ich stylem życia. A ci, którzy chcą po nie sięgnąć, i tak to zrobią, bez względu na zakazy. Po trzecie, penalizacja posiadania narkotyków także na własny użytek sprawia, że policja woli zrobić „nalot” na dyskotekę i zwinąć dziesięciu naćpanych małolatów (w ciągu jednego weekendu można tym sposobem zamknąć nawet setkę „przestępców”, niż żmudnie rozpracowywać kilku, względnie kilkunastoosobowy gang wytwarzający i dystrybuujący narkotyk. Statystyki nie czynią pomiędzy nimi rozróżnienia, a to pierwsze jest zdecydowanie łatwiejsze.
To zresztą element spójnej logiki wychodzącej od aksjomatu, że narkotyki to zło. Zatem ci, którzy po nie sięgają, są także źli. Słusznie się ich tedy zamyka i poddaje ostracyzmowi społecznemu. "Bo to źli ludzie byli". Powtórzmy zatem za Tomaszem Piątkiem: to nie narkotyki są problemem, ale ich nadużywanie. Tomasz Piątek wie co pisze. Jest byłym heroinistą. "Ludzie myślą, że ćpun/pijak sam jest sobie winien, a jego cierpienia będą przykładem dla innych. Najwyraźniej widzą ich los i jego cierpienie jako element pewnego porządku moralnego i społecznego".

Alternatywą dla strategii penalizującej używanie narkotyków i - w konsekwencji - samych narkomanów, jest strategia przyznająca im takiego samego miejsca w społeczeństwie, jakie ma każdy inny chory. Bo uzależnienie to choroba, nie przestępstwo. Jeszcze raz Piątek: "Uzależnienie to nie jest wina ani poważny problem społeczny. To jest problem medyczny. Ani moraliści ani społecznicy nie mają racji. Ale uwaga: społecznicy budzą większe zaufanie". A skoro to problem medyczny, to należy do dziedziny medycyny, a nie moralności.
(Pamiętny wieczór, kiedy z przyjacielem wzięliśmy grzybki, legalnie zresztą zakupione. Kiedy przyjaciel uległ panice, panice uległem i ja i zadzwoniłem na pogotowie. Kobieta po drugiej stronie drutu - Dyspozytorka? Lekarka? - surowym tonem napomniała nas, że takie są skutki zażywania narkotyków. Nie wspomniała tylko, że rzucenie się na kolana i gorące pacierze będą najlepszym lekarstwem na zło, jakie popełniliśmy)
Alternatywą jest redukcja szkód (harm reduction). Co to takiego? Myślenie oparte na kalkulacji. Jeżeli moje moralne oburzenie sprawia, że lepiej się czuję ja, a nie narkoman, to należy sprawić, żeby to raczej narkoman się poczuł lepiej, nawet za cenę moralnego dyskomfortu otoczenia. Wygląda to na przykład tak, że jeżeli już narkoman musi ćpać, to dajmy mu czystą strzykawkę, żeby się przy okazji nie zaraził wirusem HIV. Prewencyjnie zaś, zamiast straszyć młodzież degenerującymi skutkami zażywania narkotyków i ciupą (w praktyce się to nie sprawdza), propagujmy zdrowy styl życia, taki, w którym nie ma miejsca na narkotyki.

Jak wygląda program redukcji szkód? Oto jej założenia (znowu Kasia Malinowska-Sempruch): abstynencja może być dla wielu najlepszym efektem leczenia, ale nie jest ani warunkiem wstępnym, ani wymaganiem stawianym pacjentom; filozofia niskiego progu - rozpoczynanie pracy z ludźmi w miejscu, w którym się akurat znajdują; wyzwanie rzucone stygmatyzacji użytkowników; podbudowywanie uczestników; współpraca z klientem przy doborze sposobu leczenia.
Zatem: nie rzucasz, ale chcesz brać mniej? - Świetnie; nie izolujemy cię w zakładzie o podwyższonym reżimie, ale staramy się pomóc ci w twoim naturalnym środowisku; nie jesteś gorszy, jesteś chory; dasz sobie radę, my ci pomożemy; wspólnie ustalimy najlepszy sposób w jaki cię możemy wyciągnąć z tego bagna.
Proste?
Oczywiście, że nie. Najpierw bowiem trzeba zobaczyć w uzależnionym człowieka, a nie bandytę, złodzieja, degenerata, etc.
Jak wyglądają działania na rzecz redukcji szkód? Program wymiany igieł i strzykawek; pokoje iniekcyjne; leczenie substytucyjne (metadon, buprenofrina); leczenie retrowirusowe; zapobieganie przedawkowaniom.

Pozornie jest to proste: akcja-reakcja. Logiczne, chłodne i skuteczne. Człowiek ma problem, to szukamy sposobu w jaki może się tego problemu pozbyć. Jak to wygląda dzisiaj? Wina-kara. To człowiek jest problemem. A społeczeństwo szuka sposobu w jaki się go pozbyć - problemu, człowieka, na jedno wychodzi. I znowu Piątek (napisał cholernie dobry tekst o uzależnieniu): "Kochany - mówi do Jana Kowalskiego - tym śmieciem akurat nie musisz się przejmować. On ma za swoje. I bardzo dobrze. Jak odmrozi nerki na chodniku, jak porzyga żółcią, jak go wsadzą do więzienia, jak go grypsera zgwałci nogą od taboretu, jak dostanie HIV/HCV/HBS i innych wirusów, jak umrze - to może się w końcu nauczy, że nie wolno ćpać/chlać. A jak nawet się nie nauczy, to jego los będzie przestrogą dla innych. Niech zdycha na ulicy, na oczach wszystkich. Niech media plują na niego i straszą nim dzieci. Niech będzie przykładem".
Redukcja szkód zostanie zaakceptowana dopiero wtedy, kiedy zobaczymy w uzależnieniu problem medyczny, a nie społeczny lub moralny. Dopiero wtedy zostanie zaakceptowany chłodny, logiczny i skuteczny dyskurs, który można rozwiązać na lini przyczyna-skutek, a nie wina-kara. Jeszcze raz filozofia redukcji szkód w praktyce (Kasia Malinowska-Sempruch): alternatywa dla modelu moralizatorskiego oraz penalizującego, kryminalizującego; akceptacja ryzyka jako elementu życia; przesunięcie akcentu z abstynencji w kierunku redukcji szkód wywołanych przez używanie narkotyków; 80% czegoś jest lepsze, niż 100% niczego.
To ostatnie jest kluczowe. Lepiej pomóc niektórym rezygując z "czystych" metod, niż czystymi i jedynie słusznymi metodami nie pomóc nikomu. Dyskurs moralizatorski działa na rzecz spokojnego sumienia mieszczan oburzonych degenerującymi skutkami narkomani (trzeba wreszcie coś z nimi zrobić); dyskurs redukcji szkód działa przeciw degenerującym skutkom narkomani (trzeba wreszcie im pomóc). Akceptacja redukcji szkód wtedy odniesie społeczny sukces, kiedy uznamy, że ważniejsze od naszego dobrego samopoczucia jest zdrowie uzależnionych.
         Ktoś jednak musi nas, mieszczuchów, tego nauczyć. Rząd zaś wyrwał w asyście kamer telewizyjnych kilka sztachet z płotu i ogłosił, że problem wiejskich bójek został rozwiązany. Tymczasem dopalacze to wierzchołek góry lodowej. Niewielki i widoczny fragment niezgłębionego i ukrytego podziemia narkotykowego. Zapewne dlatego tak łatwo tam było pozamiatać.

poniedziałek, 25 października 2010

Szopen, a sprawa polska

     Jerzy Waldorff powiedział kiedyś, że jego wolą jest, by go pochowano z małym radyjkiem i słuchawkami, chce bowiem nawet w grobie słuchać konkursów szopenowskich. Czy jego wolę spełniono, nie wiem; wiem jednak bez najmniejszych wątpliwości, że Szopena słuchać warto i słuchać trzeba, a gdyby zdarzyło mi się kiedyś jakieś omroczenie, wstrząs lub szaleństwo i jąłbym wierzyć w życie pozagrobowe, również zażądałbym do trumny słuchawek. Nie tylko po to, żeby słuchać ukochanego Buxtehudego, ale również i transmisji konkursów szopenowskich.
     Niedawno, pracując nad pewnym tekstem, natknąłem się na następujący fragment: „Mickiewicz jest geniuszem dlatego, że napisał „Dziady” i „Pana Tadeusza”, dlatego, że odkrył i wyraził Polskę rzeczywistą i Polskę platońską, ale dokonać mógł tego dlatego, że właśnie wiersz jego rodził się nie z jakichś wyrozumowanych zabiegów sztuki, ale jak modlitwa z muzycznego, metafizycznego dna duszy, że z dna tego wytrysnął on rytmem wspólnym narodowemu polskiemu czuciu i że przez to trafiał w samą istotę opisywanych rzeczy i do głębi serc tych, którzy go czytali”. Ktoś powie, że to pisał grafoman? Pierwszy się z nim zgodzę, ale tylko pod warunkiem, że Jana Lechonia, bo to jego wypowiedź, ktoś śmie nazwać grafomanem.
     Wiersz Lechonia Pycha, który analizowałem na maturze, porusza mnie do dzisiaj, jak zresztą cała poezja Młodopolska, której jestem w stanie podarować nawet nieznośny i – jak na dzisiejsze czasy – tani sentymentalizm. I chociaż nie potrafię już czytać tej poezji z namiętnością równą tej, jaką żywiłem do niej jeszcze piętnaście lat temu, to wciąż chylę czoła nad wdziękiem i swobodą z jaką owi romantyczni poeci opisywali uczucia, do których obecnie wstydzimy się otwarcie przyznać.
     Ale taka pretensjonalna czołobitność, typowa raczej dla trzeciorzędnego krytykarzyny… nic dziwnego, że pojęcie patriotyzmu ulega potem wypaczeniu, a szacunek do kultury polskiej pada pod naporem prymitywnego uwielbienia, które rujnuje literaturę („Mickiewicz wielkim poetą był”), muzykę („Szopen to najwspanialszy polski kompozytor”), malarstwo (wspaniały obraz Matejki…), etc.
     O ile zatem Lechoń daje nam przykład szkodliwości w podejściu do tego, co polskie, to konkurs szopenowski wręcz przeciwnie. Pokazuje, że Polska nie tylko posiada kulturę wysoką, ale że jest ona przy tym na tyle subtelna i wyrafinowana, że okazywanie jej niewolniczego uwielbienia byłoby aktem niewybaczalnego prostactwa. Kultura polska, jak zresztą każda kultura głęboka, nie ma nic wspólnego ani z prymitywną indoktrynacją, ani z natrętną pseudopedagogią.
     A Szopen pokazuje, że więcej w tej kulturze rozkoszy, niźli cierpienia, owszem, że cierpienie można przekształcić i wysublimować w sztukę, a nawet w rozkosz.
Subiektywne odczucie wyższości Szopena nad Mozartem. Bezpretensjonalne kwartety zestawione z melancholijnymi mazurkami i etiudami. Salonowa, wydelikacona rozkosz kameralistyki wiedeńczyka i zaangażowana, pełna subtelnych pretensji muzyka kompozytora z Żelazowej Woli.
     Szopen nie wahał się być głęboki, co dzisiaj jest uważane za wadę i dowód naiwnego sentymentalizmu. Prawdę mówiąc, dzisiaj głębię w istocie zastępuje naiwny sentymentalizm. Oto cena jaką płacimy za supremację intelektu w dziedzinie sztuki. Przestaliśmy odczuwać sztukę, w zamian za to nauczyliśmy się ją „rozumieć”. Co do mnie, nie mam najmniejszych pretensji ku rozumieniu Szopena. Dość, że smutek, który jednych prowadzi do samobójstwa, a innych do skandalu, jego wiedzie w stronę fortepianu. A mnie w stronę Szopena.
     XVI Konkurs Szopenowski, zasłużenie lub nie, wygrała Julianna Awdiejewa. Nie jest to aż tak istotne zważywszy, że dla melomana konkurs to tylko pretekst do słuchania dobrze znanych utworów w nowych, świeżych i często wybitnych wykonaniach.
     Sama muzyka? Jest transnarodowa. I nie posiada innej ojczyzny, niż duchowa.

środa, 6 października 2010

Polska Partia Przyjaciół

    …Zatem więc nasz ulubiony poseł-intelektualista zamierza utworzyć nowa partię? „Nowoczesna Polska” – tak się będzie nazywała partia Janusza Palikota, biznesmena z Biłgoraja, wielbiciela Gombrowicza i – jak na razie – wciąż posła Platformy Obywatelskiej.
    Partia, której jeszcze nie ma i o której niewiele wiadomo, już dzisiaj może liczyć na 4% poparcia. Niezły wynik. A w momencie swojego debiutu na giełdzie, wynik będzie zapewne jeszcze lepszy. Polacy bowiem to naród nieuleczalnych optymistów, utopistów i – co tu dużo mówić – naiwniaków, którzy wierzą święcie, że to, co najlepsze, dopiero przed nimi. Nie rozumieją, nie chcą zrozumieć, że najlepsze już było…
    Poseł Palikot z kolei doskonale rozumie Polaków i, jak przystało na troskliwego i odpowiedzialnego przedstawiciela klasy rządzącej, wie, czego im potrzeba. Otóż Polakom potrzeba nadziei, tego towaru, którego od bez mała dwudziestu lat mamy w Polsce pod dostatkiem, a mimo to wciąż mało, bo wciąż jest na niego zapotrzebowanie. „Nowoczesna Polska”, nazwa-hasło, nazwa-obietnica i zarazem nazwa-deklaracja, mówi nam wiele o Polsce; owszem, tej przyszłej, jeszcze nie istniejącej, Polsce, która już dzisiaj, chociaż jej nie ma, może się poszczycić 4% poparcia społecznego. Niezły wynik. Podejrzewam, że jeżeli plan Palikota się spełni (a dobrych partii nigdy za wiele), to ta Polska, Polska nowoczesna, w momencie swojego debiutu giełdowgo będzie miała poparcie o wiele większe. Bo i któż nie chciałby mieszkać w nowoczesnej Polsce? Będzie pięknie…
    A jeżeli nie? Jeżeli będzie tak samo, lub, zgodnie z realistycznymi prognozami, gorzej? Cóż, jeżeli nowa, nowoczesna partia nie spełni pokładanych w niej nadziei? Jeżeli się okaże, że posłowi Palikotowi uda się (bo i dlaczego nie?) stworzyć ze wszech miar nowoczesną, ultraskuteczną i szytą na europejską miarę partię, lecz ów sprawny instrument kształtowania rzeczywistości zawiedzie na całej linii i Polska, zamiast nowoczesną, będzie Polską po prostu?
    Wtedy, zgodnie z najlepszą polską tradycją, założy się kolejną partię. Będzie się nazywała „Jeszcze nowocześniejsza Polska”. I będzie obiecywała jeszcze więcej nadziei.

    Odchodzą do lamusa nazwy partii, które brzmiały poważnie, ale w gruncie rzeczy nic nam nie mówiły. Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Pracy, Unia Wolności, Sojusz Lewicy Demokratycznej… co to w ogóle za nazwy? Kto z kim? Jaka unia, jaki sojusz, co za kongres, o co tu chodzi? Dzisiaj nie tak się nazywa partie. Nowoczesna Polska, to nowoczesna partia, zatem i nazwa partii musi być nowoczesna. I jeszcze raz chylę głowę przed geniuszem Palikota, który wiedział dobrze, jak nazwać partię, żeby ją z góry skazać na suksces.
    Nawiasem mówiąc, nie był pierwszy. Prawo i Sprawiedliwość, Samoobrona, Platforma Obywatelska, Nowoczesna Polska – tak się dzisiaj nazywa partie. Nie jakiś suchy, pojęciowy bełkot, ale interesujący, dobrze brzmiący zestaw słów, które łatwo zapamiętać i które się dobrze kojarzą. Niektóre nawet w swojej nazwie zawierają program. Że ubogi? Nieważne. Za to jak się prezentuje!

    W napadach zaćmienia umysłu i mnie nachodzą myśli o założeniu partii. Nawet wiem, jakby się miała nazywać (bo jak wiadomo, nazwa to podstawa). Kiedy jednak pomyślę o jej założeniach programowych, nachodzą mnie wątpliwości: może jednak nie jestem aż tak szalony? Może wręcz przeciwnie, mój pomysł jest trzeźwy i rozumny do granic, wart rozgłaszania go nie tylko w kraju, ale także i na świecie? Może ja jedyny nie zwariowałem? Może rację miał Cioran, kiedy mówił, że nie jest prawdą, że nie pasuje do świata – to świat nie pasuje do niego?
    Polska Partia Przyjaciół – tak nazywałaby się wymyślona przeze mnie partia. Nie „piwa”, „ziemi kujawskiej”, „zabytków”, czy „krasnoludków”, ale po prostu: przyjaciół. Polska Partia Przyjaciół. Partia zajmowałaby się „promocją” (tfu, co za słowo) szeroko rozumianej przyjaźni pomiędzy ludźmi i narodami. Jej członkiem mógłby zostać każdy, kto chciałby być naszym przyjacielem. Nie potrzebne byłyby w tym celu ani składki (przynajmniej na razie), ani legitymacje członkowskie. Wystarczyłaby deklaracja przyjaźni i obietnica pomocy w razie potrzeby. Bo na przyjaciela trzeba móc liczyć. Nikogo by się też z partii nie wyrzucało (bo jak tu wyrzucić przyjaciela?), a członkiem partii automatycznie przestawałby być ten, kto zrezygnowałby z bycia naszym przyjacielem.
    Tylko czy taka partia mogłaby w Polsce liczyć na jakieś szersze poparcie społeczne?

wtorek, 5 października 2010

Równo, równiej... minister Radziszewska

    Ileż to razy przywoływałem – zawsze z należytą atencją – owe słowa Marcina Króla, że politykami zostają trzeciorzędne umysłowości, które nie potrafią zrobić kariery w innych dziedzinach. Jakoż polska polityka co rusz dostarcza przykładów na słuszność tej pozornie tylko złośliwej tezy. Właściwie codziennie można by znaleźć przykłady głupstw popełnianych przez polskich polityków; o ile tylko zadalibyśmy sobie masochistyczny trud bieżącego śledzenia wydarzeń politycznych. Znam jednak bardziej szlachetne sposoby utraty równowagi psychicznej, a poza tym uważam, że nie należy na siłę szukać głupców. Wcześniej czy później i tak sami nas znajdą.

    Przypomina mi się anegdota, że głupców bynajmniej wcale nie jest tak dużo na świecie, jakby się zdawało. Ot, po prostu są tak rozmieszczeni, że co chwila się na nich natykamy.

    „Strategicznie” rozmieszczona minister Radziszewska stwierdziła niedawno, że szkoła katolicka ma prawo odmówić przyjęcia do pracy lesbijki. Co więcej, podczas telewizyjnej debaty na ten temat wytknęła rozmówcy, że jest gejem.
    I ja znowu jestem w wielkiej konfuzji. Znowu wątpię w ład i sensowność świata – przynajmniej w jego wymiarze społecznym. Bo co ma sfera seksualna do kompetencji zawodowych? Owszem, istnieje wąski margines rynku pracy, na którym orientacja i sprawność seksualna świadczą zarazem o kompetencjach zawodowych, o ile jednak wiem, szkolnictwo do rzeczonego marginesu nie należy.
    Zastanówmy się. Z punktu widzenia kościoła katolickiego, homoseksualizm jest grzechem. Zatem, teoretycznie, nauczyciele geje i lesbijki, nawet, jeżeli są wybitnymi fachowcami w swoich dziedzinach, w szkołach katolickich mają „pozamiatane”. Bo, jak wiadomo, do szkoły katolickiej można przyjąć tylko nauczyciela, który jest bezgrzeszny.
    Jawny idiotyzm takiej konkluzji zwalnia nas nie tylko z dalszego jej uzasadniania, ale też miłosiernie powstrzymuje nas przed dalszym znęcaniem się nad nią. Może więc chodzi o to, że tylko określone grzechy uniemożliwiają nauczycielowi pracę w szkole katolickiej? Jeżeli tak, to przypuszczam, że istnieje gdzieś, zatwierdzona przez MEN, lista „grzechów dopuszczalnych”, których popełnianie nie dyskwalifikuje nauczyciela szkoły katolickiej. Ciekawe, co może taki nauczyciel? Nadużywać alkoholu? Bić dzieci? Zdradzać? Mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu? Głosować na lewicę?
    W każdym razie wiemy, że nie może być homoseksualny, a to już coś.

    Kościół, zwyczajnie w świecie, w tej sprawie nie ma racji. Bo jeżeli homoseksualizm jest grzechem (a darujemy sobie głupoty typu: „tego” można się nabawić jak choroby lub wyuczyć jak wiersza), to gej i lesbijka rodziliby się od razu z dwoma grzechami: pierworodnym i – nazwijmy go roboczo – płciowym. I nad tym, z racji aż nazbyt rzucającej się w oczy niedorzeczności, nie będziemy się dalej rozwodzić.

    Wróćmy więc do minister Radziszewskiej. Może jestem wobec niej niesprawiedliwy? Może jej chodziło o to, że osoba homoseksualna będzie „promowała” swoją orientację seksualną wśród młodzieży, bo, jak wiadomo, orientację seksualną można zmieniać tak, jak kolczyki w nosie lub kolor włosów? Młodzież jest przecież taka podatna na wpływy…
    Pamiętacie tę akcję sprzed kilku lat, „Niech nas zobaczą”? Wielkie billboardy, a na nich homoseksualne pary, uśmiechnięte, trzymające się za ręce, najwyraźniej szczęśliwe. Nie wszyscy docenili tak bezczelną „promocję” szczęścia, niemniej jednak, w dyskusji wywołanej akcją Karoliny Breguły pojawiały się również i głosy ze wszech miar rozsądne. Daria (wtedy) 24 lata: „bycie lesbijką, to nie jest mój słaby punkt. Co więcej, bycie lesbijką, to nie jest też mój mocny punkt. Po prostu jestem nią.”
    Pani Radziszewska być może jeszcze o tym nie wie, ale i ona posiada swoją określoną orientację seksualną. Wyobrażam sobie tedy minister Radziszewską, która ubiegając się o stanowisko ministerialne, jest przepytywana na okoliczność swojej orientacji i która się zżyma: bycie heteroseksualną, to nie jest mój słaby punkt. Co więcej, bycie heteroseksualną, to nie jest też mój mocny punkt. Po prostu jestem nią… więc się odczepcie od mojej płciowości. Albo się nadaję na ministra, albo nie”.
    Jak to? Nauczycielce lesbijce można odmówić pracy ze względu na ryzyko „promocji” określonej orientacji seksualnej, podczas gdy pani minister, usprawiedliwiając takie zachowanie, czyni dokładnie to samo? Należy tutaj dobitnie wyartykułować obłudę pani Radziszewskiej, która jako minister do spraw równouprawnienia, jawnie promuje określoną, własną orientację seksualną i zarazem usprawiedliwia odmowę pracy lesbijce, która po prostu chce uczyć swojego przedmiotu.

    Problem osób homoseksualnych jest bowiem w gruncie rzeczy ontologiczny, a społeczne konsekwencje to jego pochodna. Wróćmy na chwilę do wypowiedzi Darii: bycie lesbijką nie jest ani moim mocnym, ani słabym punktem. Po prostu jestem nią.
    Otóż osoby homoseksualne cierpią na niedostatek „bycia”. Jest ich mniej (nie tylko pod względem ilościowym), po prostu mniej są. W mniejszym stopniu się urzeczywistniają. W mniejszym stopniu mają szansę afirmować swoje bycie. Jeżeli zatem widzimy ich, jak poprzez jakiś desperacki marsz lub happening manifestują swoją obecność, to nie w celu „pomnożenia” swojego bycia i osiągnięcia w ten sposób jakiejś przewagi nad osobami heteroseksualnymi, ale żeby, mówiąc wprost, osiągnąć wreszcie ten sam status bycia, jaki mają hetero.
    Dla homofoba o równości społecznej świadczy sam fakt, że gej i lesbijka mogą po prostu egzystować w społeczeństwie bez obawy o swoje życie i zdrowie. Zgodnie z etymologicznym pojęciem tolerancji jako niechętnej akceptacji Innego. Zatem gej i lesbijka mają te same prawa, co inni obywatele, bo się ich toleruje na marginesie życia społecznego? Zanim jednak powiemy, że tylko idiota nie dostrzeże absurdu takiego rozumowania, musimy sobie uświadomić, że owszem, w pierwszym rzędzie nie dostrzeże go homofob.

    Wracając znowu do „naszej” minister, ja również jestem za odwołaniem jej ze stanowiska. Ale nie dlatego, że jej homofobiczne wypowiedzi budzą we mnie niesmak. Odebrałem porządne, filozoficzne wykształcenie, które nauczyło mnie myśleć nie tylko racjonalnie, ale także krytycznie. Nauczyło mnie cenić paradoks i wychwytywać sprzeczności, a nade wszystko uczuliło na głupotę (ale nie nauczyło, niestety, walczyć z nią). Otóż panią minister Radziszewską należy wywalić z roboty, ponieważ utrzymuje, że orientacja seksualna może być przeszkodą w wykonywaniu obowiązków służbowych. Jako, że pani Radziszewska również takową posiada, ergo…
    Właściwie, stosując kryterium minister Radziszewskiej, należałoby wywalić z roboty wszystkich, albo prawie wszystkich. Lecz skoro nie postuluję czegoś równie głupiego, to tylko z powodu mojej niezgody na nielogikę myślenia pani minister. Jeżeli ktoś ma paść ofiarą takiego myślenia, to niechże będzie to ona sama. Wywalona z roboty „za heteroseksualność”.

piątek, 24 września 2010

Zrób sobie Wszechświat

     Przeczytany dzisiaj artykuł Johna Gribbina (tak, tak, tego samego, co ma kota... Schrodingera), że Wszechświat mógłby być dziełem nie Boga, ale inżynierów; owszem, ledwie tylko bardziej zaawansowanych technologicznie od nas, Ziemian. Koncepcja wariacka, ale podpisuję się pod nią rękami, nogami i czym tam jeszcze zdołam. Czyż bowiem nie tłumaczy ona w sposób kapitalny i wyczerpujący wszystkich ułomności Stworzenia?
     Wkrótce, Gribbin jest o tym przekonany, i my posiądziemy wiedzę odpowiednią do (s)tworzenia nowych Wszechświatów. A istoty inteligentne, jeżeli się w nich kiedyś wykształcą, dociekając swoich początków, sformułują zapewne i tę hipotezę, że w ich powstaniu musiało maczać palce jakieś poślednie bóstwo, bez kompetencji, za to z aspiracjami; partacz po prostu.

piątek, 17 września 2010

Tak?

            „Heidegger popełnił podstawowy błąd sądząc, że nazistowskie Niemcy potrzebują kolejnego mesjasza, tak? Heidegger sądził, że będzie dostarczał Niemcom użytecznych idei, tak? Że powie im przy okazji, tak, jak umierać na wojnie. Tymczasem był, że użyję tutaj leninowskiego pono określenia, jedynie użytecznym idiotą, tak? Koniec końców, kto z partyjnych dygnitarzy czytał, a tym bardziej czytał ze zrozumieniem, tak, pisma Heideggera? Nie były ważne, tak, ważne było, żeby Heidegger wiernie służył partii i jej tysiącletnim planom. Tak?”

Nie.

            Powyższa fraza to efekt mojej spontanicznej aktywności intelektualnej. Nie została (prawdopodobnie) nigdy i przez nikogo wypowiedziana w tej formie, choć przecież mogłaby. Problem znany, konkluzje również, niezliczona ilość dyskusji z niezbadanego powodu orbituje ku zaangażowaniu jednej z najsubtelniejszych umysłowości XX wieku w nazim. Tylko co ma do tego zaśmiecające wypowiedź, delikatne jak maczuga jaskiniowca, słówko „tak”?
            Jest ono wszechobecne w teraźniejszym dyskursie intelektualisty, niekoniecznie filozofa. Co za obłęd, co za retoryczna trucizna nakazuje w dyskursie poświęconym dowolnej idei, co chwila wtrącać owo irytujące „tak”? Ileż się tego nasłuchałem w ciągu całego Festiwalu Filozofii! Słówko to jest tak powszechne, że doprawdy, posługują się nim w ten niski sposób umysłowości na wskroś wyrafinowane, intrygujące, zagadkowe. Doszło do tego, że rozmawiając z tym lub owym filozofem, drżałem na samą myśl, że za chwilę usłyszę w trakcie natchnionego wywodu owo nienawistne, zohydzone wskutek prostackiej multiplikacji i zgoła niepotrzebne, słówko-śmieć. Żeby sobie uprzytomnić skalę zagrożenia, per analogiam, przywołajmy inne słowa zaśmiecające nasze dyskursy: „nie”, „prawda?”, „właściwie” (etc.).
I tu dokonajmy roboczej transformacji źródłowego cytatu:

            „Heidegger popełnił podstawowy błąd sądząc, że nazistowskie Niemcy potrzebują kolejnego mesjasza, nie? Heidegger sądził, że będzie dostarczał Niemcom użytecznych idei, nie? Że powie im przy okazji, nie, jak umierać na wojnie. Tymczasem był, że użyję tutaj leninowskiego pono określenia, jedynie użytecznym idiotą, nie? Koniec końców, kto z partyjnych dygnitarzy czytał, a tym bardziej czytał ze zrozumieniem, nie, pisma Heideggera? Nie były ważne, nie, ważne było, żeby Heidegger wiernie służył partii i jej tysiącletnim planom. Nie?”

            Etc.

            Nieprawdaż, że tekst po transformacji brzmi prostacko? My tego jeszcze, być może, nie widzimy, ale nowa moda językowa zmierza ku takiej właśnie, jaskiniowej manierze mówienia. Ja już czuję solidne uderzenia owej nowej maczugi językowej, którą zastąpiliśmy stare i spowszedniałe pałki. Jednak jest rzeczą najzupełniej dla mnie niepojętą, że najprzedniejsi intelektualiści przechodzą nad tym problemem do porządku dziennego. Ba, tworzą go!

            Może się jednak mylę? Może problem już rozpoznano i jęto mu przeciwdziałać? Nie wydaje mi się. Festiwal Filozofii, to pięć dni intensywnych dyskusji, zwłaszcza kuluarowych, gdzie napięcie językowe ulega rozluźnieniu i z języka wychodzi to, co najgorsze. Tak? – Tak. Lecz pomimo całego związanego z doborowym towarzystwem i równie doborowym alkoholem odprężenia, nie zdarzyło mi się słyszeć mowy (za jednym wyjątkiem, ale to nie był filozof, ale przybłęda z „obcej” konferencji), która poza omawianym tu wyjątkiem, raniłaby moje poczucie językowego smaku. Filozof, koniec końców, jest osobą potrafiącą dobrze mówić. Filozof bowiem uważa na słowa jeszcze bardziej niż bandyta, niż prokurator i dyplomata razem wzięci. Dla tamtych kontrola nad językiem jest zaledwie sprawą być albo nie być, podczas gdy dla filozofa zręczne posługiwanie się językiem jest sprawą nieporównywalnie ważniejszą: chodzi bowiem o jego honor – jak to? Filozof nie ma honoru i pozwala, żeby jego wyrafinowany dyskurs szpeciły językowe chwasty?

            Wątpię, żeby był możliwy jakiś ratunek dla tego skądinąd godnego szacunku słówka (o ile jest dobrze użyte). Podejrzewam, że „tak”, pomimo swojej szlachetnej genealogii w którą jest wpisana afirmacja najszczytniejszych wartości, podobnie jak inne „słowa przestankowe”, rychło skończy w językowym rynsztoku, dzieląc los swojego antynomicznego brata „nie”.
           
             Owa świadomość wyrodnienia języka, której się przyglądamy i której nie potrafimy przeciwdziałać. Pal licho motłoch, on się zawsze posługiwał i będzie posługiwał plugawym językiem. Żeby w tym względzie zostać pesymistą, wystarczy posłuchać jak mówi sąsiad za ścianą lub polityk w telewizorze. Ale intelektualita? Filozof? Osoba myśląca? I jeszcze ta świadomość, że nasz prostest jest całkowicie bezużyteczny, żałosny, a kto wie, czy i nie bezzasadny; owszem – z całą powagą użyjemy go do wzmocnienia swojego resentymentu. Chcąc zatem przeciwdziałać budzącemu się w nas resentymentowi, zakończmy nie dramatycznie, ale zgoła anegdotycznie. – To bodaj prof. Mizińska przytoczyła mi kiedyś jako przykład ów arcyciekawy i – o ile dobrze użyty – skuteczny sposób protestu: „nie, nie i jeszcze raz nie”. Doskonale powiedziane! Nie znam lepszego użycia tego równie godnego szacunku i równie sponiewieranego słówka. Nie!

            Nie!


poniedziałek, 13 września 2010

Festiwal Filozofii

           Trzecia edycja Festiwalu Filozofii, być może najbardziej intensywnych spotkań filozoficznych w kraju, skończyła się w sobotę wieczorem recitalem pieśni greckich Iliasa Wrazasa. Dlaczego intensywnych? A bo filozofia i alkohol lały się strumieniami. Przez pięć dni z rzędu. I doprawdy, jest to powód do dumy, nawet, jeżeli jest to duma à rebours.
            Zresztą, filozofia bardziej uderza do głowy, niż alkohol.
            To był mój drugi FF. Na ubiegłoroczny trafiłem na zaproszenie Bogdana Banasiaka, naczelnego sadysty RP, na bieżący zresztą również. Tym razem bez referatu, jako że filozofię francuską, zawłaszczającą mnie jeszcze kilka lat temu, zdradzam teraz z literaturą. Owszem, filozofia francuska to także namysł nad literaturą, szerzej, nad dyskursem; ale z dwojga dobrego, zamiast namyślać się nad dyskursem, wolę uprawiać dyskurs. Własny. Zamiast metajęzyka – język. Własny. Co za upadek…
            Za rok znowu przemówię na FF własnym – mam nadzieję – językiem. Bo jak upadać – to, według interpretacji poety – „we wszystkich kierunkach”. Zgodnie z duchem współczesności. Tak czujnie interpretowanej przez Francuzów. Będę mówił o tolerancji. Ja, być może najbardziej nietolerancyjny obywatel polis, który, tak jak Cioran, nie mogąc się przy tym powołać na żaden dogmat, skończę jako teoretyk nietolerancji.

            Forsowny plan referatów i wykładów nie przeszkodził mi wybrać się do miasta z aparatem. Mam słabość do podglądania ulicy, zwłaszcza, jeżeli jest to ulica innego miasta. Tej krótkiej notatce towarzyszą zdjęcia zrobione na ulicach Olsztyna.